środa, 31 grudnia 2008

31.XII.2008. Sylwester Zakopane

/Zakopane - Besenova/

Święta, Święta i po Świętach. Było rodzinnie, wesoło i baaaardzo gwarno. Ale pisałam już o tym. Rodzice, kiedy wyjechała nasza cała zgraja pewnie odetchnęli głęboko a teraz cieszą się świętym spokojem ;-) 30 grudnia we dwójkę wyruszyliśmy do Zakopanego. Dawno nie cieszyłam się tak wspaniałym widokiem gór i śniegu. Pogoda przez cały pobyt była słoneczna i mroźna. Doskonale że zabrałam ze sobą ciepłe spodnie narciarskie - dzięki nim moim biodrom i śrubkom było cieplutko ;-) Dzień w dzień serwowaliśmy sobie oscypka - bo jak mówi profesor to najlepsze na kości! Najlepsze są oczywiście oscypki na ciepło z żurawiną. Pyyyychotka! W Sylwestra zafundowaliśmy sobie dzień pełen wrażeń. Najpierw na dzień dobry ruszyliśmy na Gubałówkę. Naturalnie kolejką - nie na piechotę. To jeszcze nie ten czas kiedy śmigam po górach ;-) Na górze przywitał nas boski widok na skąpane w słońcu Zakopane. Ludzi mnóstwo, ostro musieliśmy się nagimnastykować żeby znaleźć jakąś wolną ławkę żeby napić się herbaty. Jakby cała Polska zjechała się na szczyt Gubałówki :-) Wokół nas sporo narciarzy, deskarzy, całe rodziny, dużo turystów zagranicznych. Po nacieszeniu oczu widokami zgodnie na naszym pomysłem poszliśmy poszaleć na skuterach śnieżnych. Ooooo, to było coś! To dużo lepsza zabawa niż quady! Szybciej zasuwa, wzbudza większą adrenalinę, jest też chyba mniej wywrotne. Na początku bałam się jeździć sama, prowadzić. Miałam cykora, że się przewrócę i śrubki nie dadzą rady... Ale było fantastycznie. Znów miałam uśmiech dookoła głowy! A to jeszcze nie koniec dnia! Później były Krópówki, spacer, oscypki, a wieczorem prawdziwy kulig w saniach z pochodniami. Przejechaliśmy w zaprzęgu Doliną Kościeliską a po tym jak wymarzły mam wszystkie kończyny rozgrzewaliśmy się przy góralskim ognisku piekąc kiełbaski i popijając grzańca. Trafiła nam się wyjątkowo udana grupa bo śmialiśmy się do rozpuku ;-) Ten wyczerpujący dzień zakończyliśmy o północy na Krupówkach, gdzie ludzie jak sardynki upchani pośród kamieniczek, choinek i witryn sklepowych z szampanami w rękach, w czapach z króliczymi uszami na głowach odliczali do chwili kiedy Nowy Rok zastąpił stary. Życzenia, fajerwerki, pyszny szampan prosto z gwinta! Tak, w tym roku najważniejsze były życzenia zdrowia, zdrowia i zdrowia, bo kiedy je mamy - możemy mieć wszystko.
Poruszając się po bardzo zaśnieżonym Zakopanem a przede wszystkim Gubałówce dzierżyłam w dłoniach zamiast kul coś na wzór kijków narciarskich :-) Było bardzo ślisko więc kule nie zdałyby egzaminu. Przed wyjazdem szukałam w sklepach rehabilitacyjnych specjalnych nakładek, które zapina się na kule - to takie kolce, które bezpiecznie wbijają się w śnieg i lód. Jak na złość nigdzie ich nie było. Ale kijki zdały egzamin. Mocno poćwiczyłam ładne chodzenie w pionie. Aaa, i coś jeszcze. Buty wyposażyłam sobie w coś na wygląd raków ;-) Może nie takich profesjonalnych, hehe, ale były to gumowe nakładki na buty podbite od spodu korkami jak u piłkarzy. Dzięki nim czułam się bezpiecznie. Nie bałam się, że się pośliznę, przewrócę czy zrobię krzywdę wyremontowanemu bioderku ;-)

Nowy Rok spędziliśmy na Słowacji wygrzewając się w wspaniałych basenach termalnych. Baseny pod chmurką miały "brudną" wodę rdzawego koloru. Temperatura wody (w każdym basenie inna) osiągała od 28 do 40 stopni Celcjusza. Temperaturomierz powierza w ciągu dnia kiedy świeciło słonko pokazywał - 3 stopnie, a wieczorem minusik spadł do około 8 stopni. Po szyję w wodzie korzystaliśmy z dobrej mocy gorącej wody termalnej, ze szronem na włosach mówiąc wypuszczaliśmy perę z ust. Fantastyczne. Nie omieszkaliśmy również zrelaksować się w pięknych saunach. Wyjątkowo miły, i inny dzień :-) Wieczorem padliśmy jak wymęczone muszki.
Sylwestrowo-noworoczny wyjazd spędziliśmy bardzo miło, nie brakowało przygód.
Tylko powrót do domu nie był już wesoły... Z samego Zakopanego do Krakowa jechaliśmy 4 godziny! Pod naszym blokiem w Wa-wie zaparkowaliśmy po 9 godzinach jazdy.... Eh... Mówiąc szczerze ta 9-cio godzinna jazda dała mi tysiąckroć bardziej po kościach niż wszystkie inne harce, spacery, skutery śnieżne, kulig i marszruty po Gubałówce.

Gubałówka XII.2008


widok na Giewont XII.2008


skutery śnieżne na Gubałówce XII.2008


Zakopane XII.2008


Słowacja - droga do Besenovej I.2009


śmigłowiec TVN24 na Gubałówce XII.2008

fotos by K&T 2008/2009

czwartek, 25 grudnia 2008

25.XII.2008. Święta, Święta

/rodzinny dom/

Jest nas dużo, jest gwarno, nawet bardzo :-) W dniu Wigilii jak na zamówienie zaczął padać śnieg. Świat się zabielił, od razu zrobiło się świątecznie i zimowo. Świeże i rześkie powietrze wpada czasami uchylonym oknem i intensywniej roznosi po domu aromaty świątecznego stołu. Piękna, duża i żywa choinka połyskuje światełkami i bombkami a słomiane ozdoby przy każdej sposobności tańczą na gałązkach. Jest pięknie.
Mimo całego świątecznego gwaru i objadania się przepysznymi ciasteczkami (moje ulubione to "ule"- najlepsze w wykonaniu naszej utalentowanej sąsiadki) nie folguję sobie z ćwiczeniami. Bardzo zależy mi, żeby po powrocie ze Świąt z Sylwestra "pochwalić" się przed moim rehabilitantem ładnie odrobionym zadaniem domowym. Sama wyczuwam też zmiany. Przede wszystkim pod względem mięśni pośladkowych. Są dużo mocniejsze :-) W lustrze widzę gołym okiem, że moja pupa podniosła się - szczególnie prawy pośladek operowanej nogi. Jestem bardzo zadowolona. Każdy dzień zbliża mnie do wyjazdu na narty. Do mojego celu. Wybraliśmy już szczegółowo lokalizację, termin jest ustalony. To będzie Francja - po raz pierwszy, tam na nartach jeszcze nas nie było. Ruszamy do regionu Les 2 Alpes na przełomie marca i kwietnia 2009. Do tego czasu noga musi być 200% sprawna i będzie!! :)
Kończę pisanie z miłą myślą o nartach i zmykam zjeść na pewno pyszną kolację. Po kolacji w planie mamy rodzinny spacer. Pierwszy raz sprawdzę jak kule zachowują się na śniegu...


foto by net

sobota, 20 grudnia 2008

20.XII.2008 Czy potrzebna krew?

/rodzinny dom/

I jak jak wszyscy w tej porze roku wpadłam w świąteczny galimatias. Zakupy, prezenty, porządki, wyjazd do rodziców, kartki i listy świąteczne, życzenia, eh.... Mnóstwo tego. Rąk brakuje. Przez te wszystkie czynności dużo więcej chodzę, jeżdżę samochodem - to ma wpływ na nogę. Pobolewa mnie. Ale noga to nic. Gorzej bolą plecy. Podróż do rodziców, te 400 km w małym samochodzie dało mi w kość. Ale nie ma za bardzo jak odpocząć. Wczoraj i dziś większość czasu siedziałam przed laptopem. Siedzę i klikam i klikam. Najgorsze jest to, że wcale nie zbijam przysłowiowych bąków. Dziś mamy jeszcze w planie przystroić choinkę. Jest jak co roku żywa. Tym razem to sosna. Pięknie pachnie :-)
Biegając za świątecznymi prezentami nie miałam nawet chwili aby naskrobać coś nowego na blogu. A są sprawy, które chciałam poruszyć.
Ostatnio rozmawiałam sporo z osobami, które tak jak ja są po ganzu albo czekają na zabieg. W kilku rozmowach (mailowo, na GG) poruszyliśmy temat transfuzji krwi. Pojawiały się pytania, czy idąc do szpitala na zabieg trzeba się zabezpieczyć w krew ewentualnie potrzebną nam później po zabiegu do przetoczenia. Prawda jest taka, że szpitale mają obowiązek na wypadek takiej potrzeby zapewnić pacjentowi wymaganą ilość jednostek krwi. Jednak jak powszechnie wiadomo, w polskich szpitalach i klinikach krew potrzebna jest ciągle, a honorowych dawców mimo iż stale przybywa to banki krwi i tak są w potrzebie i monitują o krew. Także miłym gestem jest oddanie krwi do najbliższej swojemu zamieszkaniu stacji krwiodawstwa celem wsparcia innych potrzebujących. Możecie przed planowanym zabiegiem poprosić swoich znajomych i przyjaciół o pójście i oddanie krwi "na Wasze konto". Wtedy w stacji oddając swoją cenną krew zaznaczają dla kogo ona jest przeznaczona i wypisują potwierdzenie oddania krwi. Takie potwierdzenie mile widziane jest w szpitalu :-) Wiadomo, że krew oddana przez Waszych przyjaciół czy rodzinę nie będzie stricte przeznaczona dla Was. Otrzyma ją ktoś o takich samych parametrach krwi, zapewne w szpitalu który będzie w pobliżu owej stacji krwiodawstwa. W Otwocku, przed operacją wykonują szereg badań określających grupę krwi pacjenta, wszystko sprawdzane jest bardzo skrupulatnie i szczegółowo. Finalnie, jeśli podczas albo po zabiegu okaże się, że delikwentowi przydałby się dodatkowy woreczek krwi - otrzymuje świeżutką, idealnie dopasowaną do swoich parametrów krew z banku krwi. Ja przed operacją zrobiłam nieco inaczej. Przed planowanym terminem operacji, poddałam się autotransfuzji krwi, którą specjalnie opieczętowali i przygotowali na dany termin właśnie dla mnie samej i przetransportowali do szpitala w Otwocku. Naturalnie takie planowanie było ściśle uzgodnione z lekarzem hematologiem w stacji krwiodawstwa. Każda krew ważna jest tylko 35 dni (jeśli się nie mylę). Wiadomo, że im świeższa - tyl lepsza. Dokładnie z kalendarzem w ręku zaplanowałam sobie kiesy pójdę oddać krew pierwszy raz, potem musiałam odczekać minimum 7 dni aby móc pójść oddać ją drugi raz. Tym sposobem zabezpieczyłam się w 2 jednostki własnej krwi (każda jednostka to 450 ml). Ważnym było, aby ostatnie oddanie krwi było nie krócej niż 1,5 tygodnia przez zabiegiem w szpitalu. Moja własna krew musiała zdążyć się odbudować, hemoglobina wzrosnąć tak, abym w szpitalu spełniała potrzebne kryteria i aby dopuścili mnie do operacji. Oczywiście długi czas przed planowanym oddawaniem krwi wspomagałam się witaminami i specyfikami zawierającymi żelazo. Piłam też przygotowany przez moją mamę domowy sok z buraków. Wszystko udało się zgodnie z planem.
Mogłam tak wykombinować z racji bliskiego zamieszkania - do szpitala w Otwocku mam zaledwie 40 km, tym samym nie było problemu z transportem krwi z Stacji Krwiodawstwa przy ul. Saskiej w Warszawie gdzie oddałam krew do otwockiej Kliniki. (wiadomo, że autotransfuzja osoby z drugiego końca Polski w stosunku do Otwocka byłaby trudna ze względu na kosztowny transport krwi.) Nie pamiętam dokładnie czy pisałam o tym wcześniej, ale dzień po operacji (mimo, iż w trakcie zabiegu bardzo mało krwawiłam) otrzymałam owe 2 woreczki krwi. Moja własna krew, tak jak wcześniej wypłynęła z moich żył przez plastikową rurkę, tak na powrót znalazła się we mnie :-) Było to jak potężny zastrzyk energii i zdrowia :-)
Dużo ciekawych informacji na temat krwi i krwiodawstwa można znaleźć na poniższej stronie:
http://www.krewniacy.pl
A samego oddawania nie trzeba się obawiać :-) To nic strasznego. Przede wszystkim personel w takich stacjach jest tak miły i uczynny, że miód na serce więc widok pokaźnej igły nie ma znaczenia :-) No i dostaje się kilka pysznych czekolad!


foty by net

środa, 17 grudnia 2008

16.XII.2008. Poszukiwania

/mieszkanie/

Wróciłam ze spotkania ze znajomymi. Pośmialiśmy się, zjedliśmy mały obiad, poplotkowaliśmy na wspólne tematy. Miło spędzony czas. Teraz siedzę od 2 godzin przy laptopie poszukując w necie uroczej i romantycznej restauracyjki na kolację we dwoje. Eh, trudne zadanie. Pojutrze zmykam już do rodziców na Święta, tak więc miła mini-wigilijna kolacyjka jest dobrym pomysłem.
W drodze z rehabilitacji rozmyślałam nad rozszerzeniem bloga o coś w rodzaju kącika rehabilitacyjnego. Na razie nie zdradzę reszty pomysłu, bo jest w powijakach. Na Święta otrzymałam dzisiaj od mojego rehabilitanta zestaw ćwiczeń domowych do samodzielnego wykonywania. Banalnie proste wyglądem- trudne do prawidłowego opanowania. Jest też postęp w chodzeniu- zlokalizowałam swój błąd w ustawieniu nogi który powoduje ból w kolanie i nadwyrężenie więzadeł. Teraz tylko mieć się na baczności i unikać go :-)
Zmykam pakować prezenty gwiazdkowe ;-)


foto by net

sobota, 13 grudnia 2008

13.XII.2008. Centrum handlowe

/centrum handlowe/

Chodzę i oglądam telewizory. Hm.. trzeba skończyć jakieś specjalne studia , żeby zrozumieć o co w tym biega... Co to znaczy 100 Hz? Że niby jest lepszy jeśli to posiada? Eee, nie widzę różnicy. Za to bardzo zgrabne głośniczki widzę. Ooo, takie by pasowały :-) Jest tyle gadżetów, że głowa boli. Chodzenie, a raczej przepychanie się między zatłoczonymi alejkami jest zdecydowanie uciążliwe. Dobija mnie kiedy ludzie jak ostatnie gapy zachodzą mi drogę, nie wpadną na pomysł, że kiedy chcę z kulami przejść obok, mogliby ciut się odsunąć, zrobić trochę miejsca. Eh.. nie rzadko zdarzało mi się już w sklepie wyczyniać jakieś ekwilibrystyczne ruchy, żeby wyminąć kogoś czy po prostu wejść lub wyjść. Niestety "zdrowi" ludzie nie potrafią zrozumieć i choć odrobinę wczuć się w sytuację. "Najlepsza" jest sytuacja przy drzwiach - ja wychodzę ze sklepu, ktoś próbuje wejść. Pytanie za sto punktów: czy wchodzący poczeka i np. sam otworzy drzwi i przytrzyma je widząc mnie o kulach? Hahhaha! Marzenie! tak robi zaledwie garstka! Większość, szczególnie teraz, w przedświątecznym szale wpycha się bezmyślnie, byle szybciej, byle do przodu. Najbardziej nie znoszę kiedy ludzie w centrum handlowym popychają mnie, szturchają, a ja robiąc zakupy, pchając nie raz wózek "walczę o życie". Nie jest lekko, ale czy ktoś mówił, że będzie? ;-)
Trafiłam w alejkę z żelazkami i fotelami masującymi. Testuję. Fotel- rzecz jasna. Cały szkopuł tkwi w pilocie z kilkoma przyciskami, próbuję na chybił trafił włączyć jakąś opcję. Shiatsu. Ooooo, rewelacja. Mmm, jak miło. Od części lędźwiowej w górę z dwóch stron, równomiernie coś masuje mi plecy. Bajka. Gdyby nie te tłumy zdesperowanych kupujących wokół mogłabym się zrelaksować i poczuć jak u wprawnego masażysty :-) Miła sprawa.
Zmęczenie, kolano boli (nadwyrężone więzadła), od wczoraj pojawił się też nowy ból, w pośladku operowanej nogi, to nie jest ból mięśniowy..., dokucza też ogólnie biodro, miejsce śrubek. Ale nie ma się co dziwić, dużo chodziłam, a raczej przedzierałam przez gąszcz zakupowiczów. Poza tym byłam dziś na rehabilitacji, przez godzinę pocąc się i stękając przy ćwiczeniach. Ale jest znowu postęp :-) To mnie cieszy. Muszę jednak więcej ćwiczyć w domu. Teraz robię nowe ćwiczenie podobne do wchodzenia zdrową nogą na stopień na którym stoi już operowana noga. Poprawnie wykonane ćwiczenie nie należy do prostych. W trakcie myśleć trzeba o wszystkim: gdzie jest moja pupa? gdzie jest prawe kolano? jak stoi prawa stopa? co robię z palcami u stopy? czy brzuch jest ściągnięty? czy miednica w przodopochyleniu? czy obydwa ramiona są w tej samej pozycji, prosto? Zwariować można! Nigdy wcześniej nie wchodząc po schodach nie myślałam o takich rzeczach! Nikt o tym nie myśli! Dobra, trzeba być twardym nie miętkim ;-) Skoro są efekty, to będę się tego trzymać.
Sobota wieczór, czas na kino domowe! Jakaś nowa sensacyjka. Odpalić projektor, czas start!


foto by net

czwartek, 11 grudnia 2008

11.XII.2008. Środek nocy?

/ośrodek rehabilitacji/

6.30 rano. O matko! Środek nocy, o nie! Błagam, dlaczego muszę wstawać??! To jakiś koszmar, dopiero co udało mi się zapaść w głęboki sen :-/ Nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, leżąc z telefonem w ręce szybko (na ile to jest możliwe zaspanym umysłem) analizuję sytuację i wymyślam powody, które mogłyby zatrzymać mnie w ciepłym łóżku. Bez sensu. Muszę... wstaję.. Idę jak na skazanie do łazienki, myję zęby, walczę z opadającymi powiekami.
Od jakiegoś czasu co dzień kładę się nie wcześniej niż o 3 w nocy. Nierzadko do 4 walczę sama z sobą o sen. 6.30 rano jest niedorzeczna, nie, nawet nie chcę o tym myśleć. Jest jedna dobra metoda na wstawanie, ona zawsze niezawodnie działa. Ale stosując ją trzeba mieć wspaniałą wyobraźnię i.. chyba być świrem. W ekstremalnych przypadkach, takich jak dziś wstając usilnie wkręcam sobie, że wstaję wcześnie bo wyjeżdżam na narty. Żeby było jasne- tutaj trzeba wspiąć się na wyżyny autokłamstwa! Jednak dobry bajer nie jest zły ;-) Silne utwierdzenie się w powyższym przekonaniu pozwala wygrzebać się z pościeli, nawet ochoczo doczłapać do łazienki czyniąc wszelkie z tym związane powinności. Podstawa: myślisz o nartach, stokach, zmarzniętych policzkach i wspaniałym powietrzu. Rozczarowanie przychodzi kiedy jestem już w ciuchach- ciuchach innych niż te które ubrałabym jadąc na narty.... jasny gwint! Czy ja jestem normalna!? Ok, cel osiągnięty. Wstałam, jestem przytomna, w sumie o to chodziło. A teraz gwoli wyjaśnienia tej chorej aczkolwiek działającej metody - parokrotnie zastosował ją na mnie mój tata w ekstremalnie rannych godzinach wyczuwając, że nic innego pewnie nie da rady zwlec mnie z łóżka. Bilans skutecznego wybudzania: 100%.
Godzina 8 z hakiem, ok, jestem, Ursynów, przychodnia rehabilitacyjna. Wchodzę i od razu widzę minę mojego rehabilitanta. Eh, nie jest dobrze. Przyznałam się do wczorajszych poczynań. Czy dostałam mówiąc kolokwialnie ochrzan? Oczywiście! Po reprymendzie pokazał mi, że naciągnęłam sobie więzadła w kolanie (operowanej nogi), moje sprzątanie "wyszło mi bokiem", widać było jak na dłoni, że od razu gorzej chodzę, etc. Eeehh... Mam wrzucić na luz. Mam zapomnieć o świątecznych porządkach i szarpaniem się z odkurzaczem (na marginesie - zepsułam go wczoraj ;-) ). To samo usłyszałam godzinę później przez telefon od siostry. Dobitnie przypomniała mi, że jestem DOPIERO (a myślałam, że AŻ) dwa miesiące po złamaniu 3 kości! Słowa złamanie, zamiast przecięcie użyła specjalnie, żebym chyba szybciej przyswoiła, że tam w środku wciąż jest jak po burzy. Kości niezrośnięte, tkanki pewnie jeszcze nie do końca odbudowane... Tak, tak, wiem. Wiem, ale wkurza mnie to! Jak długo mam jeszcze tak się z tym bawić!?
Koniec, idę spać, serio. Wiem, że jest południe. No i co z tego? Mam tak rozregulowany zegar biologiczny, że nie ma to dla mnie znaczenia. Chce mi się spać. Spać, spać...


foto by net

środa, 10 grudnia 2008

10.XII.2008. Porządki

/mieszkanie/

Wzięłam się za porządki. Kuchnia, łazienka, odkurzanie podłóg. Niby nic takiego... Mięśnie bolą jak... po prostu bolą. Operowana noga rwie. O kręgosłupie wolę nie myśleć! Ładnie, jeśli jutro przyznam się rehabilitantowi do tych wygibasów przez pół dnia bez kul - dostanę niezłą burę. Dodatkowo idąc do garażu po samochód pokonałam drogę bez kul (niosłam je pod pachą) i testowałam czy umiem schodzić już ze schodów o własnych dwóch nogach. Te schody kiepsko wyglądały... czułam, że nie pomagam kręgosłupowi, więc dałam sobie z tym spokój. Sumując- trochę się dziś nadźwigałam i naschylałam (szczególnie szarpiąc się z odkurzaczem) + wczorajsze ćwiczenia na rehabilitacji + wieczorne 30 min. na rowerku dało mi w kość. Boli :-/ Ale to moja wina, przesadziłam.
Wracając do wczorajszych ćwiczeń - jest plus! Usłyszałam, że ładniej chodzę, mam lepsze ustawienie miednicy i pilnuję pleców. Ciągle oszukuję tylko ustawiając "po swojemu" stopy, a tym samym koryguję sobie ustawienie kolana, które nadal dokucza. Ale jest dobrze, jest lepiej. Kamień spadł mi z serca. Czuję, tak po cichutku, bardzo po ciuchu, że jest szansa, żebym Święta spędziła bez moich hałasujących i wiecznie przewracających się po mieszkaniu kul :-)


foto by net

poniedziałek, 8 grudnia 2008

8.XII.2008. Przyjaciele i ...

/mieszkanie/

Dziś nie wystawiłam nawet nosa z mieszkania. Za to wczoraj spędziłam cały przesympatyczny zresztą dzień z rodziną :-)
Jest maleńka zmiana, wydaje mi się, że lepiej chodzę. Ale to moje wolne wnioski, dowiem się tego pewnie jutro na spotkaniu z rehabilitantem. Przez ostatni tydzień nie miałam zajęć, bo mój rehabilitant rozchorował się :-( I dla niego kiepsko i dla mnie kiepsko, bo czas goni a ja czuję że wciąż jestem w lesie... Chciałam na Święta poruszać się już zupełnie samodzielnie, bez kul... ale nie wiem jak będzie faktycznie..

Zastanawiałam się ostatnio nad tym ile zmieniło się w moim życiu po operacji. Nie oceniam tutaj stanu zdrowia, samopoczucia czy swoich czysto technicznych możliwości. Zastanowiło mnie zupełnie co innego. Uświadomiłam sobie (na początku stanowiło to spore zaskoczenie dla mnie samej), że moje osobiste przeżycia, to co przeszłam w szpitalu, związany z tym duży strach i niemały ból - te wszystkie czynniki w jakiś sposób ukształtowały mnie, częściowo zmieniły światopogląd. Do tej pory brakowało mi asertywności, np. nie potrafiłam szczerze w oczy powiedzieć komuś, że nie zrobię czegoś bo zwyczajnie nie chcę, nie podoba mi się dana rzecz, czy chociażby nie mam ochoty na spotkanie. Zawsze, nawet gdy nie miałam na to ochoty byłam miła, nie okazywałam swojej dezaprobaty jeśli takowa była i starałam się duchowo "robić dobrze" wszystkim, wszystkim prócz samej sobie. Jak się to przejawiało? W spotkaniach "na siłę" z ludźmi z którymi niekoniecznie miałam na to ochotę, w cierpliwym wysłuchiwaniu nierzadkich narzekań znajomych o tym, że nie mają pracy (albo mają z nią problem), nie mają dziewczyny (albo mają z nią problem), są chorzy (tak, to zmora nas wszystkich!), nie układa im się w życiu, za mało zarabiają, nie mają pomysłu na życie.. etc. Ciekawym zjawiskiem było to, że im więcej miałam własnych zmartwień na głowie tym gęściej sypały mi się na ramiona problemy i innych. Apogeum nastąpiło tuż przed operacją, kiedy zamiast sama być w jakiś sposób podtrzymywana na duchu przez przyjaciół i znajomych stałam się istną czarą goryczy do której dzień w dzień ktoś dolewał i dolewał! Oficjalnie przez swoją mamę zostałam mianowana nową Matką Teresą, a mój partner zaczął żartobliwie podpowiadać, że chyba minęłam się z powołaniem i powinnam prowadzić jakiś internetowy kącik porad w stylu: "Napisz do Katji". Ponoć zważywszy na ilość "zleceń" mogłabym się z tego utrzymać ;-) Mnie, trzeba szczerze przyznać, powoli przestawało to bawić... Czułam się wykorzystywana i to wykorzystywana przez tych, którym to ja miałam nadzieję niebawem (gdy zajdzie taka konieczność) wypłakiwać się na ramieniu! Wtedy jeszcze nie wiedziałam ile owe wydarzenia zmienią w najbliższym czasie. Będąc już w szpitalu, wystrachana, przerażona tym co wokół mnie się dzieje, jak każdy chory i zestresowany człowiek liczyłam na wsparcie bliskich mi osób - rodziny, znajomych i przyjaciół. Na rodzinie, nawet tej dalszej nie zawiodłam się, byli, wspierali, czułam ich zainteresowanie i życzliwość. Jak się miało okazać z przyjaciółmi i znajomymi było inaczej... W ludzkim wyobrażeniu przyjaciel jest kimś na kim możemy polegać, ufać mu, zwierzać się, śmiać się razem z nim i płakać. Przyjaciel jest naszą opoką, wiernym towarzyszem doli i niedoli. Przede wszystkim przyjacielem jest się na zawsze. Nawet kiedy los rozdziela dwoje przyjaciół, czy dorosłe życie kieruje ich w przeciwne strony - przyjacielem pozostaje się na zawsze, nie da się po prostu przestać nim być. Jest się wtedy przyjacielem ze szkolnej ławki, przyjacielem z dzieciństwa, ze studiów itd. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że jeśli przestałeś być czyimś przyjacielem to znaczy, że tak naprawdę nigdy nim nie byłeś. Zapewne byłeś tylko jego znajomym, albo dobrym znajomym. Tak, znajomi to o wiele szersze grono, które podczas całego życia ewoluuje, zmienia oblicze. Jedni wchodzą do tego grona, inni z biegiem lat i z czasem odchodzą. Tu granica jest płynna.


foto by net

Moja operacja dokonała uszczerbku w gronie znajomych, a ściślej mówiąc dobrych znajomych oraz co było znaczniej boleśniejsze przetrzebiła wąskie grono przyjaciół... :-( Mówiąc dobitnie realia szpitalne, mój stan, choroba zdeptały wydawać by się mogło silną 7-letnią przyjaźń. Trudno było mi zrozumieć sytuację, bo to właśnie od mojego PRZYJACIELA oczekiwałam ciepłych słów otuchy, zainteresowania, ufałam, że mnie rozumie, i mogę na niego liczyć. Przedsmak tego jak bardzo się pomyliłam poznałam zaledwie 5 dni przed zabiegiem, kiedy z ust PRZYJACIELA przez telefon usłyszałam, jak wiele ma problemów z pracą i dziewczyną, a co do mnie, to: "bez przesady, to nie jest przecież przeszczep serca!" Tak! Właśnie, że tak! To jest dla mnie przeszczep serca!!! I nic nikomu do tego! Do dziś trudno mi zrozumieć czym zasłużyłam sobie na te słowa... Na szczęście już o tym nie myślę. Zgodnie z mądrą myślą powyżej - jak się okazuje "mój" PRZYJACIEL nigdy nie był przyjacielem. Wydawało mi się... Aaa, a może to wcale nie choroba, wcale nie trudny dla mnie czas zabił naszą przyjaźń!? Tylko w końcu okazało się, że po 7 latach ciągłego dawania nagle chciałam coś otrzymać? Dobre, ciepłe słowo otuchy na które nie było stać mojego PRZYJACIELA?
Podobnym brakiem kompletnego zainteresowania moją osobą a tym samym zdrowiem "wykazało się" kilkoro znajomych. Czy ktoś nie powiedział kiedyś: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Tak, święta słowa. Po raz pierwszy przekonałam się o tym na własnej skórze. Zobaczyłam egoizm ludzi, ich zapatrzenie w siebie, dewizowane hasłem: brać! Bo po co dawać...
Ale czas o nich zapomnieć, bo po co rozpamiętywać tego rodzaju rzeczy. Życie biegnie dalej, już bez pseudoznajomych i wątpliwych przyjaciół.
Za to wspaniale jest się cieszyć z wartościowych kontaktów, które operacja i niełatwe dla mnie momenty tylko umocniły. Kochani, bliscy, wartościowi i pomocni znajomi oraz przyjaciele :-) Spisali się na medal za co jestem im szalenie wdzięczna!
I tu wracając do mojej początkowej myśli - to właśnie te przykre doświadczenia plus szereg zdarzeń podbił moją asertywność. I to bez drogich kursów i prania mózgu na warsztatach z autoprezentacji! Przestałam ułatwiać życie wszystkim dookoła kosztem siebie samej. Nauczyłam się mówić "nie", nauczyłam się odmawiać. Nauczyłam się mówić wprost co co myślę i czuję. Nie owijam w bawełnę - a już myślałam, że dane mi będzie zostać prząśniczką ;-) I bardzo mi z tym dobrze. Czuję jakby ogromny, wielki głaz zwalił mi się z serca. O ile lżej mi oddychać wiedząc, że nie muszę się z nikim i niczym "szczypać". Jeśli moja prawda, własne zdanie kogoś boli albo nie odpowiada, to czy ja powinnam się tym martwić? Czy życie polega na ciągłym głaskaniu innych po głowie, mówieniu tylko miłych rzeczy, wiecznym i naiwnym do utraty rozsądku pocieszaniu? Powiedziałam sobie pass!
I naprawdę, bardzo, bardzo mi z tym dobrze :-)


foto by net

czwartek, 4 grudnia 2008

4.XII.2008. Wiewióry

/park/

Są piękne, zwinne, puszyste i odważne. Mają cudownie zimne łapki i długie pazury. Ich pyszczki, zwłaszcza jesienią są wiecznie utytłane w glinie i ziemi :-) Uwieeeeeelbiam je! Za włoskiego orzecha wskakują czepiając się spodni na kolana, a nawet plecy! Obracając orzech wokół jego osi w kilka sekund rozgryzają twardą łupinę. Kawałki orzecha smacznie chrupią trzymając długimi palcami, inne starannie zakopują w ziemi, pod drzewami, a czasem w szczelinach kory drzew. Wyjątkowe stworzenia :-) Dziś po raz pierwszy od czasu operacji byłam w parku odwiedzić moich małych rudych przyjaciół. Obcowanie z nimi to prawdziwy wulkan radochy. Niewiele brakowało, żebym latała za nimi po lesie ;-)
A o kim mowa?
- Poniżej:




fotos by K&T XII. 2008

Chciałam podziękować za maile, rozmowy na GG i komentarze osób, które czytają bloga. Co jakiś czas otrzymuję wiadomości, sygnał od kogoś, kto wyszperał "Dziennik z remontu" w internecie i znalazł w nim coś dla siebie, coś co pomaga mu w oczekiwaniu na jego własną operację, przygotowaniu się, przełamaniu strachu itd. Cieszę się, bo tym samym wiem, że blog stał się czymś pozytywnym, czymś co najkrócej mówiąc ma sens :-) Dziękuję.
Jeśli pominęłam jakieś ważne wiadomości, temat który warto poruszyć w związku z Ganzem, autotransfuzją czy rehabilitacją pytajcie. Skrupulatnie odpowiem :-)

poniedziałek, 1 grudnia 2008

01.XII.2008. 8 tygodni po Ganzu

/spacer/

Siedzę na ławce, na boisku do tenisa i siatkówki i dumam. Ciekawe kiedy będę mogła zagrać sobie...? Kiedy pierwszy raz pobiegnę? Za 2 tygodnie, za miesiąc, za 2 miesiące? Nie mam pojęcia jak szybko to nastąpi. Chciałabym już dziś wyrzucić w diabły kule i chodzić jak normalny człowiek! Czasem tak bardzo mi ciążą, chciałabym zobaczyć jak szybują z balkonu.. daleko.. w hukiem spadają na betonowe patio pomiędzy blokami. Wyszłam na spacer. Ale tak długo grzebałam się z ubieraniem, wykonywaniem ostatnich "pracowych" telefonów i maili, że moje słońce zaczęło chować się za czubkami sosen. Wszystko robię za późno, za wolno. Ok, może nie w słońcu, ale tak czy siak poczytam trochę książkę. Jeden z thrillerów w którym tajemniczy i jak się okazuje seryjny morderca sieje pogrom wśród spokojnych do tej pory okolic Nowego Orleanu. Dość wciągający, zważywszy, że lubię thrillerki ;-) Przy czytaniu w bezruchu na ławce zaczyna marznąć mi pupa. Ups, a czego ja się spodziewałam? Afrykańskich upałów? W końcu to 1 grudnia ;-) O tak... Afryka... chętnie, baaardzo chętnie, nie mam nic przeciwko 40 stopniom w cieniu. A w morzu trzydzieści kilka. Pływam, aż kompletnie spierzchną mi od soli i wody usta, opuszki palców u stóp, ręce, skóra szczypie i prosi o prysznic w słodkiej wodzie. Bosko! Woda przejrzysta, turkusowa, błękitna, granatowa, ciemny granat, czerń.... Respekt. Przyspieszone bicie serca, niewiarygodny podziw, ukołysanie w głębi i ciekawość połączona ze strachem - co jest tam, głęboko, na samym dnie? Piękne i inteligentne ośmiornice? Może duże i te mniejsze nakrapiane ogończe z ostrymi jak brzytwa ogonami? Głębinowe kałamarnice, ryby kamienne, mureny, rekiny..? Na pewno tak, i wiele, wiele innych cudownych i zaskakujących stworzeń. Chciałabym je wszystkie kiedyś zobaczyć. Niestety, żeby zobaczyć te głęboooko musiałabym się w końcu przekonać do nurkowania głębinowego, które póki co kłóci się z moim wyobrażeniem o swobodzie i wolności podwodnego świata. Za to snorkeling zbliżony jest do freedivingu. Ale do freedivingu daleka droga ;-) Na start zaopatrzę się w książki Umberto Pelizzari "Manual of Freediving: Underwater on a Single Breath" oraz legandarnego Jacques Mayol'a: "Homo Delphinus. The Dolphin Within Man". Już same okładki książek na ebayu przyprawiają mnie o dreszcze ;-)
Zimno, zmykam do domu.

bardzo ciekawska ryba

do dziś nie wiem co to było ;-)

Cephalopholis argus

ogończa [bez ogona :-) ]

ośmiornica

skrzydlica (lion fish)

fotos by K&T Sharm el Sheikh 2008

/mieszkanie/

Trochę ćwiczeń, coś na ząb i ponownie zagłębiam się w podwodny świat. Nurkuję w Google Earth w poszukiwaniu ciekawych miejsc i raf na świecie. Boże! Jest ich mnóstwo! Nie spodziewałam się, że aż tyle. Będę mieć co robić przez całe życie ;-) W przerwach między zaczytywaniem się przy laptopie (robię to od 3 dni) zasuwam serię ćwiczeń. Został mi jeszcze dziś rowerek. Codziennie staram się ćwiczyć na nim przynajmniej 30 minut co przekłada się na jakieś 10 km (a nawiasem mówiącc - spalonych 300 kalorii). Mimo późnej pory odpalam projektor (konieczny jest jakiś film, żeby nie było nudno podczas pedałowania), uzupełniam wodę w butelce i zasuwam.

sobota, 29 listopada 2008

29.XI.2008. Krótko, na temat

/mieszkanie/

1) Noga bez zmian. Przy prawidłowym chodzeniu (według zaleceń rehabilitanta) kolano i biodro dokuczają...

2) Moja postawa i chód są już lepsze, kontroluję to co robię i myślę, myślę, myślę. Każdy krok i ruch miednicą wykonywany jest w skupieniu. Ćwiczę - też w skupieniu.

3) Byłam na saunie infrared - przyjemna sprawa. Pomogło uśmierzyć ból, który od kilku dni świdrował lewy bark, szyję i łopatkę. Operowane biodro także pozytywnie się rozgrzało. Kupiłam sobie fantastyczną sól do kąpieli z przeznaczeniem leczniczym. (może dziś ją wytestuję?)

4) Jesienny nastrój i pewnego rodzaju dolinka utrzymują się nadal. No.., może na moment poprawiła je wizyta u ulubionego fryzjera ;-)

5) Robię dynamiczne plany, postanowienia, co do rzeczy które chcę w najbliższej przyszłości zrealizować.. angielski, warsztaty garncarskie, modyfikacja swojego sklepu internetowego...

6) Powoli wpadam w wir gwiazdkowości i prezentowości ;-) W końcu jeśli nie chce robić wszytkiego na ostatni moment to trzeba już teraz zaplanować co i komu sprezentować. A robienie innym prezentów i sprawianie przyjemności i wymyślanie pomysłów jest jednym z moich ulubionych zajęć. Startuję z tym juz teraz, bo zakupy, chodzenie po sklepach itd zajmuje mi znacznie więcej czasu niż kiedyś ;-) Dobrze, że jest taki wynalazek jak Ebay i Allegro ;-)

7) Koniec pisania. Zmykam do siostrzenicy, małego gryzonia z czterema zębami :-)


foto by Katja VIII.2008.

wtorek, 25 listopada 2008

25.XI.2008. Hmmm.....

/mieszkanie/

Wczoraj też bolała, chyba jeszcze bardziej i niepokojąco. Trzymałam łapkę na telefonie i kombinowałam czy zadzwonić do kliniki i podpytać czy to normalne? Przecież od kilku tygodni bólu kości już nie było, zniknął, ból sprzed operacji stał się mglistym wspomnieniem. A tu nagle znowu zaczęło się coś w tym stylu... Winę zwalam na zmianę pogody (dokładniej- śnieg, który tak uwielbiam) i rewolucję w ćwiczeniach. Bo przecież tam w środku nie może dziać się nic złego. Tak, ćwiczenia na pewno mają duży wpływ na to co dzieje się z moim stawem. Szczególnie, że na rehabilitacji zaczęliśmy wykorzeniać moje złe nawyki, które zżyły się ze mną już od dawna, myślę, że nawarstwiały się latami, wraz z natężeniem bólu w stawie. Mówię o nawykach w chodzeniu, staniu, a nawet siedzeniu. Trikach i kombinacjach, które wymyślił sobie mój sprytny organizm, żeby odciążyć chorą nogę, skompensować pewne ruchy, które coraz trudniej było mi normalnie wykonywać. Oszukańcze ruchy i pozy były dla mnie niedostrzegalne, dopiero teraz, po dokładnym omówieniu ich z fachowcem zaczęłam zauważać jak sobie "pomagam" w chodzeniu, jak zmieniam ustawienie miednicy "żeby było łatwiej" i oszukuję stopą układając ją na zewnętrznej krawędzi, co ma przełożenie na ustawienie kolana. Laik nigdy by się nad tym nie zastanowił. Prawda jest taka, że chodzić byle jak, byle do przodu każdy może, pytanie tylko: czy chodzić jako tako, czy może jednak powalczyć z samym sobą i wyrugować wszystkie złe przyzwyczajenia? Nie chcę być jak Quasimodo dlatego powalczę.


foto by net

Pomijając kwestię Dzwonnika, dzisiejszy dzień jest jakiś smętny. Siedzę i zastanawiam się czym się zająć, co z sobą robić. Jakiś leń we mnie wstąpił od kilku dni. Czas spędzam głównie na czytaniu książek (cztery jednocześnie) i grzebaniu w internecie. Czasem trochę popracuję, ale bez przesady ;-) Kilka faktur, telefonów, maili. Ot i koniec. Zaraz wskakuję na rower treningowy. Trzeba rozruszać leniwe kości ;-)

niedziela, 23 listopada 2008

23.XI.2008. Kobieta jaskiniowa

/Teatr Bajka/

Nastrojowo, komicznie, zabawnie, czasem z nutką zawstydzenia, bawiąc się po pachy spędziłam świetny wieczór w teatrze. "Kobieta jaskiniowa" w wykonaniu Hanny Śleszyńskiej powaliła nas na kolana :-) Polecam!






fotos by net
Noga jednak cały dzień nietypowo dokucza... :-/ Boli w środku, w biodrze, to nie ból mięśni, ale kości.. Może to przez pogodę? Śnieg, który poprószył tu i ówdzie..? Boli w okolicy cięcia i śrub.. Nieprzyjemne, męczące, dokuczliwe.
Chcę się jutro obudzić i nie czuć tego.

sobota, 22 listopada 2008

22.XI.2008. Jesienna chandra

/mieszkanie/

Złapało mnie coś w rodzaju jesiennej doliny. Eh, mało we mnie energii, chęci do działania. Na siłę zmuszam się, żeby rano wyjść z łóżka, zrobić coś pożytecznego dla świata. Nie mam nawet potrzeby i ochoty spotkać się ze znajomymi, od kilku dni siedzę przy laptopie, trochę pracując, trochę klikając bez sensu i machinalnie w klawisze. Trzeba to zmienić, koniecznie. Myślę, że samoistnie zmiany przyjdą w poniedziałek. Dlaczego akurat w poniedziałek? Bo od rana zasuwam na rehabilitację. W ogóle to bardziej skomplikowany temat. Mianowicie, w miniony czwartek, 6 tygodni po operacji pojechałam na spotkanie do świetnej przychodzi rehabilitacyjnej, z której korzystam już od 2 lat; między innymi przygotowywali mnie także do operacji osteotomii. Pracują tam wyjątkowi, wysoko wykwalifikowani fachowcy, na bieżąco z najnowszymi trendami w dziedzinie rehabilitacji. Po 1,5 godzinnych oględzinach, wywiadzie i badaniu obopólnie zdecydowaliśmy się na indywidualny program ćwiczeń. Program opiera się na najnowszych metodach rehabilitacyjnych, również w oparciu o PNF. Mówiąc szczerze, na początku byłam bardzo przygnębiona, bo zobaczyłam i uświadomiłam sobie ile robię błędów. Moje chodzenie jest, jakby to powiedzieć... w lesie. Robię dużo błędów, które dla laika, dla mnie były niedostrzegalne. Rehabilitant pokazał mi jak moje odczucie i postrzeganie własnej pionowej postawy różni się od prawidłowego. Eh.... sporo, bardzo dużo przede mną pracy. A tak już się cieszyłam, myślałam, że to że chodzę i jestem z tego zadowolona to już jest świetnie. Okazuje się, że chodzenie i chodzenie to dwie różne sprawy. Powiedziałam o moich marcowych planach alpejskich...skrzywił się i zaprzeczył.. :-( Powiedział, że jego zdaniem (a ma doświadczenie w rehabilitacji takich pacjentów jak ja) nie będe na to przygotowana. To mnie dobiło... ale w duchu wiem, że jestem w stanie to osiągnąć, bo lepiej niż kto inny znam swój organizm i wiem na co mnie stać. Pokaże mu, że w tym przypadku będzie musiał zmienić zdanie! Także od poniedziałku mobilizuję się i 3 razy w tygodniu wylewam poty pod okiem fachowców.

Wczoraj pojechałam zmienić koła w samochodzie na zimówki. Potem spędziłam ponad godzinę na myjni gdzie umorusany pan mozolnie szorował furę. Narzekał strasznie, że brudny, że czarny, że zimno, hahaha, koniec świata! Nie chciałam marznąć i przede wszystkim słuchać tego więc piechotką przespacerowałm się do pobliskiego- jak się później okazało - chińskiego baru. Gramolę się a Pan Chińczyk czy tez Wietnamczyk (mam czasem problem z szybką identyfikacją ;-) ) łamaną polsczyzną mówi: "Boli noga?" Rewelacja! Wszędzie traktują mnie jak kulasa! Gdziekolwiek wchodzę, np. do sklepu ekspedientka leci otwierać mi drzwi. Ostatnio w pizzerii kelnerka pchała się za mną nawet do toalety, żeby nie wiedzieć niby jak i czemu, ale chciała "ułatwić mi życie". Makabra! To ulgowe traktowanie dobija. Przynajmniej ja tak na to reaguję. Chcę czuć się coraz zdrowiej i sprawniej a inni traktują mnie jak bym była ze szkła. Na ulicy ciekawscy pytają: "Miała pani wypadek?" czasem dopowiadając sobie że niby samochodowy.


foto by net
Ale wracając do tematu kół zimowych muszę się do czegoś przyznać. Po zmienie kół zwiozłam te letnie 16-sto calowe felgi z oponami do garażu i zrzuciłam z samochodu układając na półce... Yyyyy, jak to powiedzieć... chciałam zrobić coś co normalnie zrobiłabym będąc zdrowa. Zresztą, wiadomo, że wolę brudzić sobie łapki w garażu smarem czy olejem niż mąką w kuchni ;-)

środa, 19 listopada 2008

19.XI.2008. 2 kontrola

/mieszkanie/

Byłam dziś na kontroli u profesora. Wspaniały człowiek :-) Za każdym razem kiedy wychodzę z jego gabinetu mam w sobie wiadro radości i optymizmu. Po obejrzeniu nowej fotki RTG, zrobieniu USG i kilku ćwiczeń sprawdzających moje umięśnienie ;-) z zadowoleniem profesor stwierdził, że wszytko jest świetnie i naprawdę szybko i obiecująco wracam do zdrowia. Kości ładnie się zalewają, szew jest mistrzostwem świata :-) Wspaniale! W wesołej i pełnej euforii atmosferze przespacerowałam się też przez gabinet zupełnie bez kul. Od dziś mam już poruszać się po mieszkaniu samodzielnie bez pomocy kuli, a zabierać ją do towarzystwa wychodząc z domu. No i tak robię :-) Na razie chodząc bez niej zdecydowanie przypominam Quasimodo - Dzwonnika z Notre Dame...


foto by Igor

Ale każde początki są trudne, nikt nie mówił, że będzie łatwo :-) Teraz najważniejsze jest systematyczne ćwiczenie, szczególnie gluteusa maximusa - odpowiada za poprawną postawę. Czworogłowy uda jest już naprawdę mocny. Mam w głowie kolejny zestaw ćwiczeń i pewnie nie dalej jak miesiąc zamieszczę na blogu nowe foto wielkiego mięśniaka - dla jasności to nie będzie Pudzian, tylko Katja w nowym wcieleniu ;-)

Pośmigałam też dziś po mieście moją czerwono krwistą bestyjką. Trochę gapią się na mnie ludzie, jak wpycham się do niej z kulasem, ale co tam! Jest wspaniale!

Pokonany dzisiaj dystans rowerem treningowym = 5 km. Szczerze? Ciekło mi po plecach.

18.XI.2008. Yeeeaaah!!

/mieszkanie/

Jest!
500 x
500 x
500 x
:-)
Pokonałam samą siebie! I udało się! Szkoda, że nie mam siły cieszyć się tak bardzo jak bym chciała :-) Przy okazji ćwiczeń spróbowałam czegoś... przeszłam 3 metry w ogóle bez kul! Nie wiem czy profesor mnie nie zamorduje za to, ale musiałam spróbować, to było silniejsze niż trzeźwe myślenie.

wtorek, 18 listopada 2008

18.XI.2008. Coraz wyższa stawka

/mieszkanie/

Zasuwam. Wczoraj pokonałam swój dotychczasowy wynik ćwiczeń. Zliczając wszystkie serie w ciągu dnia zrobiłam
350 x podnoszenie nogi w zgięciu
350 x odwodzenie
350 x przywodzenie
+ ćwiczenia izometryczne
+ ćwiczenia czynno-bierne

To było wczoraj, dziś zamierzam pobić ten wynik.
Założenie: każde z 3 podstawowych ćwiczeń zwiększyć do ilości powtórzeń: 500. Jest godz. 16.00, na razie mam za sobą 250 powtórzeń - połowa! Zważając na swój nocny tryb życia - jest szansa, że uda się zrealizować założenie.

Dziś odbieramy świeżo zakupiony rower treningowy. Upchniemy go gdzieś na naszych 40-stu metrach, pewnie kosztem innych przedmiotów i rozpoczynamy treningi. Już nie mogę się doczekać :-) Jak to się mówi w branży- mam wielkie parcie na szkło ;-) No, może w tym przypadku nie na szkło, ale na planowane narty. Dodatkową motywacją jest myśl o nowym modelu moich ulubionych supercrossowych deseczek. Oj, będzie się działo! Jakie to niesamowite, że od kilku dni pączkuje ta myśl o nartach w mojej głowie, pączkuje i rozpiera od środka! Powodując niespożyte pokłady energii, samozaparcia i zdecydowania.

Dla podtrzymania adrenalinki w żyłach pojeździłam wczoraj moją bestią :-) Wciskanie się do niej wraz z 1 kulą było nieco komiczne a jeszcze komiczniejsze chyba wygramolanie się z jej mikroskopijnego wnętrza i wyjątkowo niskiego fotela. To był test, bo nie byłam pewna czy moja coraz silniejsza noga da radę, czy poskromię jej sportowe przełożenia skrzyni biegów i twarde zawiszenie. Ale to było to czego potrzebowałam! Zdecydowanie. Potoczny banan na twarzy zawinął się dookoła głowy zaczepiając o uszy. Jej nowy tłumik cudownie mruczał.... Hahhaha, sama nie wierzę w to co piszę! Ale to jest właśnie piękne :-) Momenty które uskrzydlają, chwile które dają kopa, rzeczy które przyspieszają akcję serca, zdarzenia które zapierają dech. Czy nie dla nich właśnie żyjemy? Tych mniejszych i większych radości ładujących silniki naszego życia.


foto by Katja 2008

niedziela, 16 listopada 2008

16.XI.2008. Narciarskie zakupy

/mieszkanie/

Wróciłam do siebie, do nas :-) Miło jest znowu spać we własnym łóżku, pić herbatę w swoim ulubionym kubku i kąpać się w wannie z książką w mokrej łapce. Po pysznym śniadanku i papierkowo-fakturowej robocie przy laptopach pojechaliśmy na małe rozpoznanie do sklepów sportowych w centrum handlowym. Przymierzyłam się do różnych rowerków treningowych. Po środowej konsultacji u profesora - jeśli nie będzie widział przeciwwskazań - kupuję rower i zasuwam! Przecież w marcu mam zamiar wskoczyć na jakieś nowe szybkie deski i nieco pośmigać. Oprócz poszerzenia wiedzy na temat ergonometrów nie obyło się bez oglądania tegorocznych modeli nart. Na koniec całej sklepowej wyprawy dostałam w prezencie od swojego mężczyzny śliczną kurteczkę - w sam raz na słoneczne marcowe narty :-) W domu oczywiście wszystko musiałam przymierzyć, nacieszyć się, sprawdzić spodnie narciarskie, założyć rękawice, popatrzeć czy gogle dadzą radę kolejny sezon ;-) Elegancko. W sam raz :-) Już nie mogę się doczekać marca!! Jeszcze tylko decyzja gdzie konkretnie wyruszamy i zaklepanie kwater. Sprawdzałam, w Madonnie, Val Gardenie i Cortinie d'Ampezzo już śnieg! Niebawem ruszają wyciągi.

Ok, koniec pisania, kolejna seria ćwiczeń, prysznic i spać.
Aaaa, przy okazji kąpieli - wchodzę do wanny bez - jak wcześniej - hokera. Mimo, że wanna jest bardzo wysoka nie jest mi już potrzebne krzesło. Prawie jak "normalny" człowiek ;-) Hahhahah!

Sasolungo (widok z Arabba)

Sella Ronda (Val Gardena)

Seceda 2518 m npm (Val Gardena)

Passo Groste (Madonna di Campiglio)

Cinque Laghi (Madonna di Campiglio)

foto by Katja&Tom Val Gardena 2006 and Madonna di Campiglio 2007

czwartek, 13 listopada 2008

13.XI.2008. Basen

/rodzinny dom/

:-) W końcu! Po kilku nieudanych próbach wystartowania na basen (zawsze coś krzyżowało mi plany, a to brak czasu, samochodu, kiepskie godziny otwarcia pływalni itd.) w końcu ku wielkiej uciesze popluskałam się w wodzie. Wybrałyśmy się we dwie z mamą. Nasz wybór padł na mały basen z gadżetami do masowania typu bicze wodne, hydromasaże i inne. Co prawda wody miałyśmy po pas ale jak na początek w zupełności wystarczyło. W końcu nie pojechałam tam aby pokonać trzydzieści odległości basenu nienagannym stylem motylkowym, którego pozazdrościłaby nawet Otylia ;-) W wodzie było wspaniale. Wymachiwałam nogą na wszystkie strony. Wymasowałam plecy, stopy i delikatnie moją nogę po remoncie na każdym z dostępnych urządzeń. Świetna sprawa. Popływałam trochę żabką (to był test w ciemno bo nie wiem czy powinnam już wykonywać takie ruchy- ale wszystko było ok, zero bólu) i na plecach. Korciło mnie jeszcze, żeby pójść na saunę, ale miałyśmy za mało czasu. Po godzince spędzonej na basenie czułam się tak zmęczona jakbym od świtu do zmierzchu pływała na rafie zmagając się co najmniej ze sporymi falami przypływu ;-) Jeszcze duuuużo przede mną pracy i ćwiczeń żeby wrócić do formy. Ale nie jest źle!

Pisząc słucham dobrego i nieśmiertelnego Alice in Chains oraz Mad Season. Idealne do małego szaleństwa za kółkiem na ładnej drodze;-) Pojutrze pożegnam znów na jakiś czas rodzinny dom i wracam do siebie i (mam nadzieję stęsknionego) mężczyzny. Jestem niesamowicie ciekawa czy zaskoczy mnie jakąś przyjemną niespodzianką ;-) Jak świat stary kobiety zawsze chcą być mile zaskakiwane i adorowane :-) Tak to już jest poukładane. Ale nie widzę w tym nic złego. Może zabierze mnie i mojego kulaska do teatru? Albo jeśli pogoda na to pozwoli uda mi się go jakimś cudem przekonać (wiem, że marne szanse, ale próbować trzeba) i zgodzi się żebym wsiadła na motor! Wypadało by ładnie zakończyć ten sezon i nie widzę powodu żebym miała z tego rezygnować :-) Poczekamy, zobaczymy. Na pewno nie będzie nudno. Bo przecież nigdy razem nie jest nam nudno :-)


Tom



foto by Katja&Tom 2007/2008

środa, 12 listopada 2008

12.XI.2008. Jean-Claude Van Damme

/rodzinny dom/

Pięć tygodni po operacji.

Czy pisałam już że od tygodnia dni śpię na operowanym boku? Zaryzykowałam w dniu odłożenia jednej kuli. Wydarzenie kuli było na tyle ważne, że w ferworze na śmierć zapomniałam o tym jakże wcale nie mniej istotnym sukcesie :-) Na początku leżenie na operowanej stronie nie było komfortowe (podobnie jak w 14 dobie po operacji próbowałam spać na „zdrowym” boku). Leżąc wyraźnie czułam moje śrubki, że coś tam w tym boku siedzi i gniecie mnie. Jednak po tygodniu zupełnie spokojnie i odważnie zasypiam już na prawej stronie, co nie ukrywam sprawia mi niesamowitą radochę, bo jak za „dawnych czasów” podczas snu wiercę się i obracam dookoła własnej osi :) Wspaniale. Szczególnie jak przypomnę sobie te 2 tygodnie leżenia po operacji na wznak jak rozpłaszczona żaba :-/

Czy wspominałam już, że normalnie prowadzę samochód (także manual)? Na zupełną swobodę jazdy autem czekałam jak na święto :-) To dla mnie niewątpliwa przepustka do samodzielności. Teraz kiedy tylko chcę wsiadam i jadę gdzie koła poniosą. Wspaniale, bo czy na zakupy czy na rehabilitację mogę bez kłopotu i angażowania innych wyruszyć sama :-) Tak, w sumie wszystko zrobiło się już dla mnie dostępne. Swobodnie poruszam się po mieszkaniu, wykonuję drobne prace. Cały czas śmigam o jednej kuli. Tak jak na początku chodziłam dużo wolniej niż o 2 kulach, tak teraz poruszam się już szybko i pewniej. Jest naprawdę świetnie :-) Dziś rehabilitantka powiedziała mi, że z tego co widzi to już bardzo pewnie i mocno obciążam operowaną nogę. Ale nie ma przy tym bólu. Owszem, wieczorem jest zmęczenie mięśni, ale nie dzieje się nic złego. Na swój sposób lubię ten ból mięśni. Po 1) wiem, jaka jest przyczyna, wiem, że ten ból jest nieodłącznym towarzyszem przyrostu moich mięśni. A po 2) to zmęczenie mięśni nóg przypomina mi błogie zmęczenie po nartach, za którym szalenie tęsknię :-)

Oczywiście każdy dzień ćwiczę, ćwiczę i jeszcze raz ćwiczę. Mój domowy program ćwiczeń urozmaicam dokładając nowe ćwiczenia – naturalnie w porozumieniu z moim (przede wszystkim narciarskim) trenerem tatą i zdalnie z rehabilitantką siostrą :-) Co dzień dopingują i trzymają pieczę nad wynikami :-) Wczoraj jak prawdziwy Jean-Claude Van Dame stojąc w salonie rodziców na stopniu siłą własnych mięśni położyłam operowaną nogę..... na telewizor!!!! Hahaha, to dopiero był wyczyn ;-)

Ludzki organizm to wspaniała maszyneria. Podziwiam ją każdego dnia i nie mogę się nacieszyć :-)


foto by net

poniedziałek, 10 listopada 2008

10.XI.2008. Rajecke Teplice Słowacja

/Słowacja/

Dopiero dziś opisuję wczoraj zapowiadaną wycieczkę.
Niedziela, piękny słoneczny dzień. Z mapą Czech i Słowacji moi rodzice i ja po pożywnym śniadaniu wpychamy się w samochód. (Tym razem ja nie prowadzę ;-) ) Naszym celem było słowackie uzdrowisko Rajecke Teplice ze słynnymi basenami termalnymi. Miejscowość znajduje się w pięknym otoczeniu gór Małej Fatry, pobliskich jezior, szlaków turystycznych i tras narciarskich. Trzeba przyznać, że okolica jest śliczna, drogi o niebo lepsze niż w naszym kraju, no i w końcu jakaś wycieczka! Coś się dzieje! Nasza droga "tam" trwała dość długo, nie spieszyliśmy się, cieszyliśmy się wspólnym byciem i widokami. Często zatrzymywaliśmy się w ciekawszych miejscach poznając okolicę. Po przemierzeniu Czech wpadliśmy do "nowej Słowacji". Nowej, bo będąc w niej ostatnim razem zapamiętałam ją z goła inaczej. Teraz mogłam podziwiać naprawdę światne drogi, mocno postawioną na turystykę rozwijającą się infrastrukturę. Na mecie w Rajeckich Teplicach zaczęliśmy w sumie od wieeeeelkiego i pysznego słowackiego obiadu. Spałaszowaliśmy go w oka mgnieniu :-) Zwiedziliśmy też zamek Kunerad- niestety teraz opustoszały i niszczejący na wzniesieniu w leśnej głuszy. Przyszedł czas na kąpiel w termach. Nastawiliśmy się, że pomoczymy nasze kości w ciepłych, bo aż 38 stopniowych wodach termalnych, może skorzystamy z dobrodziejstw masażu leczniczego, czy sauny albo innych atrakcji SPA? Plany były rozległe, ale nasz zapał dość szybko ochłodził pan parkingowy informując, że bez ubytovania vstupu niemożliwy. Hahhaha! No to ładnie. A jechaliśmy taki kawał :-) Niestety, nie wzięliśmy pod uwagę, że w długi weekend takich amatorów pływania w tremach jak my będą całe tabuny ;-) Jak okiem sięgnąć na parkingu równiutko w rzędach stały zaparkowane polskie samochody. Kraków, Wrocław, Bielsko Biała (dość licznie - bo i blisko), Warszawa (nawet kilka), Elbląg, Poznań... Jakby wszyscy rodacy, nagle, w jednej chwili zjawili się tu po szczyptę zdrowia. No to ja i moje kulasy nie wytestujemy naszych możliwości na basenie... Zaskoczeni, ale nie zmartwieni pozostawiliśmy Teplice innym powoli ruszając w drogę powrotną.
Tuż przed słowacko-czeską granicą, a raczej jej pozostałościami zaczepiliśmy o przytulną włoską kawiarnię rozgrzewając się espresso, lawendową herbatą i tiramisu picolo. Pysznoty!
Mimo, iż podczas naszej wyprawy zapomnieliśmy o leżącym w plecaku aparacie udało nam się uchwycić obiektywem kilka chwil. Spędziliśmy naprawdę miły i relaksujący dzień w doborowym towarzystwie :-) A ja, od przypływu świeżego górskiego powierza mało nie rzuciłam w las kuli i nie powędrowałam szlakiem ;-)






foto by Katja XI.2008

niedziela, 9 listopada 2008

09.XI.2008. Piękny, słoneczny dzień

/wycieczka/

To był wspaniały dzień. W całości spędzony z rodzicami wśród jesiennych pejzaży. Pozwólcie, że szczegóły opiszę jutro. Dziś, padnięta jak muszka, zmęczona trasą, zmordowana chodzeniem i atrakcjami zwijam się w kłębek, obok mnie mój pies - idziemy spać.
Dobranoc.


foto by Katja XI.2008.

piątek, 7 listopada 2008

08.XI.2008. Staszek Soyka

/sala teatralna/

Wyjątkowy, zjawiskowy, nie do opisania. Pełen emocji, wzruszenia i ciepła. Taki był dzisiejszy wieczór.

Zasiadam pomiędzy przyjaciółmi w jednym z teatralnych rzędów. Miejsca numerowane, sala pęka w szwach. Mija godzina 20 . Światła powoli gasną, scena rozświetla się... Najpierw, wśród oklasków wchodzi 5-cio osobowa ekipa, tuż za nią maestro. Pierwsze dźwięki spod klawiszy. Pierwszy utwór, drugi, trzeci... Jest wspaniale. Nowe nieznane mi utwory przeplatane doskonałym i nieśmiertelnym „Cudem niepamięci”, „Tango memento vite”, „Koniugacje”, „Absolutnie nic”. Wspaniała atmosfera. Band, publiczność i sam mistrz Stanisław Soyka bawią się wybornie. Dawno nie czułam się tak dobrze. Dawno nie doświadczyłam tak dużej dawki dobrej muzyki. Koncert trwał aż 2 godziny. Na koniec długie bisy. Pojawiły się moje ulubione Sonety Williama Shakespeare’a w przekładzie Stanisława Barańczaka, a sonet „XXXIII” po włosku. Jest i Tryptyk rzymski „Strumień”. Na sam koniec wiersz Zbigniewa Herbarta. Uczta dla zmysłów.

Wieczorów takich jak ten powinno być zdecydowanie więcej :-) Na moment oderwaliśmy się od rzeczywistości, zapomnieliśmy o swoich bolączkach, codziennych zajęciach. Soyka dobry na wszystko.. tak, święte słowa :-) Cudownie się bawiłam i absolutnie nie zwracałam najmniejszej uwagi na śrubki, kule i wszystkie inne moje dodatki ;-) Przecież to nie przeszkadza w cieszeniu się życiem!


Tango Memento Vitae

Kiedy przyjdzie iść
co ja powiem i komu
czy to boli i jak długo trwa
te pytania sączą się cicho powoli
całe życie do ostatniego dnia

lecz zazwyczaj nie myślę o tym
zazwyczaj bawi mnie to co mam
każda chwila taka droga
każda nuta taka nowa
niemodne to słowa niemodne
ale ja całą modę mam gdzieś

modlić się pracować
starszych szanować
i cieszyć się cieszyć się

Memento Vitae!
Tango Memento Vitae!
Memento Vitae!

słowa: Stanisław Sojka


foto by net

czwartek, 6 listopada 2008

06.XI.2008. Przełom! 1 kula!

/rodzinny dom/

*******************************
edit:
Z PERSPEKTYWY CZASU WIEM, BO DOŚWIADCZYŁAM TEGO NA WŁASNEJ SKÓRZE, ŻE 1 KULA TO JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH BŁĘDÓW JAKIE POPEŁNIŁAM W ŻYCIU!
NIE CHODZI SIĘ O 1 KULI! KONIEC KROPKA.

Dla wciąż nieuświadomionych i niedowiarków polecam tekst fachowca w dziedzinie fizjoterapii: http://forumbioderko.pl/viewtopic.php?t=65

TREŚĆ PONIŻSZEGO POSTA POZOSTAWIAM BEZ ZMIAN, PODKREŚLAJĄC TO CO WYŻEJ.

*******************************
Hip hip hurraaaa!!
Coś dzisiaj wywinęłam (jakby powiedział mój mężczyzna) !!!! Tak, tak! I sprawiło mi to nieopisaną radość! Udało się! Dziś mija miesiąc od mojego ganza. To co dziś się wydarzyło to duuuży krok do przodu :-) Ale, może po kolei.
Od wczoraj, tj. środy zaczęłam chodzić na rehabilitację. Mój cel był następujący: robię wszystko aby koło 14-15 listopada spróbować odłożyć jedną kulę, tak, abym na kontroli u profesora 19 listopada bez kłopotu zaprezentowała się już tylko z jedną towarzyszką moich spacerów.
Już w drugim dniu ćwiczeń - czyli dzisiaj widzę poprawę, czuję się silniejsza, łatwiej jest mi wykonywać ćwiczenia, robię większą ilość powtórzeń! Fantastycznie :-) Podczas ćwiczeń omawiamy z rehabilitantką różnice między poruszaniem się o 2 kulach a chodzeniem o 1. Stricte teoretycznie. Póki co wydaje się to trudne... Jak mam stanąć na tej operowanej nodze? Czy śruby wytrzymają? Czy będę na to niebawem gotowa? Jeszcze 3 dni temu myśl o odłożeniu 1 kulasa była abstrakcją. Hm.... Ale spokojnie, poczekamy, jeszcze mam czas.
Dziś podobnie jak wczoraj po ćwiczeniach z rehabilitantką udaję się na masaż klasyczny całej operowanej nogi - z przodu i z tyłu. Przyjemna sprawa. Wprawne ręce masażystki rozmasowują wszystkie niechciane napięte i przykurczone mięśnie. Po masażu mam z głowy ból mięśni, nie wiem też co to zakwasy! Świetnie :-) Wracając do domu powolutku i na spokojnie trawię sobie wszystkie informacje na temat ćwiczeń i chodzenia. Od momentu tej mentalnej "przymiarki" do 1 kuli wewnętrznie czuję się bardzo pewnie i w sumie jestem przekonana, że potrafiłabym już powoli spróbować... Wiem, że normalnie robi się to po 6 tygodniach, ale ten kto już trochę mnie zna, wie że nie mogłam tyle czekać :-)
Hm.. tylko od czego tu zacząć. Spróbuję iść tak jak się chodzi tylko z jedną kulą po stronie zdrowej nogi, ale póki co będę asekurować się prawą kulą lekko dotykając nią podłogi. Uffff! Daję radę! Kulą po stronie operowanej nogi tylko muskam podłogę w zasadzie nie opierając jej wcale! Ok. Pokazuję dumnie rodzicom moje osiągi. Oni oczywiście chcą mnie zamordować ;-) Dobrze, skoro nic nie boli, jestem silna i czuję się pewnie trzeba teraz pójść na całość.
Opieram prawą kulę o ścianę... kilka sekund skupienia i mobilizacji... maszeruję o jednej przez hol mieszkania! Jest!!! Idę, nic nie boli. Ja, jedna kula i moga noga po remoncie! Na twarzy uśmiech dookoła głowy! Bosko! Zdecydowanie, to najlepszy powód do otwarcia czekającego na dogodny moment w lodówce szampana!! ;-)
Ale ok, zanim zacznę szarżować jak wariat z jedną kulą przedzwonię do Otwocka, do profesora zapytać czy nie porwałam się z motyką na słońce.
Jest w porządku :-) Wprawdzie profesora nie ma, ale jeden z jego miłych i przystojnych lekarzy powiedział, że w sumie owszem, powinnam odłożyć kulę dopiero za 2 tygodnie, ale skoro już spróbowałam to ok, mogę chodzić o 1 już teraz! Moja radość nie zna granic. Rodzice patrzą trochę z niedowierzaniem i strachem w oczach. Ale kochani! Nie ma się czego bać! Trzeba wierzyć w siebie i swoje możliwości. Wszystko toczy się elegancko i optymistycznie. I oby tak dalej! A narty coraz bliżej :))


foto by net

poniedziałek, 3 listopada 2008

03.XI.2008. Teoria kolana

/rodziny dom/

Noga jest coraz silniejsza. Receptory czuciowe na boku uda, które prawie przez 3 tygodnie nie funkcjonowały jak należy praktycznie wróciły do normy. Czuję już normalny dotyk (wcześniej w ogóle nie czułam), jednak nie jest on przyjemny. Dziś dla testu wykonałam siad klęczny (klęknęłam i usiadłam na własnych stopach). Byłam ciekawa czy potrafię to zrobić. Zrobiłam, ale nie dałam rady siedzieć w ten sposób równomiernie na obydwu nogach. Duży ból w prawym kolanie uniemożliwiał równomierne obciążenie obydwu stron ciała. Długo zastanawiałam się dlaczego to kolano tak mi dokucza. I to kolano operowanej nogi a nie przeciwnej, co byłoby zrozumiałe, bo przecież zdrowa noga wykonuje teraz sporą robotę. Ale po dłuższych dywagacjach i podpowiedzi taty doszłam do wniosku, że to dlatego, iż obecnie kolano operowanej nogi jest w innym ułożeniu, pod innym kątem w stosunku do kości udowej. Przecież teraz, moja główka kości udowej zmieniła położenie w stawie, jest mocniej wsunięta i w końcu ma "daszek". To moja własna interpretacja, którą niewątpliwie zweryfikuję na najbliższej kontroli u profesora. Ale "na chłopski rozum" - ma to sens. Tłumaczę sobie, że z czasem kolano "przyzwyczai się" do takiego ustawienia i w pewien sposób skompensuje względem biodra.
Dużo więcej ruszam się i chodzę. Coraz częściej wstając z sofy czy krzesła mam ochotę iść i zapominam o kulach :-) Czasem mam wrażenie, że mogłabym poruszać się już bez nich. Oczywiście dalej ćwiczę. Moje 3 podstawowe ćwiczenia + bierne wspomagające. Małymi kroczkami, co kilka dni odczuwam jakby zwiększenie mięśniowej siły operowanej nogi, tzn. potrafię podnieść ją wyżej i zrobić większą ilość powtórzeń w serii. Teraz robię już po 10 x w każdej z serii.
Bardzo korci mnie basen. Do tego stopnia, że w tym tygodniu, najdalej w następnym (wtedy będzie już miesiąc po osteotomii) na pewno wskoczę do jakiegoś ciepłego basenu potaplać się trochę. Nie wiem czy dam radę pływać, ale poruszanie się w wodzie na pewno dobrze mi zrobi, rozciągnie ścięgna i ewentualne przykurcze.


foto by net

Do odłożenia 1 kuli pozostało mi 15 dni. Z jednej strony to ponad 2 tygodnie... ale z drugiej.. mam trochę stracha, że nie zdążę na tyle wzmocnić nogi... Ale, nie ma co zakładać w ten sposób. Na bank dam rade! W końcu nie bez przyczyny siostra nazywa mnie największym farciarzem w rodzinie ;-) A tak na serio - to wszystko siedzi w naszych głowach. Grunt to chcieć, wierzyć w swoje założenia, w to co chce się osiągnąć i dążyć do tego z pozytywnym nastawianiem, że się uda! No bo czy mogłoby być inaczej? :-)

sobota, 1 listopada 2008

01.XI.2008. Dzień zadumy

/rodzinny dom/

Wszystkich Świętych, dzień w którym odwiedzamy swoich bliskich na cmentarzach, wspominamy tych których nie ma już wśród nas. Zapalamy znicze, spędzamy czas w zadumie.
Ja też odwiedziłam bliską mi osobę. Cmentarz wieczorem, z milionem zapalonych zniczy wygląda majestatycznie...


foto: K&T cmentarz parafialny XI.2008

czwartek, 30 października 2008

30.X.2008. Zmęczenie materiału

/mieszkanie/

Zmęczona, słabiutka jak muszka trawię własnoręcznie upichcony obiad. Frytki, z kurczakowymi skrzydełkami. Znowu krok do przodu. Ale dziś jakoś nie mam z tego tytułu radości. Czuję się jakbym cały dzień pracowała w kamieniołomach albo co najmniej na plantacji trzciny cukrowej. Może dorwało mnie jakieś jesienne przemęczenie?
Dzień spędziłam na pracy przy komputerze i pakowaniu się. Jutro punkt 7 wyjazd. Nareszcie odwiedzę rodzinny dom i kochanych rodziców. Bardzo, bardzo tęsknię za bliskimi, miejscem w którym się wychowałam, moim słodkim psiakiem, znajomymi.. Podróż sama w sobie nie będzie dla mnie łatwa i szybka, bo z dwoma przystankami w Kielcach i Katowicach (siła wyższa - służbowe zobowiązania mojej drugiej połówki). Ale mam już plan jak wykorzystać czas oczekiwania :-) W Kielcach wypiję w jakiejś przytulnej kawiarence dobrą herbatę i zrobię prasówkę. W Katowicach natomiast będę miała aż 2 godziny wolnego. Tu mój plan jest bardziej ambitny ;-) Zarezerwowałam sobie wizytę u kosmetyczki, jakiś miły relaksujący zabieg na twarz, pedicure i masaż stóp! A co tam, raz się żyje! Po 3 tygodniach zmagania się z samą sobą chyba mi się należy odrobina luksusu? ;-)
Tak więc wskakuję teraz do wanny z nową dość intrygująca książką rozprostować kości. A potem w miarę wcześnie spać, żeby rano być gotową ma maraton.
Yyy, już bym zapomniała, czeka mnie jeszcze dziś nielubiany zastrzyk z heparyny w brzuch :-/ Pisałam już o nim kiedyś? Pewnie nie. To najgorszy moment wieczoru.. igły są deprymujące. Niestety, wiem że to konieczne. Zastrzyki zaczęłam brać już przed zabiegiem i szpitalu a rytuał wstrzykiwania ich towarzyszy mi codziennie. No niestety, to nieodłączna "przyjemność" rekonwalescencji po osteotomii i pewnie innych zabiegach ;-)


foto by net

środa, 29 października 2008

29.X.2008. Coś dla kogoś

/mieszkanie/

Nareszcie! W końcu zrobiłam coś dla kogoś :-) Pierwszy raz od czasu operacji nie siedziałam i czekałam jak księżniczka na śniadanie. Stwierdzając, że ta czynność jak najbardziej jest już w zasięgu moich możliwości zrobiłam mojemu wybrankowi serca pyszną jajecznicę z pomidorami. Na szczęście nasza kuchnia jest niewielkich rozmiarów więc skakanie jak wróbel na jednej nodze ograniczyło się do minimum ;-) Zrobienie w końcu czegoś dla kogoś było bardzo przyjemnym uczuciem. Szczególnie, że mogłam zrobić to COŚ dla bliskiej mi osoby, dzięki której każdy z przeżytych ostatnio dni miał sens i był łatwiejszy.
Do tej pory to wszyscy inni skakali wokół mnie, pomagali, przynosili, odnosili, podawali... koniec świata! Czyżby jajeczniczka była początkiem mojego wzmożonego przebywania w kuchni? ;-)


foto by net

wtorek, 28 października 2008

28.X.2008. Filozoficznie

/mieszkanie/

Za oknem pochmurnie. Ja, jak co dzień wiernie z kubkiem herbaty na sofie przy laptopie. Machinalnie przejrzałam obydwa programy pocztowe w poszukiwaniu czegoś co mnie zaskoczy, ujmie, zaaferuje. Niestety, nic poza kilkoma branżowymi raportami mailowymi. Przejrzałam odwiedzane przeze mnie fora – też nic zaskakującego. Znudzona obserwuję jak krewetki w akwarium swoimi imponującymi łapami filtrują każdy skrawek ich podwodnego świata. Wydaje mi się jakby robiły to w rytm muzyki, która rozbrzmiewa z głośników. Ponurkowałabym... eh...Nie, nie w akwarium, broń Boże ;-) Myślę raczej o niewyobrażalnie kolorowej rafie, gdzieś daleeeeeeko. Ustniczki, papugoryby, płaszczki, kraby, cheliny napoleońskie, rozdymki, skrzydlice, sierżant, koralowce... wszystkie czekają gdzieś tam na mnie, ciekawskie i piękne. Może w kwietniu, może w maju znowu je zobaczę, pogłaszczę po płetwach, nakarmię bułką?






fotos: K&T Sharm El Sheikh X.2008

Staram się ćwiczyć, bo zdaję sobie sprawę jakie to ważne. Ale nic nie przychodzi łatwo. Najsilniejsze z mięśni w operowanej nodze to przywodziciele- ćwicząc je mogę zrobić sporo powtórzeń w zasadzie nie męcząc się (na pograniczu bólu). Nieco gorzej jest z odwodzicielami, które widać nie są już takie silne. W serii robię maksymalnie 30 powtórzeń – większa ilość jest już nieprzyjemnie bolesna. No i to co sprawia mi największą trudność – to aktywizacja mięśnia czworogłowego. Ćwiczenie polegające na podnoszeniu z pozycji siedzącej ugiętej nogi w górę wyraźnie boli. A zdolność do wykonania małej ilości powtórzeń potrafi zniechęcić ;-/ Podnoszenie robię w seriach po 7 powtórzeń. Między seriami odpoczywam do i więcej 2 godzin. Już sprawdziłam, że póki co większa ilość powtórzeń czy częstsze serie fundują mi nieprzespaną noc :-/ Ale ćwiczę, bo w głowie siedzi to krótkie wydawać by się mogło nieskomplikowane słowo: n a r t y. Tak, motywacja, nie można o tym zapomnieć.

Zdałam sobie sprawę, że czas spędzony w szpitalu coraz bardziej zaciera się w mojej pamięci. Czyżby mózg sprytnie selekcjonował miłe i przykre wydarzenia? Te bolesne i trudne chwile odrzucał i kasował z pamięci podręcznej? Czy niebawem w ogóle zapomnę jak czułam się zaraz po operacji, jak bardzo bałam się przed? Wykasuję z pamięci jak niepotrzebny plik to jak w nocy płakałam i nie mogłam zrozumieć dlaczego muszę przez to wszytko przechodzić? Ludzki mózg jest niewyobrażalnie sprytnym narzędziem. Myślę, że tak właśnie robi. Ale całkiem dobrze pamiętam jak cieszyłam się z kolejnych sukcesów podczas mojego sześciodniowego pobytu w Otwocku :-)
Teraz coraz częściej zastanawiam się czy i kiedy powinnam poddać się zabiegowi lewej nogi... Na początku, zaraz po operacji, jeszcze w szpitalu, powiedziałam sobie, że nie, że drugi raz to już chyba nie dam rady. Teraz myślę już racjonalniej, ale jednocześnie chciałabym odsunąć to w czasie, jeśli oczywiście się da. Zobaczymy.. Póki co prawa noga musi odzyskać 150% sprawności a potem.. oczywiście muszę sobie to wszystko odbić w miły i sobie znany sposób! :))

W ramach krótkiego podsumowania trzeba dodać, że jestem już bardzo samodzielna. Zupełnie sama się ubieram - łącznie ze skarpetkami i butami. Sama wchodzę i wychodzę z wanny. Nauczyłam się siadać i wstawać nawet z bardzo niskich mebli (raz nawet z trawy w lesie ;-) ) Tym samym podnoszę się z bardzo niskiej sofy bez użycia rąk (i kul oczywiście). Zdecydowanie coraz więcej krzątam się po mieszkaniu. I non stop chcę gdzieś wychodzić, wyjeżdżać.
Nie pisałam, że w niedzielę odwiedziłam swoją bliską rodzinę –70 km w jedną stronę. Przy okazji pospacerowałam w lesie. W zasadzie cały dzień spędziłam poza domem. Przemieszczanie się po naszych dziurawych drogach daje odczucie późniejszego dyskomfortu [w końcu to tysiące mikro-drgań oddziaływujących na moje nowiutkie 3 śrubki i potraktowane piłą kości;-) ]. Jednak każdorazowe wyjście z domu, jakieś nowości, świeżo zdobyte umiejętnosci dają dużą satysfakcję. Ta mała podróż była dobrą zaprawą do czwartkowej wycieczki - już znacznie bardziej konkretnej, bo liczącej sobie prawie 400 km :)