Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ćwiczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ćwiczenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2009

31.VII.2009 Rower, basen...

Wczoraj rower i hasanie po lesie i okolicznych dróżkach.
Dziś basen i według przykazania - ćwiczenia,ćwiczenia, ćwiczenia. Prócz ćwiczeń trochę relaksu w jacuzzi i niewielki substytut tego za czym tęsknię - wielkiego błękitu. Eh...

Obie nogi dobrze to zniosły. Choć gdybym miała je porównać ;-) Prawa sprawia większe trudności reagując bólowo..

Forum rośnie, rośnie i jeszcze raz rośnie :-)
Dziś przekroczyliśmy 5000 odwiedzin! I dokładnie dziś mija 1,5 miesiąca od momentu upublicznienia Forum Bioderko. Fantastyczne!

weasel with one hula hoop

piątek, 20 marca 2009

20.III.2009 Mega zmęczenie

/mieszkanie/

Tak jak w tytule - padam z nóg. Padam, a nie zrobiłam dziś nawet 1 ćwiczenia. Jestem na siebie strasznie zła z tego powodu, ale mówiąc szczerze dopiero teraz, o 23.40 mam możliwość usiąść spokojnie i odpocząć choć na moment (póki nie zasnę na siedząco). Pół dnia zajmowałam się moją kochaną siostrzenica - nauczyła się już chodzić i jest wampirkiem energetycznym. Eh.. nie spodziewałam się, że aż tak da mi popalić. Drugie pół dnia sprzątałam, szykowałam i pichciłam a potem przyjmowałam gości na naszym przednarciarskim spotkaniu. Wszystko zgrabnie się udało. Wyjazd zaplanowany i dopięty na ostatni guzik. Za tydzień o tej porze będę już pędzić autostradami w kierunku Les2Alpes. Nie mogę się doczekać.
Ale teraz, najbardziej nie mogę doczekać się kiedy wezmę przyjemną kąpiel i wskoczę pod kołdrę. Dawno nie byłam tak zmęczona jak dziś - całkiem jak po całym dniu pracy w kamieniołomach.

Ps. Operowana noga nie boli. Za to przy dźwiganiu małego wampirka kilka razy dało znać o sobie "zdrowe"... ale czemu się dziwić. Teraz ono jest chore :-)


foto: net

czwartek, 26 lutego 2009

27.II.2009 "BODIES…The Exhibition"

/wystawa/

Pobyt u rodziców dobiegł końca i wróciłam już do siebie, do swoich kątów :-)

Wczoraj odwiedziłam głośną już dzięki mediom w Polsce wystawę "BODIES…The Exhibition". Zrobiła na mnie kolosalne i trudne do opisania wrażenie. Dla takiego laika jak ja, możliwość zobaczenia na żywo spreparowanych ludzkich ciał była dużym przeżyciem. Tak wyglądamy, z tego się składamy, taką posiadamy w sobie maszynerię, tyle skomplikowanych, narządów, mięśni, rurek! Największe emocje towarzyszyły mi, kiedy zobaczyłam maleńkie kilku oraz kilkunastotygodniowe płody dzieci... Prawdziwość obrazu i świadomość, że to ludzkie, zmarłe i spreparowane dzieci... niewyobrażalne... Człowiek nabiera szacunku dla ludzkiego życia, uświadamia sobie jego kruchość, przemijalność. Jednocześnie odczuwa respekt dla zjawiska jakim jest życie...
Niewiarygodna lekkość ludzkiego serca, które trzymałam w dłoniach, serca, które kiedyś biło i żyło pompując krew w jakimś mężczyźnie czy kobiecie zaparła mi dech w piersi. Bałam się go dotknąć, a jednocześnie bardzo chciałam. Trzymając je w obydwu dłoniach, ostrożnie, z namaszczeniem, oczyma wyobraźni widziałam jak moje serce przyspiesza i rytmicznie kurczy się, by znowu rozkurczyć i tak dalej i tak dalej... w nieskończoność.
Wystawa, to co zobaczyłam, przeczytałam, z czym miałam styczność zmieniło moje myślenie i postrzeganie ludzkiego ciała. Organizm człowieka to pełny tajemnic, precyzyjny i zadziwiający mechanizm.










fotos: net


Po południu wróciłam z rehabilitacji, masażu podwodnego, zakupów, myjni samochodowej i kosmetyczki. Zmęczona ale w dobrym nastroju. Nie wiedziałam, że wkrótce to się zmieni... Po przebraniu się w wygodny dres, wstawieniu prania i włączeniu laptopa zerknęłam do moich kochanych rybek. :-( Moja ulubiona, najmniejsza z nich wszystkich, najzabawniejsza, Srania - bo tak miała na imię - umarła. Maleńka leżała na białym żwirku, co jakiś czas kiwając się bezwładnie na falach. Jej dotąd pełne życia wielkie oczy teraz utkwione w jednym punkcie nie miały wyrazu. Tak bardzo mi smutno. Jedni powiedzą - to tylko ryba! Dla mnie - to moja rybka, o która dbałam i starannie karmiłam pożywnymi larwami, żeby choć trochę przytyła... Zawsze była słabsza niż inne i o wiele bardziej chuda... Nie udało mi się jej pomóc... Bardzo, bardzo mi przykro :-(

Powinnam już wziąć się w garść i zacząć pakować. Za 2 godziny wyjeżdżamy z Poznania. Muszę dodać jeszcze 2 słowa o dzisiejszej rehabilitacji. Tym razem Pan Piotr zastosował nowe bardzo trudne ćwiczenia. Wykonując je widziałam i czułam na własnej skórze w postaci ogromnego bólu jakie wciąż mam braki. Nowe ruchy, bardziej skomplikowane ćwiczenia odkrywają słabe strony... Niestety. Dostałam też nowe ćwiczenia stricte nastawione na przygotowanie pod narty. Podoba mi się, ale jest bardzo, bardzo trudne. Aby móc je robić zaopatrzyłam się w sklepie rehabilitacyjnym w tzw. beret (gumowy krążek w powietrzem w środku). Ćwiczenia są skoncentrowane na umiejętności trzymania równowagi w różnych utrudnionych sytuacjach. Na berecie, z kijkami w dłoniach naśladuję ruchy, które w naturze będę powtarzała na nartach. Pakuję beret i kijki w bagaż do Poznania, czasu coraz mniej, muszę ćwiczyć w każdej wolnej chwili. Naturalnie stały zestaw ćwiczeń + ćwiczenia na basenie dalej obowiązują.

czwartek, 15 stycznia 2009

15.I.2009. Tuning

/mieszkanie/

Pół dnia przesiedziałam u kosmetyczki. Tak, przychodzi taki czas, że trzeba wziąć się za siebie ;-) Poszłam na całość i po pedicure zafundowałam sobie na paznokciach u stóp głęboką czerwień metalic ;-) Miło jest poczuć się zadbanym i ładnym ;-) Druga część dnia to grzebanie w komputerze w poszukiwaniu jakiś ekstra dzikich miejsc z rafami pomiędzy Dahab a Taba w Egipcie. Tak, Google Earth w tym momencie jest niezastąpione.
Wczoraj ćwiczyłam więcej niż zwykle. Tzn. precyzując częściej. Dziś mocniej niż zwykle dają o sobie znać mięśnie, szczególnie gluteus maximus ;-) i dwugłowy uda. Z kolei na rehabilitacji kilkoma wprawnymi ruchami i "trikami"mój rehabilitant zlikwidował mój uciążliwy ból w plecach. Od razu lepiej, zaczęłam oddychać pełną piersią :) Dziś też powinnam ostrzej poćwiczyć, ale jakoś leń mnie łapie... A czas ucieka... Ostatnio ze smutną miną porównywałam swoje "osiągnięcia" z sytuacją znajomych dziewczyn, które były w tym samym czasie operowane co ja tyle że zamiast Ganza dostały endoprotezę. Ale takie porównywanie kompletnie nie jest sensowne. To zupełnie inny rodzaj zabiegu. U osób z endoprotezą wszystko szybciej się goi i jest inny ból pooperacyjny, bo sam stawy jest usunięty wiec teoretycznie nie ma co boleć. Po Ganzu natomiast mamy 3 przecięte kości, wszystko na siłę ześrubowane. Ćwiczenia po obu zabiegach także się różnią. Nie ma co porównywać. Wiem, że po endo szybciej się chodzi i nawet szybciej odkłada kule (naturalnie zależy jeszcze po jakim rodzaju endo, bo jest kilka). Nie ma nad czym dumać. Tylko brać się za siebie i ćwiczenia. Nic samo się nie dzieje i bez pracy nie ma kołaczy. Biorę się za ćwiczenia, bo wyjazd na narty coraz bliżej. Nie chcę obudzić się "z ręką w nocniku"!

godz. 00.45
Czuję wszystkie mięśnie. Dziś pierwszy raz porządnie czuję ból mięśni brzucha, całych nóg począwszy od pośladków, przez uda a na łydkach skończywszy. To potwornie miłe uczucie :-) Prawie jak po nartach....

czwartek, 25 grudnia 2008

25.XII.2008. Święta, Święta

/rodzinny dom/

Jest nas dużo, jest gwarno, nawet bardzo :-) W dniu Wigilii jak na zamówienie zaczął padać śnieg. Świat się zabielił, od razu zrobiło się świątecznie i zimowo. Świeże i rześkie powietrze wpada czasami uchylonym oknem i intensywniej roznosi po domu aromaty świątecznego stołu. Piękna, duża i żywa choinka połyskuje światełkami i bombkami a słomiane ozdoby przy każdej sposobności tańczą na gałązkach. Jest pięknie.
Mimo całego świątecznego gwaru i objadania się przepysznymi ciasteczkami (moje ulubione to "ule"- najlepsze w wykonaniu naszej utalentowanej sąsiadki) nie folguję sobie z ćwiczeniami. Bardzo zależy mi, żeby po powrocie ze Świąt z Sylwestra "pochwalić" się przed moim rehabilitantem ładnie odrobionym zadaniem domowym. Sama wyczuwam też zmiany. Przede wszystkim pod względem mięśni pośladkowych. Są dużo mocniejsze :-) W lustrze widzę gołym okiem, że moja pupa podniosła się - szczególnie prawy pośladek operowanej nogi. Jestem bardzo zadowolona. Każdy dzień zbliża mnie do wyjazdu na narty. Do mojego celu. Wybraliśmy już szczegółowo lokalizację, termin jest ustalony. To będzie Francja - po raz pierwszy, tam na nartach jeszcze nas nie było. Ruszamy do regionu Les 2 Alpes na przełomie marca i kwietnia 2009. Do tego czasu noga musi być 200% sprawna i będzie!! :)
Kończę pisanie z miłą myślą o nartach i zmykam zjeść na pewno pyszną kolację. Po kolacji w planie mamy rodzinny spacer. Pierwszy raz sprawdzę jak kule zachowują się na śniegu...


foto by net

czwartek, 11 grudnia 2008

11.XII.2008. Środek nocy?

/ośrodek rehabilitacji/

6.30 rano. O matko! Środek nocy, o nie! Błagam, dlaczego muszę wstawać??! To jakiś koszmar, dopiero co udało mi się zapaść w głęboki sen :-/ Nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, leżąc z telefonem w ręce szybko (na ile to jest możliwe zaspanym umysłem) analizuję sytuację i wymyślam powody, które mogłyby zatrzymać mnie w ciepłym łóżku. Bez sensu. Muszę... wstaję.. Idę jak na skazanie do łazienki, myję zęby, walczę z opadającymi powiekami.
Od jakiegoś czasu co dzień kładę się nie wcześniej niż o 3 w nocy. Nierzadko do 4 walczę sama z sobą o sen. 6.30 rano jest niedorzeczna, nie, nawet nie chcę o tym myśleć. Jest jedna dobra metoda na wstawanie, ona zawsze niezawodnie działa. Ale stosując ją trzeba mieć wspaniałą wyobraźnię i.. chyba być świrem. W ekstremalnych przypadkach, takich jak dziś wstając usilnie wkręcam sobie, że wstaję wcześnie bo wyjeżdżam na narty. Żeby było jasne- tutaj trzeba wspiąć się na wyżyny autokłamstwa! Jednak dobry bajer nie jest zły ;-) Silne utwierdzenie się w powyższym przekonaniu pozwala wygrzebać się z pościeli, nawet ochoczo doczłapać do łazienki czyniąc wszelkie z tym związane powinności. Podstawa: myślisz o nartach, stokach, zmarzniętych policzkach i wspaniałym powietrzu. Rozczarowanie przychodzi kiedy jestem już w ciuchach- ciuchach innych niż te które ubrałabym jadąc na narty.... jasny gwint! Czy ja jestem normalna!? Ok, cel osiągnięty. Wstałam, jestem przytomna, w sumie o to chodziło. A teraz gwoli wyjaśnienia tej chorej aczkolwiek działającej metody - parokrotnie zastosował ją na mnie mój tata w ekstremalnie rannych godzinach wyczuwając, że nic innego pewnie nie da rady zwlec mnie z łóżka. Bilans skutecznego wybudzania: 100%.
Godzina 8 z hakiem, ok, jestem, Ursynów, przychodnia rehabilitacyjna. Wchodzę i od razu widzę minę mojego rehabilitanta. Eh, nie jest dobrze. Przyznałam się do wczorajszych poczynań. Czy dostałam mówiąc kolokwialnie ochrzan? Oczywiście! Po reprymendzie pokazał mi, że naciągnęłam sobie więzadła w kolanie (operowanej nogi), moje sprzątanie "wyszło mi bokiem", widać było jak na dłoni, że od razu gorzej chodzę, etc. Eeehh... Mam wrzucić na luz. Mam zapomnieć o świątecznych porządkach i szarpaniem się z odkurzaczem (na marginesie - zepsułam go wczoraj ;-) ). To samo usłyszałam godzinę później przez telefon od siostry. Dobitnie przypomniała mi, że jestem DOPIERO (a myślałam, że AŻ) dwa miesiące po złamaniu 3 kości! Słowa złamanie, zamiast przecięcie użyła specjalnie, żebym chyba szybciej przyswoiła, że tam w środku wciąż jest jak po burzy. Kości niezrośnięte, tkanki pewnie jeszcze nie do końca odbudowane... Tak, tak, wiem. Wiem, ale wkurza mnie to! Jak długo mam jeszcze tak się z tym bawić!?
Koniec, idę spać, serio. Wiem, że jest południe. No i co z tego? Mam tak rozregulowany zegar biologiczny, że nie ma to dla mnie znaczenia. Chce mi się spać. Spać, spać...


foto by net

sobota, 29 listopada 2008

29.XI.2008. Krótko, na temat

/mieszkanie/

1) Noga bez zmian. Przy prawidłowym chodzeniu (według zaleceń rehabilitanta) kolano i biodro dokuczają...

2) Moja postawa i chód są już lepsze, kontroluję to co robię i myślę, myślę, myślę. Każdy krok i ruch miednicą wykonywany jest w skupieniu. Ćwiczę - też w skupieniu.

3) Byłam na saunie infrared - przyjemna sprawa. Pomogło uśmierzyć ból, który od kilku dni świdrował lewy bark, szyję i łopatkę. Operowane biodro także pozytywnie się rozgrzało. Kupiłam sobie fantastyczną sól do kąpieli z przeznaczeniem leczniczym. (może dziś ją wytestuję?)

4) Jesienny nastrój i pewnego rodzaju dolinka utrzymują się nadal. No.., może na moment poprawiła je wizyta u ulubionego fryzjera ;-)

5) Robię dynamiczne plany, postanowienia, co do rzeczy które chcę w najbliższej przyszłości zrealizować.. angielski, warsztaty garncarskie, modyfikacja swojego sklepu internetowego...

6) Powoli wpadam w wir gwiazdkowości i prezentowości ;-) W końcu jeśli nie chce robić wszytkiego na ostatni moment to trzeba już teraz zaplanować co i komu sprezentować. A robienie innym prezentów i sprawianie przyjemności i wymyślanie pomysłów jest jednym z moich ulubionych zajęć. Startuję z tym juz teraz, bo zakupy, chodzenie po sklepach itd zajmuje mi znacznie więcej czasu niż kiedyś ;-) Dobrze, że jest taki wynalazek jak Ebay i Allegro ;-)

7) Koniec pisania. Zmykam do siostrzenicy, małego gryzonia z czterema zębami :-)


foto by Katja VIII.2008.

środa, 19 listopada 2008

18.XI.2008. Yeeeaaah!!

/mieszkanie/

Jest!
500 x
500 x
500 x
:-)
Pokonałam samą siebie! I udało się! Szkoda, że nie mam siły cieszyć się tak bardzo jak bym chciała :-) Przy okazji ćwiczeń spróbowałam czegoś... przeszłam 3 metry w ogóle bez kul! Nie wiem czy profesor mnie nie zamorduje za to, ale musiałam spróbować, to było silniejsze niż trzeźwe myślenie.

wtorek, 18 listopada 2008

18.XI.2008. Coraz wyższa stawka

/mieszkanie/

Zasuwam. Wczoraj pokonałam swój dotychczasowy wynik ćwiczeń. Zliczając wszystkie serie w ciągu dnia zrobiłam
350 x podnoszenie nogi w zgięciu
350 x odwodzenie
350 x przywodzenie
+ ćwiczenia izometryczne
+ ćwiczenia czynno-bierne

To było wczoraj, dziś zamierzam pobić ten wynik.
Założenie: każde z 3 podstawowych ćwiczeń zwiększyć do ilości powtórzeń: 500. Jest godz. 16.00, na razie mam za sobą 250 powtórzeń - połowa! Zważając na swój nocny tryb życia - jest szansa, że uda się zrealizować założenie.

Dziś odbieramy świeżo zakupiony rower treningowy. Upchniemy go gdzieś na naszych 40-stu metrach, pewnie kosztem innych przedmiotów i rozpoczynamy treningi. Już nie mogę się doczekać :-) Jak to się mówi w branży- mam wielkie parcie na szkło ;-) No, może w tym przypadku nie na szkło, ale na planowane narty. Dodatkową motywacją jest myśl o nowym modelu moich ulubionych supercrossowych deseczek. Oj, będzie się działo! Jakie to niesamowite, że od kilku dni pączkuje ta myśl o nartach w mojej głowie, pączkuje i rozpiera od środka! Powodując niespożyte pokłady energii, samozaparcia i zdecydowania.

Dla podtrzymania adrenalinki w żyłach pojeździłam wczoraj moją bestią :-) Wciskanie się do niej wraz z 1 kulą było nieco komiczne a jeszcze komiczniejsze chyba wygramolanie się z jej mikroskopijnego wnętrza i wyjątkowo niskiego fotela. To był test, bo nie byłam pewna czy moja coraz silniejsza noga da radę, czy poskromię jej sportowe przełożenia skrzyni biegów i twarde zawiszenie. Ale to było to czego potrzebowałam! Zdecydowanie. Potoczny banan na twarzy zawinął się dookoła głowy zaczepiając o uszy. Jej nowy tłumik cudownie mruczał.... Hahhaha, sama nie wierzę w to co piszę! Ale to jest właśnie piękne :-) Momenty które uskrzydlają, chwile które dają kopa, rzeczy które przyspieszają akcję serca, zdarzenia które zapierają dech. Czy nie dla nich właśnie żyjemy? Tych mniejszych i większych radości ładujących silniki naszego życia.


foto by Katja 2008

wtorek, 28 października 2008

28.X.2008. Filozoficznie

/mieszkanie/

Za oknem pochmurnie. Ja, jak co dzień wiernie z kubkiem herbaty na sofie przy laptopie. Machinalnie przejrzałam obydwa programy pocztowe w poszukiwaniu czegoś co mnie zaskoczy, ujmie, zaaferuje. Niestety, nic poza kilkoma branżowymi raportami mailowymi. Przejrzałam odwiedzane przeze mnie fora – też nic zaskakującego. Znudzona obserwuję jak krewetki w akwarium swoimi imponującymi łapami filtrują każdy skrawek ich podwodnego świata. Wydaje mi się jakby robiły to w rytm muzyki, która rozbrzmiewa z głośników. Ponurkowałabym... eh...Nie, nie w akwarium, broń Boże ;-) Myślę raczej o niewyobrażalnie kolorowej rafie, gdzieś daleeeeeeko. Ustniczki, papugoryby, płaszczki, kraby, cheliny napoleońskie, rozdymki, skrzydlice, sierżant, koralowce... wszystkie czekają gdzieś tam na mnie, ciekawskie i piękne. Może w kwietniu, może w maju znowu je zobaczę, pogłaszczę po płetwach, nakarmię bułką?






fotos: K&T Sharm El Sheikh X.2008

Staram się ćwiczyć, bo zdaję sobie sprawę jakie to ważne. Ale nic nie przychodzi łatwo. Najsilniejsze z mięśni w operowanej nodze to przywodziciele- ćwicząc je mogę zrobić sporo powtórzeń w zasadzie nie męcząc się (na pograniczu bólu). Nieco gorzej jest z odwodzicielami, które widać nie są już takie silne. W serii robię maksymalnie 30 powtórzeń – większa ilość jest już nieprzyjemnie bolesna. No i to co sprawia mi największą trudność – to aktywizacja mięśnia czworogłowego. Ćwiczenie polegające na podnoszeniu z pozycji siedzącej ugiętej nogi w górę wyraźnie boli. A zdolność do wykonania małej ilości powtórzeń potrafi zniechęcić ;-/ Podnoszenie robię w seriach po 7 powtórzeń. Między seriami odpoczywam do i więcej 2 godzin. Już sprawdziłam, że póki co większa ilość powtórzeń czy częstsze serie fundują mi nieprzespaną noc :-/ Ale ćwiczę, bo w głowie siedzi to krótkie wydawać by się mogło nieskomplikowane słowo: n a r t y. Tak, motywacja, nie można o tym zapomnieć.

Zdałam sobie sprawę, że czas spędzony w szpitalu coraz bardziej zaciera się w mojej pamięci. Czyżby mózg sprytnie selekcjonował miłe i przykre wydarzenia? Te bolesne i trudne chwile odrzucał i kasował z pamięci podręcznej? Czy niebawem w ogóle zapomnę jak czułam się zaraz po operacji, jak bardzo bałam się przed? Wykasuję z pamięci jak niepotrzebny plik to jak w nocy płakałam i nie mogłam zrozumieć dlaczego muszę przez to wszytko przechodzić? Ludzki mózg jest niewyobrażalnie sprytnym narzędziem. Myślę, że tak właśnie robi. Ale całkiem dobrze pamiętam jak cieszyłam się z kolejnych sukcesów podczas mojego sześciodniowego pobytu w Otwocku :-)
Teraz coraz częściej zastanawiam się czy i kiedy powinnam poddać się zabiegowi lewej nogi... Na początku, zaraz po operacji, jeszcze w szpitalu, powiedziałam sobie, że nie, że drugi raz to już chyba nie dam rady. Teraz myślę już racjonalniej, ale jednocześnie chciałabym odsunąć to w czasie, jeśli oczywiście się da. Zobaczymy.. Póki co prawa noga musi odzyskać 150% sprawności a potem.. oczywiście muszę sobie to wszystko odbić w miły i sobie znany sposób! :))

W ramach krótkiego podsumowania trzeba dodać, że jestem już bardzo samodzielna. Zupełnie sama się ubieram - łącznie ze skarpetkami i butami. Sama wchodzę i wychodzę z wanny. Nauczyłam się siadać i wstawać nawet z bardzo niskich mebli (raz nawet z trawy w lesie ;-) ) Tym samym podnoszę się z bardzo niskiej sofy bez użycia rąk (i kul oczywiście). Zdecydowanie coraz więcej krzątam się po mieszkaniu. I non stop chcę gdzieś wychodzić, wyjeżdżać.
Nie pisałam, że w niedzielę odwiedziłam swoją bliską rodzinę –70 km w jedną stronę. Przy okazji pospacerowałam w lesie. W zasadzie cały dzień spędziłam poza domem. Przemieszczanie się po naszych dziurawych drogach daje odczucie późniejszego dyskomfortu [w końcu to tysiące mikro-drgań oddziaływujących na moje nowiutkie 3 śrubki i potraktowane piłą kości;-) ]. Jednak każdorazowe wyjście z domu, jakieś nowości, świeżo zdobyte umiejętnosci dają dużą satysfakcję. Ta mała podróż była dobrą zaprawą do czwartkowej wycieczki - już znacznie bardziej konkretnej, bo liczącej sobie prawie 400 km :)

piątek, 24 października 2008

24.X.2008. Gadżety

/mieszkanie/

17 doba po zabiegu.
Wczorajsze "szaleństwo" z ćwiczeniami nie wyszło na dobre... Radocha z pozornej sprawności została okupiona sporym bólem w całej nodze i jako tako przespaną na proszkach nocą. Dziś już zdecydowanie spokojniej podeszłam do ćwiczeń ;-)
W domu coraz więcej się poruszam. Zrobiłam dziś 2 prania; niestety bez rozwieszania - to póki co, zostawiam bardziej sprawnym w tym mieszkaniu ;-) Małe rzeczy, telefon czy sztućce przenoszę w kieszeniach dresiku, a naczynia i większe potrzebne mi rzeczy przenoszę sobie w reklamówkach. Wracając do mojego codziennego uniformu - tak, jest to dresik. I to nie byle jaki! Mimo, iż mam kilka ulubionych spodni dresowych zdecydowanie chodzę w męskim ;-) Zarekwirowałam go (na szczęście bez protestów) mojemu lubemu. Jest luźny i wygodny, nigdzie nie uwiera a to teraz dla mnie najważniejsze.
Przy okazji domowych ułatwień warto wspomnieć o rzeczach, które zakupiłam przed operacją i porównać, które z nich przydają się w dużym stopniu, po które sięgam rzadko, a których nie używam w ogóle. Tak więc, bardzo dużym wzięciem cieszyły się i nadal są w użytku sprytne majtaski z tasiemkami - tasiemki przyszyte po operowanej stronie dają możliwość regulacji i przede wszystkim swobodnego i samodzielnego ubierania bielizny. Używałam ich już od pierwszego dnia po operacji. Dzięki nim nie krępowałam się w szpitalu przy zmianie opatrunku itd.
Drugim świetnym gadżetem okazał się kupiony na tą okazję stoliczek pod laptop. Mogę swobodnie i w każdej pozycji korzystać z mojego ulubionego urządzenia bez trzymania go bezpośrednio na udach, co teraz byłoby rzecz jasna niemożliwe.
Dalej.. numer 3: podwyższająca podkładka na wc. Sprytne i pomocne szczególnie zaraz po zabiegu, kiedy noga jest jeszcze zupełnie bezwładna a szew boli. Podkładka podwyższa toaletę o jakieś 10 cm i jest banalnie prosta w montażu a przy okazji nawet estetycznie wykonana.
Innym ciekawym i przydającym się elementem mojego wyposażenia jest stoliczek śniadaniowy do łóżka. Z wielkim powodzeniem używałam go szczególnie w szpitalu (podczas mycia się, jedzenia) i w pierwszych dniach w domu. Stoliczek miałam już znacznie wcześniej, nie kupowałam go specjalnie. Bo przecież nie ma nic piękniejszego jak niedzielne, pyszne śniadanie podane wprost do łóżka :)
W łazience używam jeszcze wspominanego we wcześniejszym poście obrotowego hockera. Dzięki niemu szybko i sprawnie wchodzę do mojej mega wysokiej wanny. Przy prysznicu (w wannie) chętnie korzystam w zakupionej ławeczki - wiadomo, na stojąco na jednej nodze trudno o komfortowy prysznic ;-)
Mile widziane są również wygodniutkie i ciepłe skarpetki (od czasu zabiegu pierwszy raz zaczęłam spać w skarpetkach).
Z kolei nigdy nie używałam tzw. chwytaka, którego zadaniem jest podawanie sobie odleglej leżących rzeczy. Czuję się na tyle dobrze, że wolę po coś wstać, ruszyć się z miejsca niż używać chwytaka. Także ten gadżet to akurat zbędny wydatek.
Póki co nic więcej nie nasuwa się na myśl. Jeśli o czymś sobie przypomnę - natychmiast sprostuję.

czwartek, 23 października 2008

23.X.2008. Oooostre ćwiczenia

/mieszkanie/

Ćwiczenia:
1) przywodzenie x 100
2) odwodzenie x 80
3) podnoszenie x 10
Teraz zasłużony odpoczynek. Noga boli. Ale głowa podpowiada, że to bardzo dobrze, bo coś się dzieje ;-) Najtrudniejsze i najboleśniejsze jest podnoszenie ugiętej w kolanie operowanej nogi. Oderwanie jej od podłogi wydaje się nierealne. Po 10 powtórzeniach spocona jak mysz stwierdziłam: na razie dość, bo przedobrzę. Według zaleceń profesora- mam dojść do 1000 powtórzeń dziennie. Haha, na razie to dość odległe ;-)
Wczorajsza kąpiel była.. jakby to dobrze ująć... najwspanialszym momentem od wielu, wielu dni. Pluski w pianie opiłam dwoma lampkami czerwonego winka (według zaleceń profesora :-) ).
Wieczorem (a raczej późną nocą) wydarzyło się coś jeszcze - pierwszy raz odważyłam się położyć na boku! Oczywiście zdrowej nogi. Przekręcanie i układanie na boku owszem, nieco boli, ale jak juz uda się znaleźć odpowiednie ułożenie- można elegancko spać :-) Zdecydowanie polecam!
To naprawdę fantastyczne, że każdy dzień przynosi coś nowego.
Po wczorajszych i dzisiejszych ćwiczeniach jestem obolała, ale pełna nadziei na ekspresowe postępy! Dziś znów przeglądałam mapki alpejskie ;-) Taaaak! Uda się, wierzę, że się uda!
A teraz mała, popołudniowa drzemka. Pchły na noc ;-)

środa, 22 października 2008

22.X.2008. Zdjęcie szwów!

/mieszkanie/ cz.II

Godz. 22.02 --> 15 doba po operacji.
Pozbyłam się szwów! A raczej czarnej żyłki na ryby, która siedziała w mojej pachwinie :) Nic nie bolało :) Wizytę u profesora zdominował nastrój optymizmu i nowości. Pierwszy raz za sprawą własnych mięśni uniosłam zgiętą nogę w kolanie! Zrobiłam to 3 razy. W pozycji siedzącej, na kozetce. Wysiłek był ogromny, ból też niemały, ale udało się!! Udało! Cieszyłam się jak dziecko. Profesor polecił aby nie rozczulać się nad sobą, tylko ćwiczyć, ćwiczyć i normalnie funkcjonować. I racja :) Teraz jestem o wiele odważniejsza, nie czekam aż ktoś mi coś podsunie, poda czy pomoże założyć spodnie. Sama wszytko robię! Po spotkaniu z profesorem jak zwykle pałam energią i mogłabym góry przenosić. Niesamowity człowiek!
Jeszcze dziś rano obawiałam się schodów. Hahha, teraz schody to zwyczajna sprawa. Ku własnemu zdziwieniu zeszłam z drugiego piętra i wsiadłam do samochodu bez odpoczynku- jak to się mówi - na raz. Tak samo weszłam na górę. Nawet nie zorientowałam się kiedy "przeskoczyłam" owe 50 stopni. Profesor pozwolił mi spać na zdrowym boku oraz na brzuchu! Moje marzenie się spałniło :) Cudownie! dziś, zaraz będe to testować! Nareszcie się wyśpię! Równocześnie wskakuję dziś do pełnej piany wanny! Będzie towarzyszyła mi lampka winka i dobra książka- jak za "dawnych czasów", przed operacją ;-)
Ile to radości, ile emocji. Sama nie mogę w to wszystko uwierzyć. To niesamowite, że człowiek potrafi cieszyć się z takich rzeczy. Doceniać, wydawać by się mogło tego rodzaju drobnostki. Ale dla mnie to nie drobnostki :) To wspaniałe kroki do przodu. Dzięki nim czuję się coraz pewniej, zdrowiej, silniej. Od dziś zaczynam już obciążać operowaną nogę. Na razie do 10 kg. Zaraz sparwdzę sobie na wadze ile to dokładnie jest w odczuciu na nodze.
Wiem, że z każdym dniem będzie coraz lepiej. Dziś pewnie noga poboli, a kolano opuchnie, ale co tam! Przestałam się tym przejmować.
No... to..... do wanny!!!