Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2009

18.VI.2009 Sie gra sie ma! ;-)

/ulica/

3,5 tygodnia po Ganzu

Śmigam sobie furką rodziców ;-) Zabrałam im siłą... niemalże ;-) Na pierwszą przejażdżkę "normalnym" samochodem - czytaj: takim z wszystkimi pedałami i ręczną skrzynią biegów ;-) zabrałam mamę (nie było opcji, żeby puściła mnie samą) i Montiego (chyba wszyscy pamiętają, że Monti to nie zając tylko pies, tak zdecydowanie psiak). Znów poczułam wiatr w żaglach! Takie momenty są mi potrzebne jak bezchmurne niebo po długiej ulewie.

Zaliczyłam też spacer - dziś już ok 500 metrów. Były ćwiczenia, masowanie nogi. Odczucie prądu w nodze maleje. Nawet bardzo. Nie mam już "szarpnięć elektryczności" jak jeszcze 1,5 tygodnia temu. Ale regularnie masuję (całą płaszczyzną dłoni) udo.
Dziś przymierzam się do drugiej próby położenia się i pospania trochę na operowanym boku. W końcu musi się udać! Miałam odczekać tydzień, ale już mnie korci, już czuję, że muszę znowu spróbować!

Z "porównywaczy" w stosunku do prawej- pierwszej operowanej nogi - teraz przy drugiej także szybciej poradziłam sobie z wchodzeniem do wanny bez pomocy krzesła czy hokera. Od drugiego tygodnia po operacji wchodzę i wychodzę do wanny normalnie, jak zdrowy człowiek, tyle, że przysiadam na moment na brzegu wanny aby przerzucić sobie operowaną nogę do środka ;-)

Cały czas wraz z zaangażowanymi pomocnikami pracuję nad forum :-) Niebawem ujrzy światło dziennie.


foto: net

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

13.IV.2009 Leniwie

/dom rodzinny/

Leniwie, a nawet bardzo leniwie ;-) spędzamy Święta. Piękna pogoda i przyjemne słońce zwalnia codzienny rytm i włącza błogie spowolnienie. Ja i Monti cieszymy się wiosną. Z aparatem w ręku badamy każdy rozkwitający się kwiatek. Gołym okiem widać jak z każdym dniem rozwijają się liście na brzozie - brzozie, która ma dokładnie tyle samo lat co ja. W dniu moich narodzin, tata posadził ją tuż koło domu. Dziś jest ogromna a jej rozłożyste gałęzie dają cień i schronienie szpakom, które na niej mieszkają. Lubię słuchać jak szumi na lekkim wietrze. Nie mogę się doczekać, kiedy zupełnie zazieleni się i wybuchnie tysiącem żywozielonych listeczków. Wszędzie dookoła słychać niewyobrażalne trele, serenady i pokrzykiwania przeróżnych ptaków, które zamieszakły okoliczne domki. W sumie na każdym drzewie mieszka jakaś rodzinka. Monti czujnym okiem dogląda wszystkiego z tarasu albo z ulubionego pnia po wierzbie płaczącej. Przegania wróble, pilnuje czy nie zakrada się na jego teren złośliwe kocisko, wypatruje swoich kumpli psiaków. Pewnie niebawem, po obiedzie pójdziemy na dłuższy spacer, zobaczymy "co w trawie piszczy" za rogiem.
Moje wyremontowane biodro po narciarskich przygodach już się wyciszyło i zupełnie nie daje o sobie znać. Pewnie świętuje, jak ja :-) Od jutra wracam do codziennych ćwiczeń, basenu a także rozpoczynam trening lewej nogi - zaczynamy przygotowania do zabiegu. W sumie za miesiąc z małym hakiem znów zawitam w Otwocku... Ale póki co mam jeszcze duuużo do zrobienia oraz mały, przyjemny i bardzo ciepły urlopik przed sobą ;-)














Fotos by Katja

czwartek, 29 stycznia 2009

29.I.2009. Nocne rozważania

/mieszkanie/

2.20
Wyszłam z wanny gdzie przez godzinę w zielonej od alg wodzie czytałam książkę o chochlikach - dzieciakach żyjących w lesie. Moja druga połówka tradycyjnie o tej porze w garażu. Majsterkuje z hamulcami przy moim czerwonym "glonojadku", wymienia też chyba filtr paliwa. Mimo zmęczenia i rozespania kąpielą mam dobry nastrój i wciąż myślę o dzisiejszym i wczorajszym spacerze. Obydwa spacery okazały się pewnego rodzaju sukcesami :-) Wczoraj w nocy wyszliśmy na spacer. Cel był taki: elegancko przejść ok 1 km. W rękach oczywiście dzierżyłam 2 kule posługując się nimi tak, że ledwo muskały ziemię. Starałam się używać ich jak najmniej, bez zawieszania się na nich i obciążania na rękach. Spacer miał naturalnie kilka przystanków (jak przystało na prawdziwy spacer :-) ) I udało się :-) Wszystko zgodnie z planem! Każdy krok kontrolowałam skupiając się na tym co robię. Zdaje się, że nauczyłam się też eliminować "zły ból", który do niedawna pojawiał się po przejściu bez kul granicy 200 metrów. "Zły ból" to ból zagnieżdżający się bardzo głęboko jakby od strony pośladka i kierujący się po skosie do przodu biodra. Kiedy mnie atakuje nie sposób prawidłowo iść, zaczynam się wtedy bujać jak kaczka kombinując i "szukając" sobie dogodnej = mniej bolesnej pozycji. Ten ból równie trudno opisać co zlokalizować. Kiedy tylko zaczynał się pojawiać zamiast bardziej opierać się na kulach, zwalniałam nieco krok i tym uważniej kontrolowałam ruch miednicy starając się trzymać ją na jednym poziomie. Wtedy, po kilkunastu takich próbach załapałam o co chodzi. Zaczęło mi się udawać wyłączać owy "zły ból". Na jego miejsce powracał "dobry ból" mięśniowy w okolicy krętarza. Byłam z siebie naprawdę zadowolona. Kilometr to ogromny odcinek! Aby nie było przekłamań skrupulatnie zmierzyliśmy go GPS-em ;-) Po powrocie do domu byłam jednak nieco obolała i naprawdę zmęczona, ale warto było.
Zachęcona wczorajszym spacerem dziś też wyruszyłam w dresiku w trasę. Plan był inny, ale równie ambitny. Cel: wzorowym krokiem obejść blok dookoła bez pomocy kul. Dystans zmierzony przy pomocy Google Earth wynosi 430 metrów. Opatulona kapturem kurtki w skupieniu przemierzałam osiedle. Zrobiłam zdaje się 5 przystanków po jakieś 20-30 sekund. Przystanki okazały się nieocenione. Pozwoliły na moment odetchnąć mięśniom i na nowo przyjąć prawidłową postawę. Swoją postawę notorycznie podglądałam w szybach okien, odbijającej się postaci na lakierze tych co czystszych samochodów, bacznie obserwowałam własny cień. Całość, mimo swojego krytycznego spojrzenia oceniłam całkiem przyzwoicie. Pokonałam barierę 200 metrów wydłużając ją o 130% ! I co było w tym wszystkim fantastycznego? Tak jak wczoraj (z kulami) tak samo dziś (bez nich) kontrolowałam "zły ból". Nie dawałam mu szansy. Kiedy tylko próbował przedostać się do mojego mózgu natychmiast zwiększałam napięcie w biodrze nie pozwalając opaść miednicy. W znakomitej większości udawało się zachować naprawdę ładny chód przy obecności bólu mięśniowego przy powięzi szerokiej stawu (mam nadzieję, że dobrze określam to miejsce - jeśli nie - znawców tematu proszę o poprawę :-) ).
Naturalnie własna ocena nie wystarczyła mi do celebrowania tego małego zwycięstwa. Poszłam do garażu, wyciągnęłam Tomka spod samochodu i kazałam mu patrzeć jak maszeruję w podziemiach garaży. Skomentował: "idziesz jak modelka". Ale Tomek to znany dżentelmen i komplemenciarz ;-) Zobaczymy co powie jutro mój rehabilitant :-)


foto: net

czwartek, 4 grudnia 2008

4.XII.2008. Wiewióry

/park/

Są piękne, zwinne, puszyste i odważne. Mają cudownie zimne łapki i długie pazury. Ich pyszczki, zwłaszcza jesienią są wiecznie utytłane w glinie i ziemi :-) Uwieeeeeelbiam je! Za włoskiego orzecha wskakują czepiając się spodni na kolana, a nawet plecy! Obracając orzech wokół jego osi w kilka sekund rozgryzają twardą łupinę. Kawałki orzecha smacznie chrupią trzymając długimi palcami, inne starannie zakopują w ziemi, pod drzewami, a czasem w szczelinach kory drzew. Wyjątkowe stworzenia :-) Dziś po raz pierwszy od czasu operacji byłam w parku odwiedzić moich małych rudych przyjaciół. Obcowanie z nimi to prawdziwy wulkan radochy. Niewiele brakowało, żebym latała za nimi po lesie ;-)
A o kim mowa?
- Poniżej:




fotos by K&T XII. 2008

Chciałam podziękować za maile, rozmowy na GG i komentarze osób, które czytają bloga. Co jakiś czas otrzymuję wiadomości, sygnał od kogoś, kto wyszperał "Dziennik z remontu" w internecie i znalazł w nim coś dla siebie, coś co pomaga mu w oczekiwaniu na jego własną operację, przygotowaniu się, przełamaniu strachu itd. Cieszę się, bo tym samym wiem, że blog stał się czymś pozytywnym, czymś co najkrócej mówiąc ma sens :-) Dziękuję.
Jeśli pominęłam jakieś ważne wiadomości, temat który warto poruszyć w związku z Ganzem, autotransfuzją czy rehabilitacją pytajcie. Skrupulatnie odpowiem :-)

poniedziałek, 1 grudnia 2008

01.XII.2008. 8 tygodni po Ganzu

/spacer/

Siedzę na ławce, na boisku do tenisa i siatkówki i dumam. Ciekawe kiedy będę mogła zagrać sobie...? Kiedy pierwszy raz pobiegnę? Za 2 tygodnie, za miesiąc, za 2 miesiące? Nie mam pojęcia jak szybko to nastąpi. Chciałabym już dziś wyrzucić w diabły kule i chodzić jak normalny człowiek! Czasem tak bardzo mi ciążą, chciałabym zobaczyć jak szybują z balkonu.. daleko.. w hukiem spadają na betonowe patio pomiędzy blokami. Wyszłam na spacer. Ale tak długo grzebałam się z ubieraniem, wykonywaniem ostatnich "pracowych" telefonów i maili, że moje słońce zaczęło chować się za czubkami sosen. Wszystko robię za późno, za wolno. Ok, może nie w słońcu, ale tak czy siak poczytam trochę książkę. Jeden z thrillerów w którym tajemniczy i jak się okazuje seryjny morderca sieje pogrom wśród spokojnych do tej pory okolic Nowego Orleanu. Dość wciągający, zważywszy, że lubię thrillerki ;-) Przy czytaniu w bezruchu na ławce zaczyna marznąć mi pupa. Ups, a czego ja się spodziewałam? Afrykańskich upałów? W końcu to 1 grudnia ;-) O tak... Afryka... chętnie, baaardzo chętnie, nie mam nic przeciwko 40 stopniom w cieniu. A w morzu trzydzieści kilka. Pływam, aż kompletnie spierzchną mi od soli i wody usta, opuszki palców u stóp, ręce, skóra szczypie i prosi o prysznic w słodkiej wodzie. Bosko! Woda przejrzysta, turkusowa, błękitna, granatowa, ciemny granat, czerń.... Respekt. Przyspieszone bicie serca, niewiarygodny podziw, ukołysanie w głębi i ciekawość połączona ze strachem - co jest tam, głęboko, na samym dnie? Piękne i inteligentne ośmiornice? Może duże i te mniejsze nakrapiane ogończe z ostrymi jak brzytwa ogonami? Głębinowe kałamarnice, ryby kamienne, mureny, rekiny..? Na pewno tak, i wiele, wiele innych cudownych i zaskakujących stworzeń. Chciałabym je wszystkie kiedyś zobaczyć. Niestety, żeby zobaczyć te głęboooko musiałabym się w końcu przekonać do nurkowania głębinowego, które póki co kłóci się z moim wyobrażeniem o swobodzie i wolności podwodnego świata. Za to snorkeling zbliżony jest do freedivingu. Ale do freedivingu daleka droga ;-) Na start zaopatrzę się w książki Umberto Pelizzari "Manual of Freediving: Underwater on a Single Breath" oraz legandarnego Jacques Mayol'a: "Homo Delphinus. The Dolphin Within Man". Już same okładki książek na ebayu przyprawiają mnie o dreszcze ;-)
Zimno, zmykam do domu.

bardzo ciekawska ryba

do dziś nie wiem co to było ;-)

Cephalopholis argus

ogończa [bez ogona :-) ]

ośmiornica

skrzydlica (lion fish)

fotos by K&T Sharm el Sheikh 2008

/mieszkanie/

Trochę ćwiczeń, coś na ząb i ponownie zagłębiam się w podwodny świat. Nurkuję w Google Earth w poszukiwaniu ciekawych miejsc i raf na świecie. Boże! Jest ich mnóstwo! Nie spodziewałam się, że aż tyle. Będę mieć co robić przez całe życie ;-) W przerwach między zaczytywaniem się przy laptopie (robię to od 3 dni) zasuwam serię ćwiczeń. Został mi jeszcze dziś rowerek. Codziennie staram się ćwiczyć na nim przynajmniej 30 minut co przekłada się na jakieś 10 km (a nawiasem mówiącc - spalonych 300 kalorii). Mimo późnej pory odpalam projektor (konieczny jest jakiś film, żeby nie było nudno podczas pedałowania), uzupełniam wodę w butelce i zasuwam.

wtorek, 28 października 2008

28.X.2008. Filozoficznie

/mieszkanie/

Za oknem pochmurnie. Ja, jak co dzień wiernie z kubkiem herbaty na sofie przy laptopie. Machinalnie przejrzałam obydwa programy pocztowe w poszukiwaniu czegoś co mnie zaskoczy, ujmie, zaaferuje. Niestety, nic poza kilkoma branżowymi raportami mailowymi. Przejrzałam odwiedzane przeze mnie fora – też nic zaskakującego. Znudzona obserwuję jak krewetki w akwarium swoimi imponującymi łapami filtrują każdy skrawek ich podwodnego świata. Wydaje mi się jakby robiły to w rytm muzyki, która rozbrzmiewa z głośników. Ponurkowałabym... eh...Nie, nie w akwarium, broń Boże ;-) Myślę raczej o niewyobrażalnie kolorowej rafie, gdzieś daleeeeeeko. Ustniczki, papugoryby, płaszczki, kraby, cheliny napoleońskie, rozdymki, skrzydlice, sierżant, koralowce... wszystkie czekają gdzieś tam na mnie, ciekawskie i piękne. Może w kwietniu, może w maju znowu je zobaczę, pogłaszczę po płetwach, nakarmię bułką?






fotos: K&T Sharm El Sheikh X.2008

Staram się ćwiczyć, bo zdaję sobie sprawę jakie to ważne. Ale nic nie przychodzi łatwo. Najsilniejsze z mięśni w operowanej nodze to przywodziciele- ćwicząc je mogę zrobić sporo powtórzeń w zasadzie nie męcząc się (na pograniczu bólu). Nieco gorzej jest z odwodzicielami, które widać nie są już takie silne. W serii robię maksymalnie 30 powtórzeń – większa ilość jest już nieprzyjemnie bolesna. No i to co sprawia mi największą trudność – to aktywizacja mięśnia czworogłowego. Ćwiczenie polegające na podnoszeniu z pozycji siedzącej ugiętej nogi w górę wyraźnie boli. A zdolność do wykonania małej ilości powtórzeń potrafi zniechęcić ;-/ Podnoszenie robię w seriach po 7 powtórzeń. Między seriami odpoczywam do i więcej 2 godzin. Już sprawdziłam, że póki co większa ilość powtórzeń czy częstsze serie fundują mi nieprzespaną noc :-/ Ale ćwiczę, bo w głowie siedzi to krótkie wydawać by się mogło nieskomplikowane słowo: n a r t y. Tak, motywacja, nie można o tym zapomnieć.

Zdałam sobie sprawę, że czas spędzony w szpitalu coraz bardziej zaciera się w mojej pamięci. Czyżby mózg sprytnie selekcjonował miłe i przykre wydarzenia? Te bolesne i trudne chwile odrzucał i kasował z pamięci podręcznej? Czy niebawem w ogóle zapomnę jak czułam się zaraz po operacji, jak bardzo bałam się przed? Wykasuję z pamięci jak niepotrzebny plik to jak w nocy płakałam i nie mogłam zrozumieć dlaczego muszę przez to wszytko przechodzić? Ludzki mózg jest niewyobrażalnie sprytnym narzędziem. Myślę, że tak właśnie robi. Ale całkiem dobrze pamiętam jak cieszyłam się z kolejnych sukcesów podczas mojego sześciodniowego pobytu w Otwocku :-)
Teraz coraz częściej zastanawiam się czy i kiedy powinnam poddać się zabiegowi lewej nogi... Na początku, zaraz po operacji, jeszcze w szpitalu, powiedziałam sobie, że nie, że drugi raz to już chyba nie dam rady. Teraz myślę już racjonalniej, ale jednocześnie chciałabym odsunąć to w czasie, jeśli oczywiście się da. Zobaczymy.. Póki co prawa noga musi odzyskać 150% sprawności a potem.. oczywiście muszę sobie to wszystko odbić w miły i sobie znany sposób! :))

W ramach krótkiego podsumowania trzeba dodać, że jestem już bardzo samodzielna. Zupełnie sama się ubieram - łącznie ze skarpetkami i butami. Sama wchodzę i wychodzę z wanny. Nauczyłam się siadać i wstawać nawet z bardzo niskich mebli (raz nawet z trawy w lesie ;-) ) Tym samym podnoszę się z bardzo niskiej sofy bez użycia rąk (i kul oczywiście). Zdecydowanie coraz więcej krzątam się po mieszkaniu. I non stop chcę gdzieś wychodzić, wyjeżdżać.
Nie pisałam, że w niedzielę odwiedziłam swoją bliską rodzinę –70 km w jedną stronę. Przy okazji pospacerowałam w lesie. W zasadzie cały dzień spędziłam poza domem. Przemieszczanie się po naszych dziurawych drogach daje odczucie późniejszego dyskomfortu [w końcu to tysiące mikro-drgań oddziaływujących na moje nowiutkie 3 śrubki i potraktowane piłą kości;-) ]. Jednak każdorazowe wyjście z domu, jakieś nowości, świeżo zdobyte umiejętnosci dają dużą satysfakcję. Ta mała podróż była dobrą zaprawą do czwartkowej wycieczki - już znacznie bardziej konkretnej, bo liczącej sobie prawie 400 km :)

sobota, 25 października 2008

25.X.2008. W końcu fura!

/miasto/

18 doba po Ganzu.
Yeaaah! Co za wieczór! Piorunem piszę, na gorąco, bo znowu pojawiły się nowości. Koniecznie trzeba o nich wspomnieć.
O 20. nie mogłam już dłużej wytrzymać w domu. Dobijało mnie bezczynne siedzenie, klikanie w klawisze czy gapienie się z szklany ekran. Wcisnęłam się w najluźniejsze jeansy jakie miałam, sweter, założyłam buty- rozpracowałam już samodzielne zakładanie butów nawet na stojąco a tym samym skarpet. Naturalnie już jakiś czas temu zrezygnowałam z torebki na rzecz wygodnego plecaka. W planie miałam mały spacer po osiedlu, nacieszenie się choć odrobiną przestrzeni i świeżym powietrzem - oczywiście w niezawodnym towarzystwie mojej drugiej połówki :) Schody w dół świetnie mi poszły a świeże powietrze napędziło apetytu na więcej. Zdecydowałam, że gdzieś się wybierzemy samochodem. Gdziekolwiek, byle zobaczyć kawałek świata ;-)
Pojechaliśmy do centrum handlowego kupić dla mnie spodnie. Potrzebowałam jakiś wygodnych i luźnych, bo jeansy za bardzo uwierają i są zbyt sztywne co drażni chore biodro. Dość szybko znalazłam całkiem odpowiednie spodnie więc misja zakupy została zakończona powodzeniem.
Później pojeździliśmy po mieście - obydwoje jesteśmy zapalonymi kierowcami, więc jazda sama w sobie była przyjemnością. Po drodze zahaczyliśmy o niezdrowego Mc'Donaldsa - a co tam! Raz się żyje ;-) Pogapiliśmy się jak startują w nocy samoloty od strony Cargo i powoli ruszyliśmy w stronę domu. Wieczór był bardzo udany, ale jeszcze czegoś mi brakowało... zdecydowanie dawno temu, bo już od 19 dni nie prowadziłam samochodu! A wiadomo co tygryski lubią najbardziej ;-) Argumentacja i przekonywanie partnera, żeby oddał mi kierownicę trwało kilka minut. Jeździ samochodem a automatyczną skrzynią biegów, więc tym bardziej byłam przekonana, że dam sobie radę. Jeśli będzie mi ciężko prawą- chorą nogą, spróbuję lewą wciskać gaz i hamulec.
Hahah! szkoda, że nie mogłam utrwalić nieco wystraszonej i zdystansowanej miny mojego ukochanego, kiedy odjeżdżałam z parkingu :) Używałam (według wszelkich prawideł jazdy automatem) prawej nogi. Nie przenosiłam jej w całości z gazu na hamulec, ale mając postawioną na pięcie operowałam pedałami zgodnie z potrzebą. Nareszcie poczułam wiatr w skrzydłach! Tego mi było potrzeba! Przejechałam jakieś 5 km, poza miastem i zaparkowałam na osiedlu. Wiem, że w mieście, w korkach gdzie trzeba znacznie szybciej reagować i wciskać pedały byłoby mi dużo trudniej. Dlatego muszę z tym jeszcze trochę poczekać. Ale było bosko! Niebawem muszę to koniecznie powtórzyć. Czuję się coraz bardziej sprawna, samodzielna i silniejsza.
Podsumowując sobotnie wyzwania pokonałam w sumie 100 schodów (do góry i w dół), jakieś 0,5 km spacerkiem oraz ok. 5 km za kółkiem :)
Jeśli mam być szczera, kosztowało mnie to sporo wysiłku. Wiadomo, boli i chora noga, i zdrowa, ręce i plecy. Ale w końcu wszystko ładnie dzisiaj popracowało, dlatego to zrozumiałe :) Samopoczucie skoczyło na plus. Duuuuży plus :)