Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 marca 2010

12.III.2010 Jeszcze/ już tydzień

/mieszkanie/

Zasuwam według nowego planu terapii. Tańczę, jeżdżę na szmatkach, na szmacie, przepycham na różne sposoby hektolitry wody w basenie... Do wczoraj wszytko odbywało się w "bezpiecznym" i "miłym" bólu. Tak określam ból podobny do zmęczenia po nartach. Ale od wczoraj szczególnie po basenie zaczęłam czuć nieprzyjemne strzały bólowe w mojej upierdliwej nodze (mowa naturalnie o prawej girce). Szczególnie na zimnie, na dworze, przy wysiadaniu z niskiego samochodu dostaję łomot. Martwię się. Nie wiem czy zwolnić tempa czy wręcz przeciwnie. Próbuję szukać zmian. Zastępuję ćwiczenia które wzmagają ból tańcem, lub inną aktywnością. Jednak wszytko podporządkowane jest zaplanowanemu treningowi.
Od ponad 4 tygodni trzymam się też ustalonej diety. Zrzuciłam 5 kg, dobrze się czuję, i mam więcej energii niż zwykle. Niestety tak samo szybko się męczę. Tu bez zmian. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Za tydzień o tej porze........Boże! Będę już spakowana upychała w samochodzie ostatnie manatki! A potem 1,5 dnia jazdy w samochodzie...= horror. Ten koszmar wynagrodzi mi widok Alp i Mont Blanc! Za 2 tygodnie w sobotę mam zamiar patrzeć na świat z jej szczytu! :-) Chamonix!
Wracam do ćwiczeń. W ramach przerwy wskakuję jeszcze do wanny na serię ćwiczeń bezdechowych pod wodą. Ostatnio nie tylko non stop myślę o nartach... przestrzeń podwodna wciąga mnie i nie daje o sobie zapomnieć.

























niedziela, 5 lipca 2009

05.VII.2009 Schody testowo

/mieszkanie/

Niedzielę spędziłam na zakupach w OBI, Makro i innych miejscach. To potwornie męczące. Już któryś raz z rzędu moja "zdrowa już noga" czytaj: prawa dała mi do zrozumienia, że jej kondycja pozostawia wiele do życzenia. Martwi mnie to. Lewa, świeżo operowana nie boli, nic się z nią niepokojącego nie dzieje, a prawa, po przejściu 300-400 metrów zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Jasny gwint!

W piątek wyjechałam na babską wycieczkę na wieś i jezioro. W towarzystwie mojej słodkiej siostrzenicy, siostry, kuzynki i koleżanki pojechałam na koniec świata ;-) Do położonej nad samą Wisłą uroczej wioski potaplać się w jeziorze. Było wspaniale. Urocza pogoda, chłodna, przyjemna woda i wesołe grono laseczek ;-) Na początku kombinowałam czy się kąpać czy dać sobie spokój. Pomyślałam jak rozwiązać to logistycznie. W końcu rzuciłam kule w piach (na plaży) i wskoczyłam do jeziora. Gdybym tego nie zrobiła - niewątpliwie miałabym czego żałować ;-)

W sobotę wieczorem, po sympatycznym seansie filmowym - obejrzałam kolejną już część Epoki Lodowcowej, uwielbiam wiewióra ;-) - zrobiłam test. Nie mogłam się temu oprzeć. Weszłam do swojego mieszkania, na drugie piętro bez kul. Co się okazało? Lewa, operowana 6 tygodni temu noga poradziła sobie nad wyraz wspaniale. Co ciekawsze dobrze i poprawnie radziła sobie ze stopniami (praktycznie bez odróżnienia od zdrowej nogi), natomiast utykanie widoczne było jedynie na płaskim terenie (pomiędzy piętrami). To daje pewną informację, które strefy mięśni są niewydolne. Świeżo operowana noga zrobiła niesamowitą robotę i moim zdaniem wspaniale zdała test. Wejście po schodach odbyło się bez utykania, przechylania na którąś ze stron, bez jakichkolwiek oznak niedyspozycji nogi z punktu widzenia osoby postronnej idącej za mną (na potrzeby testu miałam obserwatorów). Natomiast po wejściu do mieszkania o bólu zakomunikowała noga prawa - operowana 8 miesięcy temu. Na pewno z racji odciążania przez te 6 tygodni lewej nogi dostała mocno popalić. Czekam kiedy ten stan się unormuje. Na co dzień nadal chodzę o 2 kulach i nie zamierzam nic w tej taktyce zmieniać. Naturalnie coraz słabiej "zawieszam się"na kulach, coraz mniej ich używam. Z czasem zacznę traktować je jako kijki do asekuracji a finalnie odrzucę obie kule na raz, co zapewni mi świetną i poprawną postawę, prawidłowe ustawienie kręgosłupa, miednicy i poprawną pracę obu bioder podczas poruszania się.
Mam poczucie, że lewa noga dużo szybciej dochodzi do sprawności, niż kiedyś prawa. Mam z nią mniej problemu. Jeśli pominąć dużo większy ból pooperacyjny w stosunku do prawej nogi i większy problem z podrażnionym nerwem udowym oraz niedyspozycją mięśnia gruszkowatego - lewa noga jest w o wiele lepszej formie. Jeśli mam być szczera - mniej ćwiczę niż w tym samym czasie przy prawej nodze. Mniej a mimo wszystko efekt jest lepszy. Jednak ta noga od startu była mocniejsza, przed operacją nie bolała (prawa natomiast bardzo) i były w niej mniejsze zmiany zwyrodnieniowe. To wszystko na pewno ma ogromne znaczenie. Jednak nie zamierzam próżnować. Nie jestem z tych co leżą i czekają na ozdrowienie. Już jutro w moim mieszkaniu na powrót (tak samo jak podczas mobilizacji i rehabilitacji pierwszego biodra) pojawią się ukochane narty. Będą stały w centralnym miejscu na widoku mobilizując mnie w każdej minucie. W grudniu, przed Świętami wyjeżdżam. Choćby waliło się i paliło wpinam deski i oddaję się temu co umiem i kocham najbardziej.


foto: net

piątek, 10 kwietnia 2009

10.IV.2009 Les2Alpes Francja - fotoreportaż

Długo, naprawdę długo zastanawiałam się jak opisać nasz tygodniowy wyjazd na narty w boskie Alpy. Czy ma sens pisanie, że było wspaniale, dzień w dzień witało nas na szczytach słońce, śnieg przyjemnie chrupał nam pod butami narciarskimi a humory i nasza narciarska ekipa nie przestawała się śmiać? Przecież to wszystko jest oczywiste!
Zdecydowałam, że cały nasz pobyt, wspaniały czas jaki tam spędziliśmy, wyśmienite trasy (najpiękniejsze jakie dotąd widziałam, a widziałam wiele ;-) ) i radość jaką dał mi wyjazd oraz zrealizowanie mojego najważniejszego celu po operacji - NART najlepiej opiszą nie słowa ale zdjęcia, które ze sobą przywieźliśmy.


nasz hotel - usytuowany na nartostradzie

taki widok witał nas co dzień rano z okna

nic dodać, nic ująć

rano, przed wyjściem na stok



bywało, że wiało ;-) Lodowiec Les2Alpes. Jesteśmy na 3421 m.npm

3400-3600 m npm szczyt lodowca z gładkimi jak stół trasami - po prostu bajka

czasem w mieście i dolinie nie było słońca, po wzbicie się na wysokość
ok 2600 m npm pogoda zmieniała się diametralnie.
Słońce paliło nam policzki i nosy ;-)


cała ekipa na Gracier 3421m npm

czasem wygłupialiśmy się, walczyliśmy na śnieżne kule i tarzaliśmy
w śniegu jak sześciolatki ;-)
Tu na szczycie lodowca w pięknym słońcu.


czy natura nie jest niesamowita?

zjawisko inwersji - jazda ponad chmurami. Widok niedoopisania!

zdarzały się też wypadki. Tu akurat Tomka. Moje tym razem były
na częście mniej widowiskowe.


instastruktura i pomysłowość na stokach we Francji naprawdę
robi wrażenie. Czasem liny wyciągów krzyżowały
się na niebie potrójnie


mmmm.. bywało też romantycznie ;-)

dzień w dzień przy naszej ulubionej knajpce Panoramic, położonej
na wysokości 2600 m npm od godziny 13 do 17 z hakiem
DJ miksował fenomanalne kawałki, nogi same tańczyły.

Non stop impreza!

niektórym było baaaardzo gorąco!

i znów lodowiec!

w trzecim dniu jazdy po długich błaganiach moich współwyjazdowiczów
(dbali o mnie aż za rygorystycznie) wymusiłam swoje i zaatakowałam
najtrudnijszą i najdłuższą czarną trasę w całej okolicy.
Jak sama nazwa wskazuje Le Diable była ooooostra!
Wiele bym dała, żeby to powtórzyć!


ja, narty i wspaniałe poczucie wolności na Le Diable w natarciu!

z ukochaną siostrą :-)

tras do wyboru, do koloru z przeważającym kolorem czerwonym ;-)
To gdzie lecimy?


;-) tak, sporo jest urwisk, szczególnie na lodowcu

wszędzie plusowa temperatura!

ale wieczorami niebo nabierało nieziemskiego wyglądu

czy jeszcze tu wrócę..?

nasz hotelik - widok z miasta


W dniu wyjazdu, kiedy żegnaliśmy się z Alpami, w miasteczku niżej witała nas już wspaniała wiosna. Kwitły kwiaty i drzewa a my podziwialiśmy ogromną tamę i uroczo położoną na wzgórzu ponad nią wioskę. Żyć, nie umierać :-)





czwartek, 26 marca 2009

26.III.2009 Pakowanie

/mieszkanie/

Nie wiem czy jest coś co bardziej męczy od pakowania się. To moja najgorsza z najgorszych czynności :-/ Nieee! Jest jeszcze gorsza - rozpakowywanie się!
Eh, muszę to przetrwać jakoś. Choć mimo nieuchronnie zbliżającej się północy ja ciągle jestem w lesie! Z pakowaniem tobołków naturalnie. Ja tu ciągle o pakowaniu a nie wiadomo po co to pakowanie ;-) Oczywiście - pakowanie ma ścisły związek na wyczekiwanym od pół roku wyjazdu w Alpy :-) Tak, tak, jutro o tej porze będę już pędziła gdzieś pewnie niemieckimi autostradami w kierunku Les2Alpes. Nasza podróż będzie dotychczas najdłuższą w życiu, bo spędzimy w samochodach non stop ok. 20-24 godzin. To wydaje się koszmarem. Ale za to nagroda będzie wspaniała! Od najbliższej niedzieli zjazd po zjeździe będę nacieszać oczy tym co bajeczne, monumentalne, niedoopisania... Alpami :-) Bo czy jest coś piękniejszego niż majestatyczne góry, pokryte śniegiem, skąpane w słońcu, nagie szczyty skalne odsłonięte bezlitosnym siekącym wiatrem? Góry, które pamiętają epokę zlodowacenia i zdawać by się mogło przetrwają wszystko...
To brzmi tak pięknie. I pojawia się pytanie.. czy noga sobie poradzi? To pytanie dzwoni w uszach co dnia. Tym razem nie będę zjeżdżać z małych polskich górek, które można ogarnąć wzrokiem i pokonać jednym tchem. Tym razem to już nie test sprawności tylko wielkie wyzwanie i duża sprawa...
W mojej torbie czeka już spakowany ochraniacz na biodra. Dostając go od rodziców musiałam przysiąc, że nie mając go na sobie nie wepnę nart. Profesjonalny, kierowany dla zawodników ma zabezpieczyć moje stawy przed ewentualnymi skutkami upadków. Prawda jest taka, że na nartach upadki zdarzają mi się bardzo, bardzo rzadko. Ostatnie 2 sezony przejeździłam bez "dachowania". Jednak kiedy to już się zdarza.... to nie jest zwykły upadek czy przewrotka ale taki "dzwon", który ukazuje niezliczony zastęp oszałamiających gwiazd. Zwykle taki "dzwon" jest na dużej prędkości i ostrym nachyleniu trasy więc jego echo brzmi dość donośnie. Zwykle, ale nie tym razem. Tym razem będą mniejsze nachylenia i mniejsze prędkości. Musi tak być, choć w tym momencie wydaje mi się to nie do zrealizowania.. ;-) Obiecałam mojemu terapeucie, rodzicom, znajomym, bliskim i samej sobie, że tym razem nie będzie szaleństw. I zamierzam obietnicy dotrzymać.

Jeszcze tylko ubrania, parę gratów, aparat, baterie, trochę tego jest. Na szczęście mam jeszcze jutro pół dnia na dopakowanie reszty. Dziś już dosłownie padam z nóg. Oczy same zamykają się a nogi proszą o zwolnienie z obowiązku podtrzymywania całej reszty. Ręce bolą- w końcu pół dnia pichciły i szykowały posiłki na wyjazd. 8 litrów strogonowa! Kto to zje? Liczę, że będziemy mieli wilczy apetyt.

Siłą rzeczy na tydzień biorę urlop od bloga :-) W Francji nie będziemy mieli internetu, a nawet gdybyśmy mieli zamierzam odciąć się od świata. Dosłownie. Może dla niektórych to co teraz napiszę będzie przykładem oksymoronu, ale: Katja nie bierze ze sobą laptopa! :-) Śmieszne? Hahhaa, ale prawdziwe! Tym samym na pewno aż do 5 a może 6 kwietnia nie pojawi się nic nowego na blogu :-) Ale za to później..! Eh, później rozpłynę się w opisach!

Papapapa!




fotos: net

czwartek, 5 lutego 2009

05.II.2009. :-/

/mieszkanie/

Dowlokłam się po ćwiczeniach i porannym masażu podwodnym do domu. Miałam jeszcze dynamiczny plan zaraz po ćwiczeniach pojechać na basen. Nie dałam rady. Jestem jakaś cała obolała i zmęczona. Biodro i cała noga dokucza. Od czasu do czasu pojawia się przykry i bardzo ostry ból gdzieś tam w środku, trudny do zlokalizowania. W każdym razie kiedy się pojawia, wyhamowuje mnie natychmiast. Nie wiem czemu, ale boli też lewe ("zdrowe") biodro - z przodu. Dziś rano schodziłam po schodach jak łamaga. A czas mnie goni... czuję jak terminy dyszą mi na plecach, moje terminy narciarskie i inne... a ja jakby w lesie... Wciąż nie jest tak jak bym chciała. Powinnam już biegać, skakać... a tu kiszka :-( Np. wczoraj, noga po 3 seriach ćwiczeń oraz przejściu 400 metrów (poprawnie) jest mocno zmęczona. Zdecydowanie za szybko, za szybko...

Ile to jeszcze potrwa? To użeranie się ze sobą, ćwiczenia z bólem, jak długo będę jeszcze musiała pracować, żeby osiągnąć rezultat swobodnego spacerowania na dowolnie długi dystans? Kiedy mięśnie będą na tyle sprawne, żebym mogła zmierzyć się z postanowieniami? Czy dam radę 7 marca zapiąć narty? Boże... to już za miesiąc.. miesiąc i 2 dni.. Wydaje mi się nierealne. Ale muszę, nie ma innego wyboru. Przecież nie poddam się. Zaplanowałam to w szczegółach. Narty stoją w pokoju na baczność i w każdej chwili przypominają mi o celu. 7 marca będzie zaledwie rozgrzewką przed prawdziwym wyzwaniem narciarskim 28 marca... Zżera mnie strach, że nie dam rady się przygotować. Dosięga mnie coraz większy stres i raz za razem łapię "dolinkę". Czy nie porwałam się z motyką na słońce? Jak to jest? Czy inni też tak jak ja walczą co dzień z ćwiczeniami i bólem mięśni? Czy tylko ja jestem taką gapą, że praktycznie 4 miesiące po ganzu moją twarz dalej wykrzywia grymas bólu podczas spaceru? Może za mało robię w tym kierunku? Za mało ćwiczę? Mam wrażenie, że wszyscy mają w sobie dużo sił i energii a ja jestem jak sflaczały balonik z którego uszło powietrze.


foto: net

czwartek, 15 stycznia 2009

15.I.2009. Tuning

/mieszkanie/

Pół dnia przesiedziałam u kosmetyczki. Tak, przychodzi taki czas, że trzeba wziąć się za siebie ;-) Poszłam na całość i po pedicure zafundowałam sobie na paznokciach u stóp głęboką czerwień metalic ;-) Miło jest poczuć się zadbanym i ładnym ;-) Druga część dnia to grzebanie w komputerze w poszukiwaniu jakiś ekstra dzikich miejsc z rafami pomiędzy Dahab a Taba w Egipcie. Tak, Google Earth w tym momencie jest niezastąpione.
Wczoraj ćwiczyłam więcej niż zwykle. Tzn. precyzując częściej. Dziś mocniej niż zwykle dają o sobie znać mięśnie, szczególnie gluteus maximus ;-) i dwugłowy uda. Z kolei na rehabilitacji kilkoma wprawnymi ruchami i "trikami"mój rehabilitant zlikwidował mój uciążliwy ból w plecach. Od razu lepiej, zaczęłam oddychać pełną piersią :) Dziś też powinnam ostrzej poćwiczyć, ale jakoś leń mnie łapie... A czas ucieka... Ostatnio ze smutną miną porównywałam swoje "osiągnięcia" z sytuacją znajomych dziewczyn, które były w tym samym czasie operowane co ja tyle że zamiast Ganza dostały endoprotezę. Ale takie porównywanie kompletnie nie jest sensowne. To zupełnie inny rodzaj zabiegu. U osób z endoprotezą wszystko szybciej się goi i jest inny ból pooperacyjny, bo sam stawy jest usunięty wiec teoretycznie nie ma co boleć. Po Ganzu natomiast mamy 3 przecięte kości, wszystko na siłę ześrubowane. Ćwiczenia po obu zabiegach także się różnią. Nie ma co porównywać. Wiem, że po endo szybciej się chodzi i nawet szybciej odkłada kule (naturalnie zależy jeszcze po jakim rodzaju endo, bo jest kilka). Nie ma nad czym dumać. Tylko brać się za siebie i ćwiczenia. Nic samo się nie dzieje i bez pracy nie ma kołaczy. Biorę się za ćwiczenia, bo wyjazd na narty coraz bliżej. Nie chcę obudzić się "z ręką w nocniku"!

godz. 00.45
Czuję wszystkie mięśnie. Dziś pierwszy raz porządnie czuję ból mięśni brzucha, całych nóg począwszy od pośladków, przez uda a na łydkach skończywszy. To potwornie miłe uczucie :-) Prawie jak po nartach....

wtorek, 13 stycznia 2009

13.I.2009. SX10

/sklep/

Pojechałam po narty dla taty. Wyszłam ze sklepu z nartami dla taty.... i dla siebie ;-) Hahaha, tak to jest. Jak już się na coś napalę, nie ma siły! To dobre początki jeszcze lepszego ;-) Trochę zaszalałam, bo w sumie bez zastanowienia nabyłam kolejny model moich ulubionych narciochów :-) Już czuję jak pięknie będą się prowadziły. Co prawda facet w sklepie smarując je przyznał, że z reguły jeżdżą na nich mężczyźni, ale co tam reguły. Na razie stoją w garażu, ale muszę je wnieść na górę - będą najlepszą możliwą mobilizacją do ćwiczeń jaką można sobie wyobrazić.


Już nie mogę się doczekać na ich pierwsze szlify! Będzie bosko! Dobra, koniec pisania, idę strzelić kolejną serię ćwiczeń, czasu coraz mniej :-)

PS. Plecy dalej bolą, mniej ale jeszcze tak :-/

wtorek, 18 listopada 2008

18.XI.2008. Coraz wyższa stawka

/mieszkanie/

Zasuwam. Wczoraj pokonałam swój dotychczasowy wynik ćwiczeń. Zliczając wszystkie serie w ciągu dnia zrobiłam
350 x podnoszenie nogi w zgięciu
350 x odwodzenie
350 x przywodzenie
+ ćwiczenia izometryczne
+ ćwiczenia czynno-bierne

To było wczoraj, dziś zamierzam pobić ten wynik.
Założenie: każde z 3 podstawowych ćwiczeń zwiększyć do ilości powtórzeń: 500. Jest godz. 16.00, na razie mam za sobą 250 powtórzeń - połowa! Zważając na swój nocny tryb życia - jest szansa, że uda się zrealizować założenie.

Dziś odbieramy świeżo zakupiony rower treningowy. Upchniemy go gdzieś na naszych 40-stu metrach, pewnie kosztem innych przedmiotów i rozpoczynamy treningi. Już nie mogę się doczekać :-) Jak to się mówi w branży- mam wielkie parcie na szkło ;-) No, może w tym przypadku nie na szkło, ale na planowane narty. Dodatkową motywacją jest myśl o nowym modelu moich ulubionych supercrossowych deseczek. Oj, będzie się działo! Jakie to niesamowite, że od kilku dni pączkuje ta myśl o nartach w mojej głowie, pączkuje i rozpiera od środka! Powodując niespożyte pokłady energii, samozaparcia i zdecydowania.

Dla podtrzymania adrenalinki w żyłach pojeździłam wczoraj moją bestią :-) Wciskanie się do niej wraz z 1 kulą było nieco komiczne a jeszcze komiczniejsze chyba wygramolanie się z jej mikroskopijnego wnętrza i wyjątkowo niskiego fotela. To był test, bo nie byłam pewna czy moja coraz silniejsza noga da radę, czy poskromię jej sportowe przełożenia skrzyni biegów i twarde zawiszenie. Ale to było to czego potrzebowałam! Zdecydowanie. Potoczny banan na twarzy zawinął się dookoła głowy zaczepiając o uszy. Jej nowy tłumik cudownie mruczał.... Hahhaha, sama nie wierzę w to co piszę! Ale to jest właśnie piękne :-) Momenty które uskrzydlają, chwile które dają kopa, rzeczy które przyspieszają akcję serca, zdarzenia które zapierają dech. Czy nie dla nich właśnie żyjemy? Tych mniejszych i większych radości ładujących silniki naszego życia.


foto by Katja 2008

niedziela, 16 listopada 2008

16.XI.2008. Narciarskie zakupy

/mieszkanie/

Wróciłam do siebie, do nas :-) Miło jest znowu spać we własnym łóżku, pić herbatę w swoim ulubionym kubku i kąpać się w wannie z książką w mokrej łapce. Po pysznym śniadanku i papierkowo-fakturowej robocie przy laptopach pojechaliśmy na małe rozpoznanie do sklepów sportowych w centrum handlowym. Przymierzyłam się do różnych rowerków treningowych. Po środowej konsultacji u profesora - jeśli nie będzie widział przeciwwskazań - kupuję rower i zasuwam! Przecież w marcu mam zamiar wskoczyć na jakieś nowe szybkie deski i nieco pośmigać. Oprócz poszerzenia wiedzy na temat ergonometrów nie obyło się bez oglądania tegorocznych modeli nart. Na koniec całej sklepowej wyprawy dostałam w prezencie od swojego mężczyzny śliczną kurteczkę - w sam raz na słoneczne marcowe narty :-) W domu oczywiście wszystko musiałam przymierzyć, nacieszyć się, sprawdzić spodnie narciarskie, założyć rękawice, popatrzeć czy gogle dadzą radę kolejny sezon ;-) Elegancko. W sam raz :-) Już nie mogę się doczekać marca!! Jeszcze tylko decyzja gdzie konkretnie wyruszamy i zaklepanie kwater. Sprawdzałam, w Madonnie, Val Gardenie i Cortinie d'Ampezzo już śnieg! Niebawem ruszają wyciągi.

Ok, koniec pisania, kolejna seria ćwiczeń, prysznic i spać.
Aaaa, przy okazji kąpieli - wchodzę do wanny bez - jak wcześniej - hokera. Mimo, że wanna jest bardzo wysoka nie jest mi już potrzebne krzesło. Prawie jak "normalny" człowiek ;-) Hahhahah!

Sasolungo (widok z Arabba)

Sella Ronda (Val Gardena)

Seceda 2518 m npm (Val Gardena)

Passo Groste (Madonna di Campiglio)

Cinque Laghi (Madonna di Campiglio)

foto by Katja&Tom Val Gardena 2006 and Madonna di Campiglio 2007

środa, 15 października 2008

15.X.2008. 8 doba po

/mieszkanie/

Środa. 8 doba po osteotomii Ganza.
Dzisiejsza noc była dużo lepsza. Przespałam ją spokojniej i prawie w całości. Rano kręgosłup pękał a nogi i pośladki były scierpnięte, ale też mam na to sposób! Delikatne oklepywanie spirytusem kamforowym. Pomaga i przynosi pewną ulgę. Dziś wymoczyłam sobie stopy w misce z wodą i solą - pięty też nieco odżyły.
Niestety moje kolano dalej puchnie, szczególnie po siedzeniu i chodzeniu. Wiadomo, chodzenia jest niewiele- tym bardziej, że mieszkanie liczy sobie aż 40 metrów ;-) ; tyle co do łazienki i z sypialni do pokoju. Co do pozycji ułożenia - raz siedzę, raz leże, raz pół na pół. Wszystko trzeba zmieniać bo cierpnie.
Dziś zmieniałam opatrunek. Szew jest ładny, widać, że się goi, czyściutki. Nic się z nim niepokojącego nie dzieje. To cieszy. Czasem jest wrażenie, że szew ciągnie, czy szczypie, wokół niego robi się jakby gorąco. Zrobiłam nawet kilka fotek ;-) Hah, będzie na pamiątkę, albo dla późniejszego porównana z lewą nogą. Na razie myśl o tym, że czeka mnie jeszcze remoncik lewego biodra jest daleka jak odległa galaktyka. Od razu po operacji mówiłam sobie w duchu ze chyba się na nią nie zdecyduję. Ale to było na gorąco. Teraz - staram się o tym nie myśleć. Najważniejsze, to aby prawa noga wróciła do formy. Czas bardzo mi się dłuży i mam wrażenie ze minął już miesiąc od zabiegu..
Ale już od dziś planuję marcowy wyjazd na narty! Na pewno będę już na tyle sprawna, żeby choć trochę nacieszyć się dwoma deskami. Już przeglądam mapki i regiony które mnie interesują, może tym razem coś nowego? jakieś nowe miejsce? albo odwiedzimy stare dobre, sprawdzone miejscówki. Cel. To podstawa. Kiedy się go ma - szybciej wraca się do zdrowia, pokonuje trudności. To motor który napędza do działania