niedziela, 11 stycznia 2009

11.I.2009 Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

/ulice miasta/

Dziś Wielki Finał Orkiestry Świątecznej Pomocy - akcji, którą już od 17 lat Jurek Owsiak wspiera polskie szpitale, kliniki zaopatrując je w niezbędny sprzęt do ratowania ludzkiego życia i zdrowia. Zawsze, co roku w okolicy stycznia - czasie, którym młodzi harcerze i wolontariusze przyczepiali ludziom dobrej czerwone serduszka na piersiach starałam się jakoś wesprzeć tą wielką akcję. Jakoś - czyli bez większego zaangażowania, bo mimo, że wiedziałam jak ważną misję pełnią jej założyciele nie doświadczyłam tego na własnej skórze. Po raz któryś z rzędu przekonałam się, że ludzka natura jest tak skonstruowana, iż do końca nie zagłębiamy się w rzeczy które nie dotyczą nas, lub naszym najbliższych. Np., owszem, współczujemy bezdomnym, wrzucamy po złotówce do ich puszek kiedy o to proszą, ale czy faktycznie wiemy co czują, jak żyją i z czym na co dzień się borykają. Nie. I podobnie jest z wszystkim. Niby interesujemy się losem walczących Palestyńczyków czy Gruzinów, ale naprawdę? Nie bo nas to nie dotyczy, ich sprawy dzieją się tysiące kilometrów od nas, nie dotykają nas ani nikogo kogo kochamy, dlatego nasze zainteresowanie jest powierzchowne. Podobnie było ze mną i Orkiestrą. Potrzebę akcji, jej wspaniały i wyjątkowy charakter zrozumiałam najlepiej wtedy, kiedy będąc na stole operacyjnym wprawna ręka profesora przecinała moje kości nowoczesną piłą otrzymaną do Jurka Owsiaka. Zresztą, cały szpital wyposażony jest w sprzęt zakupiony dzięki ludziom wspierającym Wielką Orkiestrę. Od wielofunkcyjnych łóżek rehabilitacyjnych począwszy, po pulsometry mierzące tętno, pompy infuzyjne, wiertarki, kardiomonitory, najnowocześniejsze aparaty USG, dreny, ssaki chirurgiczne, aparaty do znieczulania, pompy strzykawkowe i pewnie wiele, wiele innych. Dzięki akcji Jurka Owsiaka, zaangażowaniu wielu ludzi w sztabach Orkiestry, a co najważniejsze ludziom, którzy nie skąpią kilku złotych na wsparcie akcji w polskich szpitalach prehistoryczne sprzęty zaczynają zastępować profesjonalne urządzenia, które ratują zdrowie. Tak, "dotknęłam" tego i w pełni zdaję sobie sprawę jak ważny jest każdy grosik wrzucany w puszki wolontariuszy. Nie siedźcie dziś w domu :-) Wyskoczcie z ciepłych kapci i poczujcie przyjemność wsparcia Wielkiej Orkiestry. Któż zna zamiary losu? Może i wam kiedyś taka akcja jak Orkiestra ułatwi a nawet uratuje życie...
Wspierać akcję można na różne sposoby. Dla zmarzluchów, którzy nie lubią wychodzić w niedzielę z domu też jest sposób. O szczegółach na stronie Orkiestry: http://wosp.org.pl/17final/index.php/43/2

Więcej na temat tegorocznej Wielkiej Orkiestry tutaj: http://wosp.org.pl/17final


foto by net

piątek, 9 stycznia 2009

09.I.2009. Telewizor

/mieszkanie/

Ten dzień zaczął się od czegoś nieprzewidywalnego. Wstałam bez pośpiechu, nie ukrywam, że jestem śpiochem ;-) Zresztą, hahaha, kto późno się kładzie ten wstaje jeszcze później ;-) Myję sobie w łazience zęby, zerkam w lustro zadowolona z włosów które wreszcie są długie :-) W tym samym momencie dzwoni domofon. Z pastą i pianą w ustach lecę czym prędzej odebrać słuchawkę, bo dźwięk domofonu rujnuje mój układ słuchowy. Po drugiej stronie pan kurier z jednej z firm spedycyjnych pośpiesznie każe mi zejść na dół odebrać przesyłkę. Hmmm... Że niby ja? Yyyy... Pytam co to jest. Wieeeeeeeelka paczka z którą pan kurier sobie nie poradzi więc ja mam zejść. Śmieję się w myślach, a może i w rzeczywistości, bo piana z pasty rośnie mi w buzi i niemal ścieka na domofon! Próbuję pertraktować. Moje argumenty: jestem sama, jestem kobietą, chodzę o kulach, jestem w piżamie, właśnie dbam o stan uzębienia (wymyślam co popadnie), przecież nie mogę dźwigać, nie mam tu nikogo znajomego kto mógłby to wnieść za mnie... Kontrargument/y pana kuriera: ma ktoś po to zejść, bo jak nie to zaraz odjeżdżam! Ładny mi argument. Proszę o 4 minutki cierpliwości i rzucam się po telefon dzwoniąc po odsiecz. W rzucie szczupakiem po komórkę zdążam wypluć nadmiar pasty z ust. Mój ukochany po "drugiej stronie" jak zawsze spokojnie, bez cienia zdenerwowania, z maksymalnym opanowaniem opracowuje plan taktyczny. Wsadzić to "coś" do garażu! Oooo! To jest myśl. Faceci to jednak mają łeb na karku. Przecież mamy garaż pod blokiem. Pan wjedzie samochodem do garażu i zrzucimy paczkę bez dźwigania i targania jej na 2 piętro. Pomysł genialny. Mówię o misternym planie nieco już poddenerwowanemu kurierowi. On bez większego podniecenia zgadza się na taki manewr. Zadowolona wciągam spodnie, buty i zasuwam na dół.

To wieeeeelkie i ciężkie "coś" okazało się być naszym nowozakupionym telewizorem. Drepcząc po schodach na dół wyobrażałam sobie go nieco inaczej.... Zanim jednak ujrzałam paczkę moim oczom ukazała się ogromna ciężarówka!! Jak ten kolos ma wjechać do podziemnego garażu!? O nie! Jestem w kropce! Facet pożre mnie żywcem. Pan kurier okazuje się mężczyzną koło 40-stki z długą i mocno rozwichrzoną czupryną. Wyszczerzam do niego zęby starając się złapać dobry kontakt. Przecież zaraz usłyszy, że nici z planu bo ciężarówka nie zmieści się w garażu! Jakoś to przyjął... Jest wściekły, widać że ten dzień nie należy do jego najlepszych... Zaczyna opowiadać o jakiś historiach które przydarzyły mu się dziś rano. O problemach z parkowaniem, narzeka na ochroną osiedla, słupki ograniczające, którymi jest obwarowane z wszystkich możliwych stron. Słucham tych opowieści jak musiał na 3 razy "łamać się" (mam nadzieję, że mówi o samochodzie) żeby wjechać przez bramę na osiedle. Słucham, a czacha mi pracuje. Jak wnieść telewizor do garażu? Wiem! Mam pomysł. Wyjadę z garażu moim autkiem, wepchniemy do niego telewizor i po kłopocie. Potem wjadę do garażu i tam sobie będzie stał a wieczorem wtachaniem go do mieszkania zajmie się już mój strongman :-) Mając w głowie mikroskopijny obraz mojego mikroskopijnego samochodu proszę pana żeby pokazał jak duża jest paczka. (Błagam, żeby tylko weszła...). Pech chce, że ciężarówka ma z tyłu specjalną klapę która opuszcza się hydraulicznie w dół... a podczas naszej rozmowy jakiś bogu ducha winny człek zaparkował za ciężarówką tuż za jej tyłem pewnie nie zdając sobie z tego sprawy. Kurier się wścieka. Rzuca kilka siarczystych epitetów. Zaczyna manewrować na wąskiej uliczce między blokami, tak aby stanąć gdzieś, gdzie nic nie będzie przeszkadzało mu otworzyć tylnej klapy. W końcu staje na środku dróżki... Nic nie mówię, ale już widzę oczyma wyobraźni co zaraz się stanie... przecież tym sposobem nic nie odjedzie ani nie wyjedzie z garaży obok i miejsc parkingowych wokoło... Nic nie mówię, boję się piorunów walących z oczu pana z czupryną. Zresztą.. on pewnie doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji. Ok, rachu ciachu, otwiera klapę i pokazuje mi paczkę. Paczkę?? To mega gigantyczna Paka! Całość stoi na drewnianej palecie obciągnięta czarną streczową folią. Matko!! Co to jest? Pan upiera się, że to nie jest telewizor, choć ja wiem że musi... nic innego nie zamawialiśmy.. Myślę sobie: Tomuś, co ty zamówiłeś? Kształtem wygląda to jak gigantyczny telewizor marki Rubin z roku 1969 z podwójnym kineskopem! To jakaś pomyłka.. Zamawialiśmy zgrabny płaski... a to wygląda jak coś z innej epoki. Ok, mniejsza z tym. Już wiem, że choćbym stanęła na rzęsach nie wcisnę tej paczki w swój samochód. Jest większa niż całe wnętrze auta i na oko zajmuje powierzchnię trzech bagażników. Co zrobić? Co zrobić? Pan kurier desperacko proponuje otworzyć paczkę i zobaczyć o co chodzi. Zgadzam się. On na pace rozcina nożem folię, ja zamarzam na dworze. Niestety, a może i dobrze tylko ja widzę co dzieje się przed jego ciężarówka! Utworzył się już korek z 3 samochodów, które przez nas nie mają jak wyjechać z osiedla! To jakiś koszmar! Nie wiedziałam, że koszmar to dopiero się zacznie.. Auta zaczynają trąbić. Ja wciskam skostniałe z zimna palce w kieszenie pośpiesznie narzuconej w domu na grzbiet kurtki. Pan kurier słysząc trąbienie zaczyna na powrót ciskać epitetami. W międzyczasie ja podpisuję świstki odbioru przesyłki. Po rozcięciu folii obydwoje wzdychamy z ulgą. To nie "Rubin" ;-) Sprzedawca sprytnie zapakował telewizor przyczepiając mu dla ochrony po obu stronach puste kartony ;-) Hahah. Mimo to paczka nadal jest wielka. Ok, szybko pędzę do garażu po auto. Nie ma czasu kombinować inaczej. Podjeżdżam pod ciężarówkę, obydwoje patrzymy z politowaniem na mojego małego, dwuosobowego "glonojadka"... kurier naturalnie z większym politowaniem.. Pyta z ironią: Jak pani kupowała to nie było większych samochodów? Jak w ogóle jeździ pani z kulami tym czymś?? Przecież mówiłam mu że mam małe auto! Hm.. ale to co zobaczył chyba przerosło jego wyobraźnię... Jasnym jest, że telewizor za żadne skarby nie zmieści się w samochodzie. Nadal pudło jest większe niż cała przestrzeń wewnątrz samochodu! Klaksony nie dają nam myśleć. Pan kurier bez ceregieli "wrzuca" paczkę na klapę bagażnika- na mój zamocowany tam z precyzją ozdobny chromowany retro bagażniczek (nigdy nie pełnił roli prawdziwego bagażnika, choć mogłoby być takie jego przeznaczenie). A teraz szybko, czym prędzej poprzestawiać samochody, tak, żeby wściekli już na nas mieszkańcy osiedla mogli w końcu odjechać. Ja cofam powoli w jakieś wolne miejsce drżąc, że w każdej chwili z klapy samochodu zsunie mi się nasz nowy telewizor! Przyczajona, czekam na kuriera. Ku mojemu przerażeniu on też cofa z hukiem najeżdżając na (przeklęte przez niego już tysiąckrotnie) słupki ograniczające. Miażdży sobie prawy kierunkowskaz. Mam wrażenie, że nawet tu, szczelnie wciśnięta w moją mazdę słyszę jego przekleństwa! Nie wierzę, że to się dzieje! W końcu zaparkował i ocenia straty... ja sparaliżowana chorą sytuacją i przeraźliwie zimnym wiatrem siędzę za kierownicą, nigdzie się nie ruszam!

Patrzę, zbliża się do mnie, jego czupryna wygląda już jak zmierzwione konary ogromnej płaczącej wierzby, powyginane w niesamowite formacje. Truchleję, facet pewnie udusi mnie, tu, w tym samochodzie z telewizorem NA bagażniku. Koniec! Podszedł, nauczył mnie kilku nowych słów skutecznie powiększających moje i tak już duże, zielone oczy po czym stwierdził, że to osiedle jest ch... i pomógł powolutku wjechać do podziemnego garażu. Szedł obok ubezpieczając pakunek. Zdawałam sobie sprawę, że w dwójkę, z małym krwistoczerwonym samochodem przygniecionym nieproporcjonalnie wielką paczką stanowimy emocjonalny rarytas dla znudzonych szarzyzną życia mieszkańców mojego osiedla...

Szczęśliwie zaparkowałam w naszym garażu w duchu dziękując Bogu za szczęśliwy finał. Mimo, że mój kurier przez cały ten czas szaleńczo się spieszył, a garażu przez kolejne 5 minut wysłuchałam jego zdania na temat takich osiedli jak to - szczelnie obsadzonych płotami, słupkami, szlabanami, naszpikowanych niemyślącymi ludźmi. Zgrabiałymi z zimna palcami wygrzebałam z kieszeni spodni wszystko co miałam, czyli 10 zł oraz czerwoną gumkę do włosów i z naiwnością w oczach spytałam (mając na uwadze dychę) czy choć w części zrekompensuje to jego stan ducha.
Kiedy wyszedł odetchnęłam z ulgą. Oby reszta jego dnia była nieporównywalnie łatwiejsza niż to przedpołudnie w moim towarzystwie ;-)



foto by net

czwartek, 8 stycznia 2009

08.I.2009. Dziś krótko

/mieszkanie/

Dziś krótko i na temat.Wróciłam z rehabilitacji. Okazuje się, że Pan Piotr czyta bloga ;-) Wspólnie omówiliśmy zdjęcia i obecną sytuację (ostatnie zajęcia miałam 18 grudnia, więc minęło sporo czasu). Mówiąc w skrócie - jest dobrze, nie powinnam się zamartwiać i narzekać, że jeszcze nie wychodzi to czy tamto. Jak podsumował mój rehabilitant - za dużo i za szybko bym chciała. W sumie często to słyszę... ;-) Ogólnie - chyba był zadowolony z postępów. Naturalnie muszę dalej ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Dziś podczas zajęć dorzucił kilka nowych i trudnych ćwiczeń. Nogi drżały i trzęsły się jak galaretka. Ćwicząc i stękając patrzyłam na siebie w lustrze i wyobrażałam sobie jak stoję na nartach i ile potrzebuję siły w nodze, żeby podołać wyzwaniu.... mnóstwo! Jestem w lesie. Co dzień zadaję sobie pytanie: czy zdążę?, czy zdążę? Muszę! To już postanowione.

O teraz równie krótko o śrubkach i ich słodkim pożegnaniu. Ostatnio pytała mnie o to koleżanka, która leżała pod profesora skalpelem 1,5 tygodnia po mnie. Szczęściara nie musi operować drugiego biodra, dlatego nastawia się już niebawem na wyciąganie śrubek. Dopytałam profesora jak to wygląda. W jednym zdaniu: rachu ciachu i po strachu ;-) A na serio - cięcie jest w miejscu pierwszego operacyjnego cięcia. Jednak nie w całej linii, tylko na jej początku i końcu - w sumie dwa niewielkie rozcięcia. Zabieg polega na sprawnym wykręceniu śrubek (już wyobrażam sobie super sprzęt Boscha - taką wkrętarkę pneumatyczną na magnes, żeby od razu przyciągał te długaśne śruby i fachowo wyjął je z miejsca ;-) Hahha, taki sam jak mamy w garażu! Nieee, na pewno większy i nie zielony tylko srebrny ;-) ). Potem eleganckie zszycie dziurek (na okrętkę). I raz dwa do domu. Przy dobrych wiatrach może i na drugi dzień można wrócić do domu. W każdym razie nic strasznego - czysta kosmetyka i przyjemność;-) (na pewno w porównaniu do wkładania śrubek). Też tak sobie pomyślałam. Wyjęcie śrub będzie najbardziej wyczekiwanym położeniem się na stół operacyjny ;-) Dlaczego? Bo niewątpliwie będzie zwiastowało nowy etap w życiu. Życiu z własnymi wspaniałymi stawami biodrowymi :-) Eh... u mnie jeszcze długa droga, pozbędę się śrubek dopiero pod koniec roku... Mam nadzieję, że dostanę je od profesora w prezencie ;-) I będę miała sześć eleganckich gwintowanych śrub, które wsadzę w ramkę na pamiątkę lepszego jutra:-)


foto by net

środa, 7 stycznia 2009

07.I.2009. 3 miesiące po ganzu

/przychodnia/

W poczekalni tłumy, jak zawsze. Jest taki jeden wesolutki, śmieszny chłopczyk. Żartuje i wygłupia się z zupełnie nieznaną sobie panią, która też czeka. Ma jakiś 5 lat. Odważny i rezolutny. Ja czekam, on wchodzi pierwszy. Po dłuższej chwili słychać buńczuczne okrzyki zza drzwi i alarm: "Ja nie chce tych butów! Ja nie chce tych butów!!". Biedaczysko. Butów nie chciał nawet po wyjściu od profesora. Na korytarzu krzyczał w niebo głosy. Takie małe gardło a dało taki koncert, że aż włosy stawały dęba. Widać nie podobały mu się buty ;-) Albo przemakały mu - tak jak moje wysłużone buciory ;-) Po jakiś 15 minutach przyszła moja kolej. Profesor jak zawsze pełen wigoru, tryskający energią i optymizmem :-) Ile razy go widzę, tyle razy nie mogę się nadziwić. Przy okazji kontroli dowiedziałam się, że powiększyło się grono czytelników mojego bloga ;-) Pozdrowienia dla czytających!
Obejrzał najnowsze fotki biodra. Potem zrobił USG. Powiedział, że wszystko już się zrosło i jest w porządku. Nawet ja zauważyłam różnice między zdjęciem z listopada a tym najnowszym. Świetnie :-) Przemaszerowałam przez gabinet. Uśmiech na ustach profesora: "Super!". I ja się cieszyłam. Minęły równe 3 miesiące od pamiętnego dnia operacji prawego biodra. Wszystko biegnie pozytywnym torem.
Niestety dokładnie omówiliśmy też kwestię drugiego biodra... jednak także trzeba je ciąć. Miałam cień nadziei, że jednak nie... Myślałam: nie boli mnie w zasadzie nigdy, więc chyba nie trzeba, może wytrzyma i nie będzie mi dokuczać?. Ale trzeba. I to szybko. Zwlekanie doprowadzi do takiej sytuacji jak było z prawym biodrem- było już na tyle "zmęczone", że jeszcze chwilka a na osteotomię byłoby za późno. Zwlekając czekałaby mnie pewnie endoproteza albo kapoplastyka. Hm... jak trzeba to trzeba :-( Początkowo profesor zaproponował termin marcowy, ale przecież ja mam na marzec duuuuuże plany. Przełom marca i kwietnia to francuskie Alpy i tydzień szaleństwa na nartach, a przełom kwietnia i maja to też szaleństwo, tyle że pod woda Morza Czerwonego :-) Tak więc padło na maj.. piękny miesiąc.. Maj to miesiąc moich urodzin.. miesiąc urodzin mojego Tomasza... miesiąc naszej pierwszej randki... 5,5 roku temu... Piękny miesiąc... Wypada głęboko westchnąć i pomyśleć, że od tego roku miesiąc maj dodatkowo będzie kojarzył się z czymś jeszcze - kolejnym remontem, zabiegiem, dzięki któremu mam nadzieję już do końca życia pozbyć się problemu chorych bioder. Problemu, który czasem spędzał sen z powiek, nie tylko mi, ale też na pewno moim rodzicom i najbliższym. Muszę wziąć to za dobrą monetę. Przestać myśleć kategoriami, że TEN maj będzie smutny i bolesny. Inaczej: TEN maj przyniesie pozytywną zmianę, która odbije się wielkim echem na całym moim życiu. I tak trzymaj... powtarzam sobie w myślach.. tak trzymaj!
Po kontroli w przychodni pojechaliśmy na zakupy. Profesor mówił, że czas przymierzyć obcasy ;-) A w sklepach noworoczne przeceny. Obcasów nie kupiłam (już od 2 lat nie wiem co to buty na obcasie, ale spokojnie, wszystko z czasem :-) ). Usilnie szukałam za to zimowych butów salomona, które sobie ubzdurałam. Mmmm... ciepluchne, z antypoślizgową podeszwą. Znając życie, pewnie jak większość rzeczy kupię je w necie. Chodzenie po jednym z największych warszawskich sklepowych molochów dało mi w kość. Dosłownie... Naturalnie dało, bo tak jak sobie obiecałam, od 7 stycznia kule poszły w kąt, a dokładniej leżały na tylnym siedzeniu samochodu. Nie jestem z siebie zadowolona. Profesor był, ale ja nie jestem :-( Po 3 miesiącach od operacji byłam pewna, że będę już latać! A tymczasem przy chodzeniu jednak boli.. Dziś zaczęło się po przejściu jakiś 400 metrów. I to w całej linii - kręgosłup, biodro, kolano... Naprawdę wierzyłam, że będę silniejsza, ufałam, że po 3 miesiącach będę już "normalna". Przede mną wciąż jeszcze sporo pracy. A tak, tak, wiem, jutro czeka mnie lanie na rehabilitacji. Pan Piotr pewnie powie, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Ale gdyby wiedział jak bardzo nienawidzę już tych kul! Przez nie jestem jak jedna wielka niezgrabna klucha! A przy okazji mojego rehabilitanta - kochany Pan Piotr mimo swojej choroby postanowił specjalnie dla mnie przyjechać jutro do ośrodka na zajęcia. Aż serce rośnie. Mam nadzieję, że nie pogorszy to jego samopoczucia i nie rozchoruje się przeze mnie na dobre.
Późno już, po północy. Mój Tomek w garażu ;-) Ja pod kocem z laptopem na kolanach. Czas iść spać. Jutro rehabilitacja a potem fura gości w domu, miłych gości :-) Cieszę się. Dobranoc.

PS. Jutro krótko opiszę jak wygląda wyciąganie śrubek - niektórzy mnie o to pytali :-)


foto by net

wtorek, 6 stycznia 2009

06.I.2009. Mrooooźno!

/mieszkanie/

Dziś w nocy kreseczka na termometrze spadła do -25 stopni! Spałam pod dwoma kołdrami. Nasze nieszczelne okna regularnie serwowały mroźne podmuchy zimy. Nawet teraz siedząc i klikając szczelnie owinięta w koc widzę na domowym termometrze, że wokół mnie równe 20 stopni w powietrzu. Wcale nie za ciepło. Dodatkowo (nie wiem czy już o tym wspominałam) moje śrubki jak i cała wyremontowana noga mają super właściwości "przyciągania zimna" ;-) Gdziekolwiek pojawi się jakikolwiek przeciąg, fala zimnego powietrza, wystarczy że wyjdę na dwór gdzie jest faktycznie zimno - od razu czuję to w operowanej nodze. Wszędzie mi ciepło - a w nogę zimno. Ale to wina zaburzonej trofiki. Pewnie jeszcze kolejne pół roku tak będzie. Coraz częściej zaczynam myśleć o drugiej czekającej mnie operacji tym razem lewego biodra.... Jutro idę na konsultację do profesora i będziemy ustalać termin.. Tak naprawdę sam termin to jeszcze nic, tu wszystko zależy od tego czy "kochany" ZUS przydzieli mi na kolejne pół roku świadczenia rehabilitacyjne, dzięki którym mam za co żyć nie pracując teraz. Niestety, zdrowy czy chory ma te same wydatki, eee, poprawka - chory ma dużo większe. Gdyby nie konieczność operacji drugiej nogi mogłabym już spokojnie wrócić do pracy bo czuję się na tyle silna i sprawna. Jednak powrót do pracy teraz przekreśla cały misternie ułożony plan. Musiałabym odłożyć drugą operację o jakiś przynajmniej rok (no bo jaki pracodawca zatrudni mnie do pracy na kilka miesięcy żeby zaraz bez grymasu godzić się na zwolnienie, operację i długą rehabilitację - nie w naszym kraju). Poza tym, odkładając decyzję o drugim biodrze sama pozbawiłabym siebie na powrót do normalności. Dalej borykałabym się z problemem, dalej nie mogła swobodnie i czynnie uprawiać ulubionych sportów, dalej na pytanie kiedy zamierzam założyć rodzinę odpowiadałabym wszystkim - "na pewno nie w najbliższym czasie, teraz najważniejsze jest zdrowie i uporanie się z biodrami, na razie nie mogę o tym myśleć, to nie dla mnie" itd. A zegar tyka. Tyk..tyk..tyk..tyk.. W maju 30 lat.. tyk..tyk.. tyk.. Kariera przerwana chorobą... rodziny i dzieci jak nie ma tak nie będzie... bo żeby mieć trzeba być zdrowym i gotowym na takie sprawy. Czekają mnie jeszcze 2 operacje. Ganz lewego biodra a potem wyjęcie śrub z obu bioder na raz. Wszystko zablokowane. A najbardziej zablokowane w głowie. Blokada mówi: nie potrafisz, nie jesteś gotowa, nie jesteś zdrowa żeby robić wiele, wiele rzeczy które byś mogła, chciała... Te myśli wwiercają się w głowę i umysł. Oooo, chciałabym mieć na głowie inne problemy typu: jest duży projekt do zrobienia na wczoraj, brakuje mi wykwalifikowanych grafików, którzy ogarną zlecenie, założenia z briefie mnie przerastają, czas emisji nieuchronnie się zbliża a klient ma humorki i nie akceptuje prevek ;-) Tak! Z tym bym sobie poradziła. Eh...

Mój biedny rehabilitant pan Piotr znowu jest chory. Dziś przepadły mi ćwiczenia. Strasznie żałuję, bo czuję jak to odsuwa mnie od zamierzeń i planów pozbycia się kul. Chciałam pozbyć się ich z datą 7 stycznia... czyli jutro. Tak w ogóle, już na zawsze - w odniesieniu do prawego biodra. Dziś miałam powalczyć o to na rehabilitacji... Panie Piotrze, niech pan wraca do zdrowia, egoistycznie potrzebuję pana!
A teraz przyznam się do czegoś z czego pan Piotr nie będzie zadowolony... jeśli przeczyta posta ;-) Wczoraj wychodząc z domu zapomniałam kul... Tak po prostu, wyszłam, zamknęłam drzwi na klucz i pomaszerowałam schodami w dół. Dopiero na schodach poczułam się dziwnie: "Czegoś mi brakuje.." Nie wróciłam. To był dla mnie test. "Czy jestem już na to gotowa?". Na parking gdzie stał mój czerwony glonojadek (tak, tak, miłość do mojego samochodu ciągle żywa ;-) ) mam jakieś 200 metrów + wspomniane wcześniej 2 piętra schodów. Idę i myślę, myślę i idę. Naturalnie myślę o tym aby ładnie iść. Nie powłóczyć nogą, starannie trzymać pion! Ładnie, jestem z siebie dumna. Myślę sobie: "Wyglądam jak normalny człowiek, zdrowy człowiek, nikt nie pozna że jestem po ganzu!". Ale nic nie trwa wiecznie. Im bliżej do samochodu tym bardziej zaczyna boleć w biodrze. Myślę: "Za szybko idę!", zwalniam. Niestety, żeby dojść do auta, robię 3 króciutkie przystanki. Eh... nie jest fantastycznie! Łapię doła. Myślałam, że jestem mocniejsza :-( Byłam pewna, że dojdę bez kłopotu, że nie poczuję nic co wiąże się z nogą. Pomyłka. Próbuję trochę się bronić. Sama przed sobą, że przecież dodatkowo, przed tymi 200-stu metrami zeszłam samodzielnie przez 50 schodów. Ale to i tak nie poprawia nastroju... Dopiero piękne prowadzenie się glonojadka i małe szaleństwo w zakrętach na śniegu wywołuje lekki uśmiech.
Tak! Nie ma mowy, nie sprzedam tego auta! Jest boskie! Może małe, może zimne, może i zamarza tylna szyba (od środka!), może ciasne, może niepraktyczne, może i głośne, nawet przyznam że paliwożerne, może i nie ma wygodnej wielofunkcyjnej kierownicy, ale ubóstwiam je! Jego a raczej jej! - bo to ona - inne niepodważalne zalety przekreślają wszystkie powyższe minusy :-) A przy okazji - wieczorami odwiedzam puste parkingi marketów ćwicząc drifft ;-) Szaleństwo! Ona jest do tego stworzona!

foto by net

Ale wracając do mojej "bezkulowej" eskapady.. Pojechałam do sklepu po upominek dla znajomej. Powoli i bez pośpiechu chodziłam po centrum handlowym - niewiele, góra 15 minut. Wróciłam do domu i już z trudem wdrapałam się na drugie piętro. Nie siliłam się nawet, żeby odstawiać samochód na parking parkując go pod klatką. W domu na spokojnie przeanalizowałam jak było i co boli. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że na parking doszłam ładnie, przystanki pozwoliły mi odetchnąć, przyjąć ponownie dobrą postawę i iść dalej prawidłowo z czego w sumie jestem dumna. Choć tu oceniać musiałby mój srogi rehabilitant :-) Tak, jego oko nie przepuści żadnej nieprawidłowości :-) Wędrówka po sklepie też nie należała do tragedii. Tzn. im dłużej szłam, tym bardziej widać było z czasem "narzucanie" prawej strony... dlatego robiłam przerwy, nawet po to żeby przystanąć i pogapić się na wystawy. Oczywiście cały czas starałam się robić niewielkie kroczki (jak gejsza ;-) ). Jednak powrót do domu, wejście na drugie piętro było fatalne. Nie potrafiłam już opanować kulawej prawej strony ciała. Zawieszona na poręczy sunęłam do góry i z nieskrywaną ulgą rzuciłam się na kanapę w mieszkaniu. Co bolało? Podczas chodzenia biodro i leciuteńko kręgosłup lędźwiowy. Przy wchodzeniu po schodach odezwał się zapomniany już ból w kolanie (wewnętrzna strona kolana operowanej nogi). Po wejściu do domu bólu biodra w ogóle nie czułam a do końca dnia dokuczał mi kręgosłup. Dość mocno niestety...
Jutro na 15.30 maszeruję z nową fotką biodra do profesora. Na pewno napiszę co ciekawego powiedział.


foto by net

środa, 31 grudnia 2008

31.XII.2008. Sylwester Zakopane

/Zakopane - Besenova/

Święta, Święta i po Świętach. Było rodzinnie, wesoło i baaaardzo gwarno. Ale pisałam już o tym. Rodzice, kiedy wyjechała nasza cała zgraja pewnie odetchnęli głęboko a teraz cieszą się świętym spokojem ;-) 30 grudnia we dwójkę wyruszyliśmy do Zakopanego. Dawno nie cieszyłam się tak wspaniałym widokiem gór i śniegu. Pogoda przez cały pobyt była słoneczna i mroźna. Doskonale że zabrałam ze sobą ciepłe spodnie narciarskie - dzięki nim moim biodrom i śrubkom było cieplutko ;-) Dzień w dzień serwowaliśmy sobie oscypka - bo jak mówi profesor to najlepsze na kości! Najlepsze są oczywiście oscypki na ciepło z żurawiną. Pyyyychotka! W Sylwestra zafundowaliśmy sobie dzień pełen wrażeń. Najpierw na dzień dobry ruszyliśmy na Gubałówkę. Naturalnie kolejką - nie na piechotę. To jeszcze nie ten czas kiedy śmigam po górach ;-) Na górze przywitał nas boski widok na skąpane w słońcu Zakopane. Ludzi mnóstwo, ostro musieliśmy się nagimnastykować żeby znaleźć jakąś wolną ławkę żeby napić się herbaty. Jakby cała Polska zjechała się na szczyt Gubałówki :-) Wokół nas sporo narciarzy, deskarzy, całe rodziny, dużo turystów zagranicznych. Po nacieszeniu oczu widokami zgodnie na naszym pomysłem poszliśmy poszaleć na skuterach śnieżnych. Ooooo, to było coś! To dużo lepsza zabawa niż quady! Szybciej zasuwa, wzbudza większą adrenalinę, jest też chyba mniej wywrotne. Na początku bałam się jeździć sama, prowadzić. Miałam cykora, że się przewrócę i śrubki nie dadzą rady... Ale było fantastycznie. Znów miałam uśmiech dookoła głowy! A to jeszcze nie koniec dnia! Później były Krópówki, spacer, oscypki, a wieczorem prawdziwy kulig w saniach z pochodniami. Przejechaliśmy w zaprzęgu Doliną Kościeliską a po tym jak wymarzły mam wszystkie kończyny rozgrzewaliśmy się przy góralskim ognisku piekąc kiełbaski i popijając grzańca. Trafiła nam się wyjątkowo udana grupa bo śmialiśmy się do rozpuku ;-) Ten wyczerpujący dzień zakończyliśmy o północy na Krupówkach, gdzie ludzie jak sardynki upchani pośród kamieniczek, choinek i witryn sklepowych z szampanami w rękach, w czapach z króliczymi uszami na głowach odliczali do chwili kiedy Nowy Rok zastąpił stary. Życzenia, fajerwerki, pyszny szampan prosto z gwinta! Tak, w tym roku najważniejsze były życzenia zdrowia, zdrowia i zdrowia, bo kiedy je mamy - możemy mieć wszystko.
Poruszając się po bardzo zaśnieżonym Zakopanem a przede wszystkim Gubałówce dzierżyłam w dłoniach zamiast kul coś na wzór kijków narciarskich :-) Było bardzo ślisko więc kule nie zdałyby egzaminu. Przed wyjazdem szukałam w sklepach rehabilitacyjnych specjalnych nakładek, które zapina się na kule - to takie kolce, które bezpiecznie wbijają się w śnieg i lód. Jak na złość nigdzie ich nie było. Ale kijki zdały egzamin. Mocno poćwiczyłam ładne chodzenie w pionie. Aaa, i coś jeszcze. Buty wyposażyłam sobie w coś na wygląd raków ;-) Może nie takich profesjonalnych, hehe, ale były to gumowe nakładki na buty podbite od spodu korkami jak u piłkarzy. Dzięki nim czułam się bezpiecznie. Nie bałam się, że się pośliznę, przewrócę czy zrobię krzywdę wyremontowanemu bioderku ;-)

Nowy Rok spędziliśmy na Słowacji wygrzewając się w wspaniałych basenach termalnych. Baseny pod chmurką miały "brudną" wodę rdzawego koloru. Temperatura wody (w każdym basenie inna) osiągała od 28 do 40 stopni Celcjusza. Temperaturomierz powierza w ciągu dnia kiedy świeciło słonko pokazywał - 3 stopnie, a wieczorem minusik spadł do około 8 stopni. Po szyję w wodzie korzystaliśmy z dobrej mocy gorącej wody termalnej, ze szronem na włosach mówiąc wypuszczaliśmy perę z ust. Fantastyczne. Nie omieszkaliśmy również zrelaksować się w pięknych saunach. Wyjątkowo miły, i inny dzień :-) Wieczorem padliśmy jak wymęczone muszki.
Sylwestrowo-noworoczny wyjazd spędziliśmy bardzo miło, nie brakowało przygód.
Tylko powrót do domu nie był już wesoły... Z samego Zakopanego do Krakowa jechaliśmy 4 godziny! Pod naszym blokiem w Wa-wie zaparkowaliśmy po 9 godzinach jazdy.... Eh... Mówiąc szczerze ta 9-cio godzinna jazda dała mi tysiąckroć bardziej po kościach niż wszystkie inne harce, spacery, skutery śnieżne, kulig i marszruty po Gubałówce.

Gubałówka XII.2008


widok na Giewont XII.2008


skutery śnieżne na Gubałówce XII.2008


Zakopane XII.2008


Słowacja - droga do Besenovej I.2009


śmigłowiec TVN24 na Gubałówce XII.2008

fotos by K&T 2008/2009

czwartek, 25 grudnia 2008

25.XII.2008. Święta, Święta

/rodzinny dom/

Jest nas dużo, jest gwarno, nawet bardzo :-) W dniu Wigilii jak na zamówienie zaczął padać śnieg. Świat się zabielił, od razu zrobiło się świątecznie i zimowo. Świeże i rześkie powietrze wpada czasami uchylonym oknem i intensywniej roznosi po domu aromaty świątecznego stołu. Piękna, duża i żywa choinka połyskuje światełkami i bombkami a słomiane ozdoby przy każdej sposobności tańczą na gałązkach. Jest pięknie.
Mimo całego świątecznego gwaru i objadania się przepysznymi ciasteczkami (moje ulubione to "ule"- najlepsze w wykonaniu naszej utalentowanej sąsiadki) nie folguję sobie z ćwiczeniami. Bardzo zależy mi, żeby po powrocie ze Świąt z Sylwestra "pochwalić" się przed moim rehabilitantem ładnie odrobionym zadaniem domowym. Sama wyczuwam też zmiany. Przede wszystkim pod względem mięśni pośladkowych. Są dużo mocniejsze :-) W lustrze widzę gołym okiem, że moja pupa podniosła się - szczególnie prawy pośladek operowanej nogi. Jestem bardzo zadowolona. Każdy dzień zbliża mnie do wyjazdu na narty. Do mojego celu. Wybraliśmy już szczegółowo lokalizację, termin jest ustalony. To będzie Francja - po raz pierwszy, tam na nartach jeszcze nas nie było. Ruszamy do regionu Les 2 Alpes na przełomie marca i kwietnia 2009. Do tego czasu noga musi być 200% sprawna i będzie!! :)
Kończę pisanie z miłą myślą o nartach i zmykam zjeść na pewno pyszną kolację. Po kolacji w planie mamy rodzinny spacer. Pierwszy raz sprawdzę jak kule zachowują się na śniegu...


foto by net

sobota, 20 grudnia 2008

20.XII.2008 Czy potrzebna krew?

/rodzinny dom/

I jak jak wszyscy w tej porze roku wpadłam w świąteczny galimatias. Zakupy, prezenty, porządki, wyjazd do rodziców, kartki i listy świąteczne, życzenia, eh.... Mnóstwo tego. Rąk brakuje. Przez te wszystkie czynności dużo więcej chodzę, jeżdżę samochodem - to ma wpływ na nogę. Pobolewa mnie. Ale noga to nic. Gorzej bolą plecy. Podróż do rodziców, te 400 km w małym samochodzie dało mi w kość. Ale nie ma za bardzo jak odpocząć. Wczoraj i dziś większość czasu siedziałam przed laptopem. Siedzę i klikam i klikam. Najgorsze jest to, że wcale nie zbijam przysłowiowych bąków. Dziś mamy jeszcze w planie przystroić choinkę. Jest jak co roku żywa. Tym razem to sosna. Pięknie pachnie :-)
Biegając za świątecznymi prezentami nie miałam nawet chwili aby naskrobać coś nowego na blogu. A są sprawy, które chciałam poruszyć.
Ostatnio rozmawiałam sporo z osobami, które tak jak ja są po ganzu albo czekają na zabieg. W kilku rozmowach (mailowo, na GG) poruszyliśmy temat transfuzji krwi. Pojawiały się pytania, czy idąc do szpitala na zabieg trzeba się zabezpieczyć w krew ewentualnie potrzebną nam później po zabiegu do przetoczenia. Prawda jest taka, że szpitale mają obowiązek na wypadek takiej potrzeby zapewnić pacjentowi wymaganą ilość jednostek krwi. Jednak jak powszechnie wiadomo, w polskich szpitalach i klinikach krew potrzebna jest ciągle, a honorowych dawców mimo iż stale przybywa to banki krwi i tak są w potrzebie i monitują o krew. Także miłym gestem jest oddanie krwi do najbliższej swojemu zamieszkaniu stacji krwiodawstwa celem wsparcia innych potrzebujących. Możecie przed planowanym zabiegiem poprosić swoich znajomych i przyjaciół o pójście i oddanie krwi "na Wasze konto". Wtedy w stacji oddając swoją cenną krew zaznaczają dla kogo ona jest przeznaczona i wypisują potwierdzenie oddania krwi. Takie potwierdzenie mile widziane jest w szpitalu :-) Wiadomo, że krew oddana przez Waszych przyjaciół czy rodzinę nie będzie stricte przeznaczona dla Was. Otrzyma ją ktoś o takich samych parametrach krwi, zapewne w szpitalu który będzie w pobliżu owej stacji krwiodawstwa. W Otwocku, przed operacją wykonują szereg badań określających grupę krwi pacjenta, wszystko sprawdzane jest bardzo skrupulatnie i szczegółowo. Finalnie, jeśli podczas albo po zabiegu okaże się, że delikwentowi przydałby się dodatkowy woreczek krwi - otrzymuje świeżutką, idealnie dopasowaną do swoich parametrów krew z banku krwi. Ja przed operacją zrobiłam nieco inaczej. Przed planowanym terminem operacji, poddałam się autotransfuzji krwi, którą specjalnie opieczętowali i przygotowali na dany termin właśnie dla mnie samej i przetransportowali do szpitala w Otwocku. Naturalnie takie planowanie było ściśle uzgodnione z lekarzem hematologiem w stacji krwiodawstwa. Każda krew ważna jest tylko 35 dni (jeśli się nie mylę). Wiadomo, że im świeższa - tyl lepsza. Dokładnie z kalendarzem w ręku zaplanowałam sobie kiesy pójdę oddać krew pierwszy raz, potem musiałam odczekać minimum 7 dni aby móc pójść oddać ją drugi raz. Tym sposobem zabezpieczyłam się w 2 jednostki własnej krwi (każda jednostka to 450 ml). Ważnym było, aby ostatnie oddanie krwi było nie krócej niż 1,5 tygodnia przez zabiegiem w szpitalu. Moja własna krew musiała zdążyć się odbudować, hemoglobina wzrosnąć tak, abym w szpitalu spełniała potrzebne kryteria i aby dopuścili mnie do operacji. Oczywiście długi czas przed planowanym oddawaniem krwi wspomagałam się witaminami i specyfikami zawierającymi żelazo. Piłam też przygotowany przez moją mamę domowy sok z buraków. Wszystko udało się zgodnie z planem.
Mogłam tak wykombinować z racji bliskiego zamieszkania - do szpitala w Otwocku mam zaledwie 40 km, tym samym nie było problemu z transportem krwi z Stacji Krwiodawstwa przy ul. Saskiej w Warszawie gdzie oddałam krew do otwockiej Kliniki. (wiadomo, że autotransfuzja osoby z drugiego końca Polski w stosunku do Otwocka byłaby trudna ze względu na kosztowny transport krwi.) Nie pamiętam dokładnie czy pisałam o tym wcześniej, ale dzień po operacji (mimo, iż w trakcie zabiegu bardzo mało krwawiłam) otrzymałam owe 2 woreczki krwi. Moja własna krew, tak jak wcześniej wypłynęła z moich żył przez plastikową rurkę, tak na powrót znalazła się we mnie :-) Było to jak potężny zastrzyk energii i zdrowia :-)
Dużo ciekawych informacji na temat krwi i krwiodawstwa można znaleźć na poniższej stronie:
http://www.krewniacy.pl
A samego oddawania nie trzeba się obawiać :-) To nic strasznego. Przede wszystkim personel w takich stacjach jest tak miły i uczynny, że miód na serce więc widok pokaźnej igły nie ma znaczenia :-) No i dostaje się kilka pysznych czekolad!


foty by net

środa, 17 grudnia 2008

16.XII.2008. Poszukiwania

/mieszkanie/

Wróciłam ze spotkania ze znajomymi. Pośmialiśmy się, zjedliśmy mały obiad, poplotkowaliśmy na wspólne tematy. Miło spędzony czas. Teraz siedzę od 2 godzin przy laptopie poszukując w necie uroczej i romantycznej restauracyjki na kolację we dwoje. Eh, trudne zadanie. Pojutrze zmykam już do rodziców na Święta, tak więc miła mini-wigilijna kolacyjka jest dobrym pomysłem.
W drodze z rehabilitacji rozmyślałam nad rozszerzeniem bloga o coś w rodzaju kącika rehabilitacyjnego. Na razie nie zdradzę reszty pomysłu, bo jest w powijakach. Na Święta otrzymałam dzisiaj od mojego rehabilitanta zestaw ćwiczeń domowych do samodzielnego wykonywania. Banalnie proste wyglądem- trudne do prawidłowego opanowania. Jest też postęp w chodzeniu- zlokalizowałam swój błąd w ustawieniu nogi który powoduje ból w kolanie i nadwyrężenie więzadeł. Teraz tylko mieć się na baczności i unikać go :-)
Zmykam pakować prezenty gwiazdkowe ;-)


foto by net

sobota, 13 grudnia 2008

13.XII.2008. Centrum handlowe

/centrum handlowe/

Chodzę i oglądam telewizory. Hm.. trzeba skończyć jakieś specjalne studia , żeby zrozumieć o co w tym biega... Co to znaczy 100 Hz? Że niby jest lepszy jeśli to posiada? Eee, nie widzę różnicy. Za to bardzo zgrabne głośniczki widzę. Ooo, takie by pasowały :-) Jest tyle gadżetów, że głowa boli. Chodzenie, a raczej przepychanie się między zatłoczonymi alejkami jest zdecydowanie uciążliwe. Dobija mnie kiedy ludzie jak ostatnie gapy zachodzą mi drogę, nie wpadną na pomysł, że kiedy chcę z kulami przejść obok, mogliby ciut się odsunąć, zrobić trochę miejsca. Eh.. nie rzadko zdarzało mi się już w sklepie wyczyniać jakieś ekwilibrystyczne ruchy, żeby wyminąć kogoś czy po prostu wejść lub wyjść. Niestety "zdrowi" ludzie nie potrafią zrozumieć i choć odrobinę wczuć się w sytuację. "Najlepsza" jest sytuacja przy drzwiach - ja wychodzę ze sklepu, ktoś próbuje wejść. Pytanie za sto punktów: czy wchodzący poczeka i np. sam otworzy drzwi i przytrzyma je widząc mnie o kulach? Hahhaha! Marzenie! tak robi zaledwie garstka! Większość, szczególnie teraz, w przedświątecznym szale wpycha się bezmyślnie, byle szybciej, byle do przodu. Najbardziej nie znoszę kiedy ludzie w centrum handlowym popychają mnie, szturchają, a ja robiąc zakupy, pchając nie raz wózek "walczę o życie". Nie jest lekko, ale czy ktoś mówił, że będzie? ;-)
Trafiłam w alejkę z żelazkami i fotelami masującymi. Testuję. Fotel- rzecz jasna. Cały szkopuł tkwi w pilocie z kilkoma przyciskami, próbuję na chybił trafił włączyć jakąś opcję. Shiatsu. Ooooo, rewelacja. Mmm, jak miło. Od części lędźwiowej w górę z dwóch stron, równomiernie coś masuje mi plecy. Bajka. Gdyby nie te tłumy zdesperowanych kupujących wokół mogłabym się zrelaksować i poczuć jak u wprawnego masażysty :-) Miła sprawa.
Zmęczenie, kolano boli (nadwyrężone więzadła), od wczoraj pojawił się też nowy ból, w pośladku operowanej nogi, to nie jest ból mięśniowy..., dokucza też ogólnie biodro, miejsce śrubek. Ale nie ma się co dziwić, dużo chodziłam, a raczej przedzierałam przez gąszcz zakupowiczów. Poza tym byłam dziś na rehabilitacji, przez godzinę pocąc się i stękając przy ćwiczeniach. Ale jest znowu postęp :-) To mnie cieszy. Muszę jednak więcej ćwiczyć w domu. Teraz robię nowe ćwiczenie podobne do wchodzenia zdrową nogą na stopień na którym stoi już operowana noga. Poprawnie wykonane ćwiczenie nie należy do prostych. W trakcie myśleć trzeba o wszystkim: gdzie jest moja pupa? gdzie jest prawe kolano? jak stoi prawa stopa? co robię z palcami u stopy? czy brzuch jest ściągnięty? czy miednica w przodopochyleniu? czy obydwa ramiona są w tej samej pozycji, prosto? Zwariować można! Nigdy wcześniej nie wchodząc po schodach nie myślałam o takich rzeczach! Nikt o tym nie myśli! Dobra, trzeba być twardym nie miętkim ;-) Skoro są efekty, to będę się tego trzymać.
Sobota wieczór, czas na kino domowe! Jakaś nowa sensacyjka. Odpalić projektor, czas start!


foto by net

czwartek, 11 grudnia 2008

11.XII.2008. Środek nocy?

/ośrodek rehabilitacji/

6.30 rano. O matko! Środek nocy, o nie! Błagam, dlaczego muszę wstawać??! To jakiś koszmar, dopiero co udało mi się zapaść w głęboki sen :-/ Nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, leżąc z telefonem w ręce szybko (na ile to jest możliwe zaspanym umysłem) analizuję sytuację i wymyślam powody, które mogłyby zatrzymać mnie w ciepłym łóżku. Bez sensu. Muszę... wstaję.. Idę jak na skazanie do łazienki, myję zęby, walczę z opadającymi powiekami.
Od jakiegoś czasu co dzień kładę się nie wcześniej niż o 3 w nocy. Nierzadko do 4 walczę sama z sobą o sen. 6.30 rano jest niedorzeczna, nie, nawet nie chcę o tym myśleć. Jest jedna dobra metoda na wstawanie, ona zawsze niezawodnie działa. Ale stosując ją trzeba mieć wspaniałą wyobraźnię i.. chyba być świrem. W ekstremalnych przypadkach, takich jak dziś wstając usilnie wkręcam sobie, że wstaję wcześnie bo wyjeżdżam na narty. Żeby było jasne- tutaj trzeba wspiąć się na wyżyny autokłamstwa! Jednak dobry bajer nie jest zły ;-) Silne utwierdzenie się w powyższym przekonaniu pozwala wygrzebać się z pościeli, nawet ochoczo doczłapać do łazienki czyniąc wszelkie z tym związane powinności. Podstawa: myślisz o nartach, stokach, zmarzniętych policzkach i wspaniałym powietrzu. Rozczarowanie przychodzi kiedy jestem już w ciuchach- ciuchach innych niż te które ubrałabym jadąc na narty.... jasny gwint! Czy ja jestem normalna!? Ok, cel osiągnięty. Wstałam, jestem przytomna, w sumie o to chodziło. A teraz gwoli wyjaśnienia tej chorej aczkolwiek działającej metody - parokrotnie zastosował ją na mnie mój tata w ekstremalnie rannych godzinach wyczuwając, że nic innego pewnie nie da rady zwlec mnie z łóżka. Bilans skutecznego wybudzania: 100%.
Godzina 8 z hakiem, ok, jestem, Ursynów, przychodnia rehabilitacyjna. Wchodzę i od razu widzę minę mojego rehabilitanta. Eh, nie jest dobrze. Przyznałam się do wczorajszych poczynań. Czy dostałam mówiąc kolokwialnie ochrzan? Oczywiście! Po reprymendzie pokazał mi, że naciągnęłam sobie więzadła w kolanie (operowanej nogi), moje sprzątanie "wyszło mi bokiem", widać było jak na dłoni, że od razu gorzej chodzę, etc. Eeehh... Mam wrzucić na luz. Mam zapomnieć o świątecznych porządkach i szarpaniem się z odkurzaczem (na marginesie - zepsułam go wczoraj ;-) ). To samo usłyszałam godzinę później przez telefon od siostry. Dobitnie przypomniała mi, że jestem DOPIERO (a myślałam, że AŻ) dwa miesiące po złamaniu 3 kości! Słowa złamanie, zamiast przecięcie użyła specjalnie, żebym chyba szybciej przyswoiła, że tam w środku wciąż jest jak po burzy. Kości niezrośnięte, tkanki pewnie jeszcze nie do końca odbudowane... Tak, tak, wiem. Wiem, ale wkurza mnie to! Jak długo mam jeszcze tak się z tym bawić!?
Koniec, idę spać, serio. Wiem, że jest południe. No i co z tego? Mam tak rozregulowany zegar biologiczny, że nie ma to dla mnie znaczenia. Chce mi się spać. Spać, spać...


foto by net

środa, 10 grudnia 2008

10.XII.2008. Porządki

/mieszkanie/

Wzięłam się za porządki. Kuchnia, łazienka, odkurzanie podłóg. Niby nic takiego... Mięśnie bolą jak... po prostu bolą. Operowana noga rwie. O kręgosłupie wolę nie myśleć! Ładnie, jeśli jutro przyznam się rehabilitantowi do tych wygibasów przez pół dnia bez kul - dostanę niezłą burę. Dodatkowo idąc do garażu po samochód pokonałam drogę bez kul (niosłam je pod pachą) i testowałam czy umiem schodzić już ze schodów o własnych dwóch nogach. Te schody kiepsko wyglądały... czułam, że nie pomagam kręgosłupowi, więc dałam sobie z tym spokój. Sumując- trochę się dziś nadźwigałam i naschylałam (szczególnie szarpiąc się z odkurzaczem) + wczorajsze ćwiczenia na rehabilitacji + wieczorne 30 min. na rowerku dało mi w kość. Boli :-/ Ale to moja wina, przesadziłam.
Wracając do wczorajszych ćwiczeń - jest plus! Usłyszałam, że ładniej chodzę, mam lepsze ustawienie miednicy i pilnuję pleców. Ciągle oszukuję tylko ustawiając "po swojemu" stopy, a tym samym koryguję sobie ustawienie kolana, które nadal dokucza. Ale jest dobrze, jest lepiej. Kamień spadł mi z serca. Czuję, tak po cichutku, bardzo po ciuchu, że jest szansa, żebym Święta spędziła bez moich hałasujących i wiecznie przewracających się po mieszkaniu kul :-)


foto by net

poniedziałek, 8 grudnia 2008

8.XII.2008. Przyjaciele i ...

/mieszkanie/

Dziś nie wystawiłam nawet nosa z mieszkania. Za to wczoraj spędziłam cały przesympatyczny zresztą dzień z rodziną :-)
Jest maleńka zmiana, wydaje mi się, że lepiej chodzę. Ale to moje wolne wnioski, dowiem się tego pewnie jutro na spotkaniu z rehabilitantem. Przez ostatni tydzień nie miałam zajęć, bo mój rehabilitant rozchorował się :-( I dla niego kiepsko i dla mnie kiepsko, bo czas goni a ja czuję że wciąż jestem w lesie... Chciałam na Święta poruszać się już zupełnie samodzielnie, bez kul... ale nie wiem jak będzie faktycznie..

Zastanawiałam się ostatnio nad tym ile zmieniło się w moim życiu po operacji. Nie oceniam tutaj stanu zdrowia, samopoczucia czy swoich czysto technicznych możliwości. Zastanowiło mnie zupełnie co innego. Uświadomiłam sobie (na początku stanowiło to spore zaskoczenie dla mnie samej), że moje osobiste przeżycia, to co przeszłam w szpitalu, związany z tym duży strach i niemały ból - te wszystkie czynniki w jakiś sposób ukształtowały mnie, częściowo zmieniły światopogląd. Do tej pory brakowało mi asertywności, np. nie potrafiłam szczerze w oczy powiedzieć komuś, że nie zrobię czegoś bo zwyczajnie nie chcę, nie podoba mi się dana rzecz, czy chociażby nie mam ochoty na spotkanie. Zawsze, nawet gdy nie miałam na to ochoty byłam miła, nie okazywałam swojej dezaprobaty jeśli takowa była i starałam się duchowo "robić dobrze" wszystkim, wszystkim prócz samej sobie. Jak się to przejawiało? W spotkaniach "na siłę" z ludźmi z którymi niekoniecznie miałam na to ochotę, w cierpliwym wysłuchiwaniu nierzadkich narzekań znajomych o tym, że nie mają pracy (albo mają z nią problem), nie mają dziewczyny (albo mają z nią problem), są chorzy (tak, to zmora nas wszystkich!), nie układa im się w życiu, za mało zarabiają, nie mają pomysłu na życie.. etc. Ciekawym zjawiskiem było to, że im więcej miałam własnych zmartwień na głowie tym gęściej sypały mi się na ramiona problemy i innych. Apogeum nastąpiło tuż przed operacją, kiedy zamiast sama być w jakiś sposób podtrzymywana na duchu przez przyjaciół i znajomych stałam się istną czarą goryczy do której dzień w dzień ktoś dolewał i dolewał! Oficjalnie przez swoją mamę zostałam mianowana nową Matką Teresą, a mój partner zaczął żartobliwie podpowiadać, że chyba minęłam się z powołaniem i powinnam prowadzić jakiś internetowy kącik porad w stylu: "Napisz do Katji". Ponoć zważywszy na ilość "zleceń" mogłabym się z tego utrzymać ;-) Mnie, trzeba szczerze przyznać, powoli przestawało to bawić... Czułam się wykorzystywana i to wykorzystywana przez tych, którym to ja miałam nadzieję niebawem (gdy zajdzie taka konieczność) wypłakiwać się na ramieniu! Wtedy jeszcze nie wiedziałam ile owe wydarzenia zmienią w najbliższym czasie. Będąc już w szpitalu, wystrachana, przerażona tym co wokół mnie się dzieje, jak każdy chory i zestresowany człowiek liczyłam na wsparcie bliskich mi osób - rodziny, znajomych i przyjaciół. Na rodzinie, nawet tej dalszej nie zawiodłam się, byli, wspierali, czułam ich zainteresowanie i życzliwość. Jak się miało okazać z przyjaciółmi i znajomymi było inaczej... W ludzkim wyobrażeniu przyjaciel jest kimś na kim możemy polegać, ufać mu, zwierzać się, śmiać się razem z nim i płakać. Przyjaciel jest naszą opoką, wiernym towarzyszem doli i niedoli. Przede wszystkim przyjacielem jest się na zawsze. Nawet kiedy los rozdziela dwoje przyjaciół, czy dorosłe życie kieruje ich w przeciwne strony - przyjacielem pozostaje się na zawsze, nie da się po prostu przestać nim być. Jest się wtedy przyjacielem ze szkolnej ławki, przyjacielem z dzieciństwa, ze studiów itd. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że jeśli przestałeś być czyimś przyjacielem to znaczy, że tak naprawdę nigdy nim nie byłeś. Zapewne byłeś tylko jego znajomym, albo dobrym znajomym. Tak, znajomi to o wiele szersze grono, które podczas całego życia ewoluuje, zmienia oblicze. Jedni wchodzą do tego grona, inni z biegiem lat i z czasem odchodzą. Tu granica jest płynna.


foto by net

Moja operacja dokonała uszczerbku w gronie znajomych, a ściślej mówiąc dobrych znajomych oraz co było znaczniej boleśniejsze przetrzebiła wąskie grono przyjaciół... :-( Mówiąc dobitnie realia szpitalne, mój stan, choroba zdeptały wydawać by się mogło silną 7-letnią przyjaźń. Trudno było mi zrozumieć sytuację, bo to właśnie od mojego PRZYJACIELA oczekiwałam ciepłych słów otuchy, zainteresowania, ufałam, że mnie rozumie, i mogę na niego liczyć. Przedsmak tego jak bardzo się pomyliłam poznałam zaledwie 5 dni przed zabiegiem, kiedy z ust PRZYJACIELA przez telefon usłyszałam, jak wiele ma problemów z pracą i dziewczyną, a co do mnie, to: "bez przesady, to nie jest przecież przeszczep serca!" Tak! Właśnie, że tak! To jest dla mnie przeszczep serca!!! I nic nikomu do tego! Do dziś trudno mi zrozumieć czym zasłużyłam sobie na te słowa... Na szczęście już o tym nie myślę. Zgodnie z mądrą myślą powyżej - jak się okazuje "mój" PRZYJACIEL nigdy nie był przyjacielem. Wydawało mi się... Aaa, a może to wcale nie choroba, wcale nie trudny dla mnie czas zabił naszą przyjaźń!? Tylko w końcu okazało się, że po 7 latach ciągłego dawania nagle chciałam coś otrzymać? Dobre, ciepłe słowo otuchy na które nie było stać mojego PRZYJACIELA?
Podobnym brakiem kompletnego zainteresowania moją osobą a tym samym zdrowiem "wykazało się" kilkoro znajomych. Czy ktoś nie powiedział kiedyś: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Tak, święta słowa. Po raz pierwszy przekonałam się o tym na własnej skórze. Zobaczyłam egoizm ludzi, ich zapatrzenie w siebie, dewizowane hasłem: brać! Bo po co dawać...
Ale czas o nich zapomnieć, bo po co rozpamiętywać tego rodzaju rzeczy. Życie biegnie dalej, już bez pseudoznajomych i wątpliwych przyjaciół.
Za to wspaniale jest się cieszyć z wartościowych kontaktów, które operacja i niełatwe dla mnie momenty tylko umocniły. Kochani, bliscy, wartościowi i pomocni znajomi oraz przyjaciele :-) Spisali się na medal za co jestem im szalenie wdzięczna!
I tu wracając do mojej początkowej myśli - to właśnie te przykre doświadczenia plus szereg zdarzeń podbił moją asertywność. I to bez drogich kursów i prania mózgu na warsztatach z autoprezentacji! Przestałam ułatwiać życie wszystkim dookoła kosztem siebie samej. Nauczyłam się mówić "nie", nauczyłam się odmawiać. Nauczyłam się mówić wprost co co myślę i czuję. Nie owijam w bawełnę - a już myślałam, że dane mi będzie zostać prząśniczką ;-) I bardzo mi z tym dobrze. Czuję jakby ogromny, wielki głaz zwalił mi się z serca. O ile lżej mi oddychać wiedząc, że nie muszę się z nikim i niczym "szczypać". Jeśli moja prawda, własne zdanie kogoś boli albo nie odpowiada, to czy ja powinnam się tym martwić? Czy życie polega na ciągłym głaskaniu innych po głowie, mówieniu tylko miłych rzeczy, wiecznym i naiwnym do utraty rozsądku pocieszaniu? Powiedziałam sobie pass!
I naprawdę, bardzo, bardzo mi z tym dobrze :-)


foto by net

czwartek, 4 grudnia 2008

4.XII.2008. Wiewióry

/park/

Są piękne, zwinne, puszyste i odważne. Mają cudownie zimne łapki i długie pazury. Ich pyszczki, zwłaszcza jesienią są wiecznie utytłane w glinie i ziemi :-) Uwieeeeeelbiam je! Za włoskiego orzecha wskakują czepiając się spodni na kolana, a nawet plecy! Obracając orzech wokół jego osi w kilka sekund rozgryzają twardą łupinę. Kawałki orzecha smacznie chrupią trzymając długimi palcami, inne starannie zakopują w ziemi, pod drzewami, a czasem w szczelinach kory drzew. Wyjątkowe stworzenia :-) Dziś po raz pierwszy od czasu operacji byłam w parku odwiedzić moich małych rudych przyjaciół. Obcowanie z nimi to prawdziwy wulkan radochy. Niewiele brakowało, żebym latała za nimi po lesie ;-)
A o kim mowa?
- Poniżej:




fotos by K&T XII. 2008

Chciałam podziękować za maile, rozmowy na GG i komentarze osób, które czytają bloga. Co jakiś czas otrzymuję wiadomości, sygnał od kogoś, kto wyszperał "Dziennik z remontu" w internecie i znalazł w nim coś dla siebie, coś co pomaga mu w oczekiwaniu na jego własną operację, przygotowaniu się, przełamaniu strachu itd. Cieszę się, bo tym samym wiem, że blog stał się czymś pozytywnym, czymś co najkrócej mówiąc ma sens :-) Dziękuję.
Jeśli pominęłam jakieś ważne wiadomości, temat który warto poruszyć w związku z Ganzem, autotransfuzją czy rehabilitacją pytajcie. Skrupulatnie odpowiem :-)

poniedziałek, 1 grudnia 2008

01.XII.2008. 8 tygodni po Ganzu

/spacer/

Siedzę na ławce, na boisku do tenisa i siatkówki i dumam. Ciekawe kiedy będę mogła zagrać sobie...? Kiedy pierwszy raz pobiegnę? Za 2 tygodnie, za miesiąc, za 2 miesiące? Nie mam pojęcia jak szybko to nastąpi. Chciałabym już dziś wyrzucić w diabły kule i chodzić jak normalny człowiek! Czasem tak bardzo mi ciążą, chciałabym zobaczyć jak szybują z balkonu.. daleko.. w hukiem spadają na betonowe patio pomiędzy blokami. Wyszłam na spacer. Ale tak długo grzebałam się z ubieraniem, wykonywaniem ostatnich "pracowych" telefonów i maili, że moje słońce zaczęło chować się za czubkami sosen. Wszystko robię za późno, za wolno. Ok, może nie w słońcu, ale tak czy siak poczytam trochę książkę. Jeden z thrillerów w którym tajemniczy i jak się okazuje seryjny morderca sieje pogrom wśród spokojnych do tej pory okolic Nowego Orleanu. Dość wciągający, zważywszy, że lubię thrillerki ;-) Przy czytaniu w bezruchu na ławce zaczyna marznąć mi pupa. Ups, a czego ja się spodziewałam? Afrykańskich upałów? W końcu to 1 grudnia ;-) O tak... Afryka... chętnie, baaardzo chętnie, nie mam nic przeciwko 40 stopniom w cieniu. A w morzu trzydzieści kilka. Pływam, aż kompletnie spierzchną mi od soli i wody usta, opuszki palców u stóp, ręce, skóra szczypie i prosi o prysznic w słodkiej wodzie. Bosko! Woda przejrzysta, turkusowa, błękitna, granatowa, ciemny granat, czerń.... Respekt. Przyspieszone bicie serca, niewiarygodny podziw, ukołysanie w głębi i ciekawość połączona ze strachem - co jest tam, głęboko, na samym dnie? Piękne i inteligentne ośmiornice? Może duże i te mniejsze nakrapiane ogończe z ostrymi jak brzytwa ogonami? Głębinowe kałamarnice, ryby kamienne, mureny, rekiny..? Na pewno tak, i wiele, wiele innych cudownych i zaskakujących stworzeń. Chciałabym je wszystkie kiedyś zobaczyć. Niestety, żeby zobaczyć te głęboooko musiałabym się w końcu przekonać do nurkowania głębinowego, które póki co kłóci się z moim wyobrażeniem o swobodzie i wolności podwodnego świata. Za to snorkeling zbliżony jest do freedivingu. Ale do freedivingu daleka droga ;-) Na start zaopatrzę się w książki Umberto Pelizzari "Manual of Freediving: Underwater on a Single Breath" oraz legandarnego Jacques Mayol'a: "Homo Delphinus. The Dolphin Within Man". Już same okładki książek na ebayu przyprawiają mnie o dreszcze ;-)
Zimno, zmykam do domu.

bardzo ciekawska ryba

do dziś nie wiem co to było ;-)

Cephalopholis argus

ogończa [bez ogona :-) ]

ośmiornica

skrzydlica (lion fish)

fotos by K&T Sharm el Sheikh 2008

/mieszkanie/

Trochę ćwiczeń, coś na ząb i ponownie zagłębiam się w podwodny świat. Nurkuję w Google Earth w poszukiwaniu ciekawych miejsc i raf na świecie. Boże! Jest ich mnóstwo! Nie spodziewałam się, że aż tyle. Będę mieć co robić przez całe życie ;-) W przerwach między zaczytywaniem się przy laptopie (robię to od 3 dni) zasuwam serię ćwiczeń. Został mi jeszcze dziś rowerek. Codziennie staram się ćwiczyć na nim przynajmniej 30 minut co przekłada się na jakieś 10 km (a nawiasem mówiącc - spalonych 300 kalorii). Mimo późnej pory odpalam projektor (konieczny jest jakiś film, żeby nie było nudno podczas pedałowania), uzupełniam wodę w butelce i zasuwam.