/mieszkanie/
Planowo poranek zdecydowałam zacząć od rzutu monetą. Reszka - zostaję na weekend w domu (a przynajmniej jego okolicach), orzeł - w ciągu godziny pakuję walizkę i samotnie ruszam nad morze z bagażnikiem wypakowanym niepołkniętymi jeszcze książkami. Było jednak inaczej... obudził mnie porażający niewyspaną głowę odwiert.... odwiert sąsiada sugerujący, że zakupił lepszą wiertarkę i naprawia albo demoluje. Jedno z dwojga. Ten start nasunął mi w myślach (a może je wypowiedziałam..? ) kilka brzydkich słów.
Po wczorajszej jodze - na której nota bene czułam się bombowo a biodro a nawet biodra (!!) współpracowały wspaniale - zwleczenie się z łóżka było wyzwaniem. Do teraz mimo, że jest już przed 11 siedzę w piżamie i nie mogę zaplanować porządku dnia.Wiem, że na pewno nie rzucę już monetą. Ach.... żałuję bo to strasznie kręciło. Choć przyznam, ze generator liczb losowych byłby jeszcze bardziej podniecający! Bez monety czy generatora zerknęłam w długoterminowe prognozy pogody i chłodno zdecydowałam, że pojadę w przyszły czwartek. Miało być spontanicznie - jest praktycznie.
Wracając do biodra. Jak ostatnio pisałam - nic nie rozumiem, bo od bodajże 3 dni nie boli... No, może NIC to trochę przesadzone, ale odczuwam diametralną zmianę. Biorąc pod uwagę to, że kwestia bólu jest dla mnie jak codzienne mycie zębów to co teraz się dzieje jest niepojęte. Ja jestem pełna strachu, że to tylko cwaniacka zagrywka, cisza przed burzą a na pewno przez jakimś wyjazdem... ja zawsze dostanę swój łomot. To tylko kwestia czasu... Jest też inna myśl. A co jeśli to co robimy z moim fizjoterapeutą naprawdę działa... ? (nie obraź się Piotrze za te dywagacje).. i ta bezbólowa tendencja ma się utrzymywać...? Co zrobić, co zrobić...? Pytam sama siebie, bo wrzesień, który zaplanowałam w najdrobniejszym szczególe z każdą godziną zdaje się być bliżej... Wrzesień - co za enigmatyczne pojęcie. W końcu powiem to chyba otwarcie, choć sama przed sobą też do tej pory wyrażałam się półsłówkami. Wrzesień a konkretniej 27 września - to wyznaczona data mojej kolnej operacji. Kapoplastyka. Recz jasna: prawe biodro. Nie, to nie znaczy, że się poddałam albo z góry założyłam porażkę.Gdyby tak było nie przeszłabym 2 razy Ganza i nie walczyła ponad 2 lata o to biodro. Czasem jednak trzeba powiedzieć basta! No i kiedy w końcu to powiedziałam, przełknęłam wizję skalpela, całego bólu i niezdarności jaką niesie za sobą następna operacja... ono znów robi hecę i milczy. Nauczona doświadczeniem - nie wierzę w nic. Nie ufam, podejrzliwie stawiam każdy krok szukając znajomego łomotu. Boję się. Co zrobię we wrześniu.....? To nie jak rzut monetą....Orzeł czy reszka... NIE!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biodro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biodro. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 sierpnia 2010
piątek, 25 września 2009
25.IX.2009 4 miesiace po Ganzu? Znowu?
/mieszkanie/
Czy nadszedł czas na jakieś podsumowanie? Tak? Bo niby dziś mijają 4 miesiące po mojej drugiej osteotomii? Ano. Minęły. Pioruńsko szybko. Dobrze, będzie skrótowo.
Właśnie przeczytałam sobie w własnym archiwum bloga jak to było 4 miesiące "po" w przypadku prawej "starej" jak ją nazywam nogi. Eheh..., czytając uśmiechnęłam się. Byłam wtedy taka ostrożna, zapobiegliwa, roztropna! Gdzie się podziała ta dziewczyna, która zanim zrobiła coś głupiego konsultowała to z lekarzem czy fizjoterapeutą?? Hm.. po operacji prawej nogi, 4 miesiące po potrafiłam bez bólu tej nogi przejść ok 400 metrów. Teraz, 4 miesiące "po" potrafię bez bólu w nowooperowanej nodze (lewej) przejść kilometr. Jest jedno "ale" zanim go przejdę dostaję bólowy łomot od "starej" prawej nogi. Coś za coś. Ta noga jak widać zawsze była do kitu... Owe 4 miesiące rehabilitacji spędziłam rehabilitując nie operowaną nogę, ale nogę która była pod nożem rok temu. Z nowooperowaną nie miałam żadnych kłopotów. Aż trudno mi to zrozumieć, pojąć, że tak łatwo, sprawnie, bez komplikacji.. Ale jak już napisałam wyżej - coś za coś :-) Mam spokój i prościznę z lewą nogą - muszę mieć kłopot z drugą :-) Równowaga w przyrodzie musi być zachowana! A jak!
Wracając do nogi, której powinnam poświęcić trochę więcej czasu ale ona tego ode mnie nie wymaga (dziękuję, ci kochana) - jedyne co sprawia że czasem przypomnę sobie iż była ona jednak operowana to:
1) czasem w leżeniu na brzuchu gniecie mnie gdzieś tam śruba
2) po dłuższym dystansie piechotą dla wprawnego oka uwidacznia się jeszcze nieco objaw Trendelenburga
3) boczna część uda (tam gdzie biegnie nerw boczny uda) jest jeszcze nieprzyjemna w dotyku (przede wszystkim podczas masażu tej strefy).
Ot i tyle. Bólu nie ma. Nie ma bo i nie było. Na operację szłam bez bólu w lewej nodze. W świetnym czasie. Zanim biodro zdążyło boleć, zanim zwyrodnienie zaatakowało staw, zanim skrzywiłam podczas kompensacji kolano. To była bardzo dobra decyzja. Najlepsza w moim życiu. Jedyne czego żałuję patrząc wstecz, to że nie miałam takiej szansy z prawą nogą.... Gdybym kilka lat wcześniej... Gdybym. Ale trzeba cieszyć się tym co się ma! A mam dużo. Naprawdę sporo. Czy jestem w życiu szczęśliwa? Tak :-) Bez dwóch zdań. Rzadko o tym komukolwiek mówię, ale moje życie sprawia mi radochę. Robię wspaniałe rzeczy, rzeczy, które kocham, przebywam wśród cudownych ludzi, realizuję się. A to, że czasem boli.. i cóż! Każdego coś tam czasem boli. Przynajmniej nie zaskakuje mnie ten ból bo znam go na wylot :-) Chyba się już skumplowlaiśmy.
Tak, jestem szczęśliwa.
Dziękuję wszystkim, którzy sprawiają, że mogę to powiedzieć!

foto: net
Czy nadszedł czas na jakieś podsumowanie? Tak? Bo niby dziś mijają 4 miesiące po mojej drugiej osteotomii? Ano. Minęły. Pioruńsko szybko. Dobrze, będzie skrótowo.
Właśnie przeczytałam sobie w własnym archiwum bloga jak to było 4 miesiące "po" w przypadku prawej "starej" jak ją nazywam nogi. Eheh..., czytając uśmiechnęłam się. Byłam wtedy taka ostrożna, zapobiegliwa, roztropna! Gdzie się podziała ta dziewczyna, która zanim zrobiła coś głupiego konsultowała to z lekarzem czy fizjoterapeutą?? Hm.. po operacji prawej nogi, 4 miesiące po potrafiłam bez bólu tej nogi przejść ok 400 metrów. Teraz, 4 miesiące "po" potrafię bez bólu w nowooperowanej nodze (lewej) przejść kilometr. Jest jedno "ale" zanim go przejdę dostaję bólowy łomot od "starej" prawej nogi. Coś za coś. Ta noga jak widać zawsze była do kitu... Owe 4 miesiące rehabilitacji spędziłam rehabilitując nie operowaną nogę, ale nogę która była pod nożem rok temu. Z nowooperowaną nie miałam żadnych kłopotów. Aż trudno mi to zrozumieć, pojąć, że tak łatwo, sprawnie, bez komplikacji.. Ale jak już napisałam wyżej - coś za coś :-) Mam spokój i prościznę z lewą nogą - muszę mieć kłopot z drugą :-) Równowaga w przyrodzie musi być zachowana! A jak!
Wracając do nogi, której powinnam poświęcić trochę więcej czasu ale ona tego ode mnie nie wymaga (dziękuję, ci kochana) - jedyne co sprawia że czasem przypomnę sobie iż była ona jednak operowana to:
1) czasem w leżeniu na brzuchu gniecie mnie gdzieś tam śruba
2) po dłuższym dystansie piechotą dla wprawnego oka uwidacznia się jeszcze nieco objaw Trendelenburga
3) boczna część uda (tam gdzie biegnie nerw boczny uda) jest jeszcze nieprzyjemna w dotyku (przede wszystkim podczas masażu tej strefy).
Ot i tyle. Bólu nie ma. Nie ma bo i nie było. Na operację szłam bez bólu w lewej nodze. W świetnym czasie. Zanim biodro zdążyło boleć, zanim zwyrodnienie zaatakowało staw, zanim skrzywiłam podczas kompensacji kolano. To była bardzo dobra decyzja. Najlepsza w moim życiu. Jedyne czego żałuję patrząc wstecz, to że nie miałam takiej szansy z prawą nogą.... Gdybym kilka lat wcześniej... Gdybym. Ale trzeba cieszyć się tym co się ma! A mam dużo. Naprawdę sporo. Czy jestem w życiu szczęśliwa? Tak :-) Bez dwóch zdań. Rzadko o tym komukolwiek mówię, ale moje życie sprawia mi radochę. Robię wspaniałe rzeczy, rzeczy, które kocham, przebywam wśród cudownych ludzi, realizuję się. A to, że czasem boli.. i cóż! Każdego coś tam czasem boli. Przynajmniej nie zaskakuje mnie ten ból bo znam go na wylot :-) Chyba się już skumplowlaiśmy.
Tak, jestem szczęśliwa.
Dziękuję wszystkim, którzy sprawiają, że mogę to powiedzieć!

foto: net
środa, 22 kwietnia 2009
22.IV.2009 Moto!
/mieszkanie/
Wczoraj zrobiłam maraton zakupowy, A raczej bezzakupowy, bo przeszłam całe wielkie Złote Tarasy i nie znalazłam nic co by mnie ujęło. Dodam, że szukałam stroju kąpielowego i sukienki. Typowa baba ;-)
Pierwszy raz od czasu po operacji dosiadłam motor. Piękna sprawa. Lubię to, bardzo. Ale coś się zmieniło. Od momentu kiedy mam już "nowe" biodro, świadomość śrubek bardziej się bałam... Przerażały mnie zakręty na większej prędkości, slalom między samochodami, przepychanie się w korku... Co jest grane? Czułam się jak staruszka która wychodząc z domu ze śmieciami boi się że lada moment może się pośliznąć. Nie było mowy o jeździe na jednym kole - będąc pasażerką kategorycznie zabroniłam Tomkowi tego robić. Czy tak już zostanie? Myślę o strachu. Może jestem już za stara na motor? Może to co przeszłam, zabieg w jakiś sposób ostudził mój zapał?
Przy okazji wczorajszej jazdy rozbiłam swój ulubiony kask. Nie wiem kiedy i jak. Może kiedy motor stał na parkingu z przypiętymi do siedzenia kaskami ktoś o nie zahaczył? Teraz na prawym boku widnieje brzydki ślad z odłupanym lakierem i niebieskimi krechami - skąd te krechy? Kurcze, niestety wyglądają jak lakier samochodowy...
A jak podczas wczorajszego mega maratonu spisało się biodro? Świetnie! Aż sama nie mogłam uwierzyć, że tyle się nałaziłam, jeździłam w niekomfortowej pozycji i chłodny wieczór na motorze a ono nawet nie pisnęło że mu źle ;-) Kochane bioderko. Oby tak dalej :-)
Od rana próbuję się spakować. Wylot coraz bliżej a ja dalej w rozsypce. Znając życie zostawię to na ostatni moment. Przydałby się jeszcze jakiś nowy strój kąpielowy. Eh, zobaczymy. Może jutro uda się coś ustrzelić w sklepach.
Jutro czwartek. Dla jednych zwykły czwartek, dzień w któym idzie się do pracy, odbiera malucha z przedszkola, robi codzienne zakupy. Ale dla mojego kolegi Sajmona to dzień w którym dostanie swoje łóżko na oddziale IB w Otwocku i zacznie swoją przygodę. W piątek pewnie wystraszony z ciężkim sercem poczłapie korytarzami szpitala na blok operacyjny.. tak samo jak ja półroku temu. Bardzo, bardzo mocno będę ściskała za niego kciuki. Obiecał, że jak będzie "po" i gdy tylko będzie już mógł odezwie się i napisze kilka słów. Wszystkim szykującym się do ganza przesyłam ciepłe pozdrowienia i pełne optymizmu uściski!
Raz dwa będzie to za Wami, a później z każdym dniem będzie tylko lepiej i lepiej :-)

foto: net
Wczoraj zrobiłam maraton zakupowy, A raczej bezzakupowy, bo przeszłam całe wielkie Złote Tarasy i nie znalazłam nic co by mnie ujęło. Dodam, że szukałam stroju kąpielowego i sukienki. Typowa baba ;-)
Pierwszy raz od czasu po operacji dosiadłam motor. Piękna sprawa. Lubię to, bardzo. Ale coś się zmieniło. Od momentu kiedy mam już "nowe" biodro, świadomość śrubek bardziej się bałam... Przerażały mnie zakręty na większej prędkości, slalom między samochodami, przepychanie się w korku... Co jest grane? Czułam się jak staruszka która wychodząc z domu ze śmieciami boi się że lada moment może się pośliznąć. Nie było mowy o jeździe na jednym kole - będąc pasażerką kategorycznie zabroniłam Tomkowi tego robić. Czy tak już zostanie? Myślę o strachu. Może jestem już za stara na motor? Może to co przeszłam, zabieg w jakiś sposób ostudził mój zapał?
Przy okazji wczorajszej jazdy rozbiłam swój ulubiony kask. Nie wiem kiedy i jak. Może kiedy motor stał na parkingu z przypiętymi do siedzenia kaskami ktoś o nie zahaczył? Teraz na prawym boku widnieje brzydki ślad z odłupanym lakierem i niebieskimi krechami - skąd te krechy? Kurcze, niestety wyglądają jak lakier samochodowy...
A jak podczas wczorajszego mega maratonu spisało się biodro? Świetnie! Aż sama nie mogłam uwierzyć, że tyle się nałaziłam, jeździłam w niekomfortowej pozycji i chłodny wieczór na motorze a ono nawet nie pisnęło że mu źle ;-) Kochane bioderko. Oby tak dalej :-)
Od rana próbuję się spakować. Wylot coraz bliżej a ja dalej w rozsypce. Znając życie zostawię to na ostatni moment. Przydałby się jeszcze jakiś nowy strój kąpielowy. Eh, zobaczymy. Może jutro uda się coś ustrzelić w sklepach.
Jutro czwartek. Dla jednych zwykły czwartek, dzień w któym idzie się do pracy, odbiera malucha z przedszkola, robi codzienne zakupy. Ale dla mojego kolegi Sajmona to dzień w którym dostanie swoje łóżko na oddziale IB w Otwocku i zacznie swoją przygodę. W piątek pewnie wystraszony z ciężkim sercem poczłapie korytarzami szpitala na blok operacyjny.. tak samo jak ja półroku temu. Bardzo, bardzo mocno będę ściskała za niego kciuki. Obiecał, że jak będzie "po" i gdy tylko będzie już mógł odezwie się i napisze kilka słów. Wszystkim szykującym się do ganza przesyłam ciepłe pozdrowienia i pełne optymizmu uściski!
Raz dwa będzie to za Wami, a później z każdym dniem będzie tylko lepiej i lepiej :-)

foto: net
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
20.IV.2009 Bieganina
/miasto/
Od południa biegam i latam po mieście załatwiając sprawy. Zaczęłam od Zus-u, eh... kolejki, średnio miła pani.. ale załatwiłam co miałam. Korki, kiepski miny ludzi mijanych na ulicy czy w sklepie. Łeh, coraz częściej marzy mi się przeprowadzka do jakiegoś maleńkiego miejsca, miasteczka, w którym nie jest się szarą masą, gdzie człowiek nie czuje się anonimowo. Mogłabym mieszkać na uboczu, a małym domku. Dosyć bloków, spędu ludzi i stukania w ścianę. Hm... czy jest na to szansa? A jeśli tak to kiedy? W mojej branży ciężko realizować się gdziekolwiek indziej niż w stolicy naszego kraju.. no, może zostaje jeszcze Łódź. Pożyjemy zobaczymy :-)
Jeszcze nie do końca ochłonęłam po nartach i pięknej Francji a już przygotowuję się do kolejnego wyjazdu. W sobotę wsiadam w samolot do Marsa el Alam. Czeka mnie tydzień błogiego siedzenia na rafie. Dosłownie :-) Każdego dnia nie zamierzam wynurzać się wcześniej niż na kolację ;-) Jutro wygrzebię z szafy letnie ciuchy, trzeba zrobić remanent, opracować strategię co leci ze mną a co zostaje.
Środa jest dniem zakupów. Najważniejsze będą kremy do opalania z wysokimi filtrami.
Podsumowując ostatnie dni muszę śmiało powiedzieć, że obecnie jestem w swojej najlepszej życiowej formie od dawien dawna. Funkcjonuję jak normalny zdrowy człowiek, robię to na co mam ochotę. Nie martwię się biodrem (ani tym po remoncie ani tym przed). Operowana noga zaczyna boleć dopiero po naprawdę forsownym dniu, np. tak jak dziś, po dużej bieganinie po mieście, urzędach i sklepach zaczeła dawać o sobie znać kiedy wracałam do mieszkania wdrapując się na drugie piętro. Jestem bardzo, bardzo zadowolona. A z drugiej strony świadoma, że to mój ostatni miesiąc takiego komfortu i pociechy ze sprawności. Za 30 dni znowu zaplanujemy z profesorem w Otwocku kolejny remont. Do tego czasu staram się nacieszyć tym co mam. Korzystam z życia i nie odmawiam sobie przyjemności. Zresztą, te przebyte i te niebawem uskuteczniane urlopy mówią same za siebie ;-) Nie próżnuję ;-)

foto: net
Od południa biegam i latam po mieście załatwiając sprawy. Zaczęłam od Zus-u, eh... kolejki, średnio miła pani.. ale załatwiłam co miałam. Korki, kiepski miny ludzi mijanych na ulicy czy w sklepie. Łeh, coraz częściej marzy mi się przeprowadzka do jakiegoś maleńkiego miejsca, miasteczka, w którym nie jest się szarą masą, gdzie człowiek nie czuje się anonimowo. Mogłabym mieszkać na uboczu, a małym domku. Dosyć bloków, spędu ludzi i stukania w ścianę. Hm... czy jest na to szansa? A jeśli tak to kiedy? W mojej branży ciężko realizować się gdziekolwiek indziej niż w stolicy naszego kraju.. no, może zostaje jeszcze Łódź. Pożyjemy zobaczymy :-)
Jeszcze nie do końca ochłonęłam po nartach i pięknej Francji a już przygotowuję się do kolejnego wyjazdu. W sobotę wsiadam w samolot do Marsa el Alam. Czeka mnie tydzień błogiego siedzenia na rafie. Dosłownie :-) Każdego dnia nie zamierzam wynurzać się wcześniej niż na kolację ;-) Jutro wygrzebię z szafy letnie ciuchy, trzeba zrobić remanent, opracować strategię co leci ze mną a co zostaje.
Środa jest dniem zakupów. Najważniejsze będą kremy do opalania z wysokimi filtrami.
Podsumowując ostatnie dni muszę śmiało powiedzieć, że obecnie jestem w swojej najlepszej życiowej formie od dawien dawna. Funkcjonuję jak normalny zdrowy człowiek, robię to na co mam ochotę. Nie martwię się biodrem (ani tym po remoncie ani tym przed). Operowana noga zaczyna boleć dopiero po naprawdę forsownym dniu, np. tak jak dziś, po dużej bieganinie po mieście, urzędach i sklepach zaczeła dawać o sobie znać kiedy wracałam do mieszkania wdrapując się na drugie piętro. Jestem bardzo, bardzo zadowolona. A z drugiej strony świadoma, że to mój ostatni miesiąc takiego komfortu i pociechy ze sprawności. Za 30 dni znowu zaplanujemy z profesorem w Otwocku kolejny remont. Do tego czasu staram się nacieszyć tym co mam. Korzystam z życia i nie odmawiam sobie przyjemności. Zresztą, te przebyte i te niebawem uskuteczniane urlopy mówią same za siebie ;-) Nie próżnuję ;-)

foto: net
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
13.IV.2009 Leniwie
/dom rodzinny/
Leniwie, a nawet bardzo leniwie ;-) spędzamy Święta. Piękna pogoda i przyjemne słońce zwalnia codzienny rytm i włącza błogie spowolnienie. Ja i Monti cieszymy się wiosną. Z aparatem w ręku badamy każdy rozkwitający się kwiatek. Gołym okiem widać jak z każdym dniem rozwijają się liście na brzozie - brzozie, która ma dokładnie tyle samo lat co ja. W dniu moich narodzin, tata posadził ją tuż koło domu. Dziś jest ogromna a jej rozłożyste gałęzie dają cień i schronienie szpakom, które na niej mieszkają. Lubię słuchać jak szumi na lekkim wietrze. Nie mogę się doczekać, kiedy zupełnie zazieleni się i wybuchnie tysiącem żywozielonych listeczków. Wszędzie dookoła słychać niewyobrażalne trele, serenady i pokrzykiwania przeróżnych ptaków, które zamieszakły okoliczne domki. W sumie na każdym drzewie mieszka jakaś rodzinka. Monti czujnym okiem dogląda wszystkiego z tarasu albo z ulubionego pnia po wierzbie płaczącej. Przegania wróble, pilnuje czy nie zakrada się na jego teren złośliwe kocisko, wypatruje swoich kumpli psiaków. Pewnie niebawem, po obiedzie pójdziemy na dłuższy spacer, zobaczymy "co w trawie piszczy" za rogiem.
Moje wyremontowane biodro po narciarskich przygodach już się wyciszyło i zupełnie nie daje o sobie znać. Pewnie świętuje, jak ja :-) Od jutra wracam do codziennych ćwiczeń, basenu a także rozpoczynam trening lewej nogi - zaczynamy przygotowania do zabiegu. W sumie za miesiąc z małym hakiem znów zawitam w Otwocku... Ale póki co mam jeszcze duuużo do zrobienia oraz mały, przyjemny i bardzo ciepły urlopik przed sobą ;-)













Fotos by Katja
Leniwie, a nawet bardzo leniwie ;-) spędzamy Święta. Piękna pogoda i przyjemne słońce zwalnia codzienny rytm i włącza błogie spowolnienie. Ja i Monti cieszymy się wiosną. Z aparatem w ręku badamy każdy rozkwitający się kwiatek. Gołym okiem widać jak z każdym dniem rozwijają się liście na brzozie - brzozie, która ma dokładnie tyle samo lat co ja. W dniu moich narodzin, tata posadził ją tuż koło domu. Dziś jest ogromna a jej rozłożyste gałęzie dają cień i schronienie szpakom, które na niej mieszkają. Lubię słuchać jak szumi na lekkim wietrze. Nie mogę się doczekać, kiedy zupełnie zazieleni się i wybuchnie tysiącem żywozielonych listeczków. Wszędzie dookoła słychać niewyobrażalne trele, serenady i pokrzykiwania przeróżnych ptaków, które zamieszakły okoliczne domki. W sumie na każdym drzewie mieszka jakaś rodzinka. Monti czujnym okiem dogląda wszystkiego z tarasu albo z ulubionego pnia po wierzbie płaczącej. Przegania wróble, pilnuje czy nie zakrada się na jego teren złośliwe kocisko, wypatruje swoich kumpli psiaków. Pewnie niebawem, po obiedzie pójdziemy na dłuższy spacer, zobaczymy "co w trawie piszczy" za rogiem.
Moje wyremontowane biodro po narciarskich przygodach już się wyciszyło i zupełnie nie daje o sobie znać. Pewnie świętuje, jak ja :-) Od jutra wracam do codziennych ćwiczeń, basenu a także rozpoczynam trening lewej nogi - zaczynamy przygotowania do zabiegu. W sumie za miesiąc z małym hakiem znów zawitam w Otwocku... Ale póki co mam jeszcze duuużo do zrobienia oraz mały, przyjemny i bardzo ciepły urlopik przed sobą ;-)
Fotos by Katja
niedziela, 5 kwietnia 2009
05.IV.2009 Wróciłam
/mieszkanie/
09.50
Wysiadłam z samochodu jakieś 1,5 godz temu. "Połamana", zmęczona, śpiąca, obolała. Ale zadowolona :-) Hm.. co to powiedzieć w dwóch krótkich słowach? (na cztery już nie mam siły ;-) ) Po pierwsze chyba to, że francuskie Alpy są piękniejsze od dobrze mi znanych włoskich i austriackich (przynajmniej na gorąco tak myślę). Druga rzecz to nasza podróż "tam" była istnym koszmarem, co na pewno opiszę w najbliższym poście. Po trzecie - wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie, wyszaleliśmy się i najeździliśmy w pięknej scenerii bardzo zaśnieżonych i słonecznych gór. Po czwarte - trzeba podsumować biodro. To także szczegółowo zrobię w następnym poście (teraz, po 22 godzinach spędzonych w samochodzie, marzę o prysznicu i odżywczym śnie we własnym łóżku). W każdym razie operowane biodro całkiem zgrabnie zniosło wycisk jaki dostało na stokach. Natomiast dużo gorzej strawiło ciasnotę i tę samą pozycję podczas męczącej i szalenie długiej jazdy samochodem.
Na dziś tyle. Więcej nic nie powiem bo głowa nie pracuje tak jak powinna.
W kolejnych postach na pewno będę zanudzać ogromem zdjęć alpejskich, dlatego w tym poście nie zamieszczam ani jednego :-)
Dobranoc, pchły na noc.
09.50
Wysiadłam z samochodu jakieś 1,5 godz temu. "Połamana", zmęczona, śpiąca, obolała. Ale zadowolona :-) Hm.. co to powiedzieć w dwóch krótkich słowach? (na cztery już nie mam siły ;-) ) Po pierwsze chyba to, że francuskie Alpy są piękniejsze od dobrze mi znanych włoskich i austriackich (przynajmniej na gorąco tak myślę). Druga rzecz to nasza podróż "tam" była istnym koszmarem, co na pewno opiszę w najbliższym poście. Po trzecie - wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie, wyszaleliśmy się i najeździliśmy w pięknej scenerii bardzo zaśnieżonych i słonecznych gór. Po czwarte - trzeba podsumować biodro. To także szczegółowo zrobię w następnym poście (teraz, po 22 godzinach spędzonych w samochodzie, marzę o prysznicu i odżywczym śnie we własnym łóżku). W każdym razie operowane biodro całkiem zgrabnie zniosło wycisk jaki dostało na stokach. Natomiast dużo gorzej strawiło ciasnotę i tę samą pozycję podczas męczącej i szalenie długiej jazdy samochodem.
Na dziś tyle. Więcej nic nie powiem bo głowa nie pracuje tak jak powinna.
W kolejnych postach na pewno będę zanudzać ogromem zdjęć alpejskich, dlatego w tym poście nie zamieszczam ani jednego :-)
Dobranoc, pchły na noc.
poniedziałek, 9 marca 2009
09.III.2009 To był weekend!
/mieszkanie/
Dziś już spokojnie leniuchuję na kanapie przy dobrej muzyce. W nocy wróciliśmy z wojaży i narciarskich wypraw. Było naprawdę pięknie i wesoło.
Piątek spędziliśmy w Istebnej, sobotę z powodu kiepskiej pogody wypoczywaliśmy w domu rodziców a w niedzielę znów wyruszyliśmy na stok. Tym razem do Wisły. Pogada marzenie! Słoneczko, mnóstwo świeżego śniegu, super humory, wspaniale przytulne góralskie knajpeczki :-) Tym razem postawiliśmy na nieco trudniejszy stok. Biodro pokazało klasę i nawet nie mruknęło. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. To był naprawdę udany i pełen wrażeń weekend. Weekend, w którym zrobiłam chyba krok do przodu ;-)








foto by Katja&Tom III.2009.
Dziś już spokojnie leniuchuję na kanapie przy dobrej muzyce. W nocy wróciliśmy z wojaży i narciarskich wypraw. Było naprawdę pięknie i wesoło.
Piątek spędziliśmy w Istebnej, sobotę z powodu kiepskiej pogody wypoczywaliśmy w domu rodziców a w niedzielę znów wyruszyliśmy na stok. Tym razem do Wisły. Pogada marzenie! Słoneczko, mnóstwo świeżego śniegu, super humory, wspaniale przytulne góralskie knajpeczki :-) Tym razem postawiliśmy na nieco trudniejszy stok. Biodro pokazało klasę i nawet nie mruknęło. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. To był naprawdę udany i pełen wrażeń weekend. Weekend, w którym zrobiłam chyba krok do przodu ;-)








foto by Katja&Tom III.2009.
wtorek, 27 stycznia 2009
27.I.2009. Czas, czas...
/mieszkanie/
Czas tak szybko upływa, że często trudno mi zrozumieć jak to możliwe, że jeszcze "wczoraj" były Święta, choinka i cały towarzyszący temu nastrój. Jak to możliwe, że zaledwie chwile temu zbierałam jesienne kasztany i karmiłam w parku wygłodniałe wiewiórki. Nie zdążyłam nacieszyć się jeszcze zima i śniegiem (lubię tą porę roku) a co niektórzy już mówią o wiośnie. Czas biegnie w szalonym tempie. Żeby to tempo przekładało się na moje oszałamiające wyniki - tak, to byłoby świetne! Niedługo miną 4 miesiące od operacji.. Zaczynam podsumowywać zyski i straty ;-) Rozważać, czy robiłam wszytko co w swojej mocy by jak najszybciej stanąć do pionu, zacząć poprawnie chodzić i cieszyć się "nowym biodrem". Czasem wiem, że nie dawałam z siebie tyle ile bym mogła.. Wiem, że dałoby się wycisnąć jeszcze więcej, więcej ćwiczeń, więcej powtórzeń.. Ale czy to przełożyłoby się na efekt szybszego poprawnego chodzenia bez bólu? Są przecież rzeczy, na które nie mamy wpływu, rzeczy, które biegną swoim własnym torem i nie da się ich "popchnąć do przodu", przyspieszyć. Taką rzeczą jest na pewno zrost kości. Żadne ćwiczenia nie mają na to wpływu. Czas, czas... jedynie czas tutaj rządzi.
Biodro spisuje się naprawdę dobrze. Operowana noga wizualnie jest już prawie taka sama jak druga noga. Jedynie wprawne oko fachowca (które wie gdzie spojrzeć) dostrzeże nieznaczny jeszcze ubytek masy mięśniowej, ciut mniejszy obwód nogi). Jest też duża poprawa w zakresie ruchu + ewidentnie lepsza możliwość ruchowa - tzn. potrafię wykonywać już takie ruchy, które do niedawna były nieosiągalne. Nie tylko z racji przebytego zabiegu, ale z racji wieloletnich nawyków w chodzeniu, poruszaniu się spowodowanych dysplazją bioder. Moja miednica, kolana, stopy, kręgosłup przez szereg lat, alby ulżyć sobie w bólu oraz wykonać pewne ruchy,. które z racji wady były utrudnione, tak sprytnie utorowały sobie drogę, że nauczyły się oszukiwać i poprzez inne, nieprawidłowe często wzorce ruchowe dopinały swego celu. W taki sposób żyłam. W taki chodziłam, biegałam, jeździłam na nartach. Bo przed operacją potrafiłam przecież robić praktycznie wszystko, jednak wiele z ruchów odbiegały od ideału, od wzorców, od ruchu w pełni zdrowego człowieka. Nie znaczy, że poruszając się wyglądałam jak kosmita, wręcz przeciwnie. Mój organizm "cudownie" skompensował sobie pewne ruchy, wymyślił sobie jak robić "to samo" ale łatwiej dla siebie :-) Tym samym omijał ból i niewygodne dla niego pozycje wykonując takie jakie były dla niego wygodne. To pozwalało mi na całkiem normalne funkcjonowanie z duża wadą bioder przez szereg lat. Ale z drugiej strony - to zupełnie nieświadome działanie i niezamierzone oszustwa nawarstwiły złe nawyki, i fatalne w skutkach przyzwyczajenia, które teraz szalenie trudno wykorzenić. Opanowanie prawidłowego wzorca chodu to jak uczenie się chodzenia od początku. Fakt, że jest już naprawdę dobrze. Czuję już w czym tkwi szkopuł. Potrafię to kontrolować. Ale czy kiedykolwiek uda mi się poprawnie układać podczas ruchu stopę - nie mam pojęcia. To naprawdę trudne. Ale walczę o duża stawkę. Jeśli będę się prawidłowo poruszać, to nei tylko będę z siebie dumna i zadowolona z ładnej postawy i wyglądu, ale również "kupię" sobie więcej zdrowia. Jak? Dzięki prawidłowej postawie i mechanice chodu nie będę pogłębiać wad, podziękuje mi za to prosty i mocny kręgosłup, zdrowe bez zwyrodnień kolana, długo i dobrze służące stopy. Bo przecież to wszystko to jedna wielka maszyna, która aby była zdrowa cała musi ze sobą współgrać, każdy trybik tej maszyny musi być dobrze naoliwiony i odpowiednio konserwowany. Także walczę. Co dzień toczę sama z sobą pojedynek. Ze swoimi słabościami, lenistwem, ułomnościami...
Na razie potrafię przejść ładnie i samodzielnie 200 metrów. Po tym dystansie zaczyna mocno dawać znać o sobie ból biodra. 200 metrów - to niby bardzo mało. Ale z drugiej strony to już jednak coś. Kiedyś przed operacją, kiedy miałam gorszy dzień to i 200 metrów było problemem. Pokonywałam je byle jak, byle przejść, bez zwracania uwagi na estetykę chodu. Teraz albo idę ładnie samodzielnie, albo nie idę w ogóle samodzielnie (nadal wspomagając się kulami). Mimo, że to szalenie wkurza, wiem, że dobrze robię. Czas płynie szalenie szybko... ale z perspektywy osiągania 200% sprawności wydaje się że wlecze się nieubłaganie. Bo tak jak każdy chciałabym już fruwać! Biegać, skakać, chodzić elegancko jak modelka :-) A tu wciąż jest bariera, wciąż mięśnie po określonej dawce treningu i spaceru bólem dają znać, że jeszcze nie są w takiej formie jak powinny.
Cierpliwości, cierpliwości i wytrwałości w zamierzeniach - tego sobie życzę.

foto: net
Czas tak szybko upływa, że często trudno mi zrozumieć jak to możliwe, że jeszcze "wczoraj" były Święta, choinka i cały towarzyszący temu nastrój. Jak to możliwe, że zaledwie chwile temu zbierałam jesienne kasztany i karmiłam w parku wygłodniałe wiewiórki. Nie zdążyłam nacieszyć się jeszcze zima i śniegiem (lubię tą porę roku) a co niektórzy już mówią o wiośnie. Czas biegnie w szalonym tempie. Żeby to tempo przekładało się na moje oszałamiające wyniki - tak, to byłoby świetne! Niedługo miną 4 miesiące od operacji.. Zaczynam podsumowywać zyski i straty ;-) Rozważać, czy robiłam wszytko co w swojej mocy by jak najszybciej stanąć do pionu, zacząć poprawnie chodzić i cieszyć się "nowym biodrem". Czasem wiem, że nie dawałam z siebie tyle ile bym mogła.. Wiem, że dałoby się wycisnąć jeszcze więcej, więcej ćwiczeń, więcej powtórzeń.. Ale czy to przełożyłoby się na efekt szybszego poprawnego chodzenia bez bólu? Są przecież rzeczy, na które nie mamy wpływu, rzeczy, które biegną swoim własnym torem i nie da się ich "popchnąć do przodu", przyspieszyć. Taką rzeczą jest na pewno zrost kości. Żadne ćwiczenia nie mają na to wpływu. Czas, czas... jedynie czas tutaj rządzi.
Biodro spisuje się naprawdę dobrze. Operowana noga wizualnie jest już prawie taka sama jak druga noga. Jedynie wprawne oko fachowca (które wie gdzie spojrzeć) dostrzeże nieznaczny jeszcze ubytek masy mięśniowej, ciut mniejszy obwód nogi). Jest też duża poprawa w zakresie ruchu + ewidentnie lepsza możliwość ruchowa - tzn. potrafię wykonywać już takie ruchy, które do niedawna były nieosiągalne. Nie tylko z racji przebytego zabiegu, ale z racji wieloletnich nawyków w chodzeniu, poruszaniu się spowodowanych dysplazją bioder. Moja miednica, kolana, stopy, kręgosłup przez szereg lat, alby ulżyć sobie w bólu oraz wykonać pewne ruchy,. które z racji wady były utrudnione, tak sprytnie utorowały sobie drogę, że nauczyły się oszukiwać i poprzez inne, nieprawidłowe często wzorce ruchowe dopinały swego celu. W taki sposób żyłam. W taki chodziłam, biegałam, jeździłam na nartach. Bo przed operacją potrafiłam przecież robić praktycznie wszystko, jednak wiele z ruchów odbiegały od ideału, od wzorców, od ruchu w pełni zdrowego człowieka. Nie znaczy, że poruszając się wyglądałam jak kosmita, wręcz przeciwnie. Mój organizm "cudownie" skompensował sobie pewne ruchy, wymyślił sobie jak robić "to samo" ale łatwiej dla siebie :-) Tym samym omijał ból i niewygodne dla niego pozycje wykonując takie jakie były dla niego wygodne. To pozwalało mi na całkiem normalne funkcjonowanie z duża wadą bioder przez szereg lat. Ale z drugiej strony - to zupełnie nieświadome działanie i niezamierzone oszustwa nawarstwiły złe nawyki, i fatalne w skutkach przyzwyczajenia, które teraz szalenie trudno wykorzenić. Opanowanie prawidłowego wzorca chodu to jak uczenie się chodzenia od początku. Fakt, że jest już naprawdę dobrze. Czuję już w czym tkwi szkopuł. Potrafię to kontrolować. Ale czy kiedykolwiek uda mi się poprawnie układać podczas ruchu stopę - nie mam pojęcia. To naprawdę trudne. Ale walczę o duża stawkę. Jeśli będę się prawidłowo poruszać, to nei tylko będę z siebie dumna i zadowolona z ładnej postawy i wyglądu, ale również "kupię" sobie więcej zdrowia. Jak? Dzięki prawidłowej postawie i mechanice chodu nie będę pogłębiać wad, podziękuje mi za to prosty i mocny kręgosłup, zdrowe bez zwyrodnień kolana, długo i dobrze służące stopy. Bo przecież to wszystko to jedna wielka maszyna, która aby była zdrowa cała musi ze sobą współgrać, każdy trybik tej maszyny musi być dobrze naoliwiony i odpowiednio konserwowany. Także walczę. Co dzień toczę sama z sobą pojedynek. Ze swoimi słabościami, lenistwem, ułomnościami...
Na razie potrafię przejść ładnie i samodzielnie 200 metrów. Po tym dystansie zaczyna mocno dawać znać o sobie ból biodra. 200 metrów - to niby bardzo mało. Ale z drugiej strony to już jednak coś. Kiedyś przed operacją, kiedy miałam gorszy dzień to i 200 metrów było problemem. Pokonywałam je byle jak, byle przejść, bez zwracania uwagi na estetykę chodu. Teraz albo idę ładnie samodzielnie, albo nie idę w ogóle samodzielnie (nadal wspomagając się kulami). Mimo, że to szalenie wkurza, wiem, że dobrze robię. Czas płynie szalenie szybko... ale z perspektywy osiągania 200% sprawności wydaje się że wlecze się nieubłaganie. Bo tak jak każdy chciałabym już fruwać! Biegać, skakać, chodzić elegancko jak modelka :-) A tu wciąż jest bariera, wciąż mięśnie po określonej dawce treningu i spaceru bólem dają znać, że jeszcze nie są w takiej formie jak powinny.
Cierpliwości, cierpliwości i wytrwałości w zamierzeniach - tego sobie życzę.

foto: net
piątek, 23 stycznia 2009
23.I.2009. Palcem po.. Google Earth
/mieszkanie/
Cały dzień spędziłam na rafie. Dosłownie cały. Aż mój laptop dostał zadyszki ;-) Sprawdziłam doskonałe zakątki Egiptu w których jeszcze nie byłam. Znalazłam! Znalazłam miejsce kolejnego wyjazdu :-) Jest strzałem w dziesiątkę. Tym razem ponurkujemy z żółwiami morskimi i dugongami. A co to dugong?
Proszę bardzo, dugong we własnej osobie:




fotos: net
Prawda, że niesamowite? Równie piękne i przyjazne są żółwie morskie. Jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo w ich naturalnym środowisku. To będzie fantastyczna okazja.



fotos: net
W przerwach między wirtualnym snurkowaniem zasuwałam z ćwiczeniami. Ostatnio doszło mi kolejne nowe ćwiczenie. Sąsiedzi, którzy w ciągu dnia z okien na przeciwko podglądają co robię ;-) z pewnością są rozkojarzeni. Mają żywy obraz maniaczki uprawiającego coś, co do złudzenia przypomina narciarstwo biegowe.. tyle, że zamiast nart pod stopami mam kawałki szmatek. Ćwiczenie pozornie jest banalnie proste, ale i męczące. Biodro - oba biodra - silnia pracują. Ważny jest sposób wykonania ćwiczenia i zaangażowanie górnych partii ciała wraz z brzuchem. (Na początku, na rehabilitacji moje próby poprawnego wykonania ćwiczenia były makabrycznie śmieszne). W pokoju na baczność pod ścianą stoją moje nowe narty. Są motorem, napędzaczem do pracy. Wiadomo, że nie zawsze człowiekowi chce się "ruszyć palcem" jeśli nie musi. A tym bardziej czterema literami i całą resztą po kilka razy dziennie. Dlatego porządny motor jest nieodzowny.
Poważnie zaczynam też myśleć o częstszym bywaniu na basenie. Wiadomo, pływanie czy też zwykłe pluskanie się w wodzie niesie za sobą pozytywne aspekty :-) Ale tak naprawdę basen zaczął chodzić mi po głowie szczególnie pod kątem treningu płuc. No, bo żeby dogonić dugonga w wodzie i nacieszyć się jego widokiem muszę zwiększyć wydolność płuc. Koniecznie.
I dwa słowa o kaszlu. Uparciuch towarzyszy mi nadal. Ale czuję się już o niebo lepiej. Praktycznie odzyskałam już siły i przestałam zamartwiać, że to "coś" może mieć związek z zapaleniem oskrzeli czy płuc. Naturalnie nadal poję się syropami i opycham tabletkami ;-)
Cały dzień spędziłam na rafie. Dosłownie cały. Aż mój laptop dostał zadyszki ;-) Sprawdziłam doskonałe zakątki Egiptu w których jeszcze nie byłam. Znalazłam! Znalazłam miejsce kolejnego wyjazdu :-) Jest strzałem w dziesiątkę. Tym razem ponurkujemy z żółwiami morskimi i dugongami. A co to dugong?
Proszę bardzo, dugong we własnej osobie:




fotos: net
Prawda, że niesamowite? Równie piękne i przyjazne są żółwie morskie. Jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo w ich naturalnym środowisku. To będzie fantastyczna okazja.



fotos: net
W przerwach między wirtualnym snurkowaniem zasuwałam z ćwiczeniami. Ostatnio doszło mi kolejne nowe ćwiczenie. Sąsiedzi, którzy w ciągu dnia z okien na przeciwko podglądają co robię ;-) z pewnością są rozkojarzeni. Mają żywy obraz maniaczki uprawiającego coś, co do złudzenia przypomina narciarstwo biegowe.. tyle, że zamiast nart pod stopami mam kawałki szmatek. Ćwiczenie pozornie jest banalnie proste, ale i męczące. Biodro - oba biodra - silnia pracują. Ważny jest sposób wykonania ćwiczenia i zaangażowanie górnych partii ciała wraz z brzuchem. (Na początku, na rehabilitacji moje próby poprawnego wykonania ćwiczenia były makabrycznie śmieszne). W pokoju na baczność pod ścianą stoją moje nowe narty. Są motorem, napędzaczem do pracy. Wiadomo, że nie zawsze człowiekowi chce się "ruszyć palcem" jeśli nie musi. A tym bardziej czterema literami i całą resztą po kilka razy dziennie. Dlatego porządny motor jest nieodzowny.
Poważnie zaczynam też myśleć o częstszym bywaniu na basenie. Wiadomo, pływanie czy też zwykłe pluskanie się w wodzie niesie za sobą pozytywne aspekty :-) Ale tak naprawdę basen zaczął chodzić mi po głowie szczególnie pod kątem treningu płuc. No, bo żeby dogonić dugonga w wodzie i nacieszyć się jego widokiem muszę zwiększyć wydolność płuc. Koniecznie.
I dwa słowa o kaszlu. Uparciuch towarzyszy mi nadal. Ale czuję się już o niebo lepiej. Praktycznie odzyskałam już siły i przestałam zamartwiać, że to "coś" może mieć związek z zapaleniem oskrzeli czy płuc. Naturalnie nadal poję się syropami i opycham tabletkami ;-)
środa, 7 stycznia 2009
07.I.2009. 3 miesiące po ganzu
/przychodnia/
W poczekalni tłumy, jak zawsze. Jest taki jeden wesolutki, śmieszny chłopczyk. Żartuje i wygłupia się z zupełnie nieznaną sobie panią, która też czeka. Ma jakiś 5 lat. Odważny i rezolutny. Ja czekam, on wchodzi pierwszy. Po dłuższej chwili słychać buńczuczne okrzyki zza drzwi i alarm: "Ja nie chce tych butów! Ja nie chce tych butów!!". Biedaczysko. Butów nie chciał nawet po wyjściu od profesora. Na korytarzu krzyczał w niebo głosy. Takie małe gardło a dało taki koncert, że aż włosy stawały dęba. Widać nie podobały mu się buty ;-) Albo przemakały mu - tak jak moje wysłużone buciory ;-) Po jakiś 15 minutach przyszła moja kolej. Profesor jak zawsze pełen wigoru, tryskający energią i optymizmem :-) Ile razy go widzę, tyle razy nie mogę się nadziwić. Przy okazji kontroli dowiedziałam się, że powiększyło się grono czytelników mojego bloga ;-) Pozdrowienia dla czytających!
Obejrzał najnowsze fotki biodra. Potem zrobił USG. Powiedział, że wszystko już się zrosło i jest w porządku. Nawet ja zauważyłam różnice między zdjęciem z listopada a tym najnowszym. Świetnie :-) Przemaszerowałam przez gabinet. Uśmiech na ustach profesora: "Super!". I ja się cieszyłam. Minęły równe 3 miesiące od pamiętnego dnia operacji prawego biodra. Wszystko biegnie pozytywnym torem.
Niestety dokładnie omówiliśmy też kwestię drugiego biodra... jednak także trzeba je ciąć. Miałam cień nadziei, że jednak nie... Myślałam: nie boli mnie w zasadzie nigdy, więc chyba nie trzeba, może wytrzyma i nie będzie mi dokuczać?. Ale trzeba. I to szybko. Zwlekanie doprowadzi do takiej sytuacji jak było z prawym biodrem- było już na tyle "zmęczone", że jeszcze chwilka a na osteotomię byłoby za późno. Zwlekając czekałaby mnie pewnie endoproteza albo kapoplastyka. Hm... jak trzeba to trzeba :-( Początkowo profesor zaproponował termin marcowy, ale przecież ja mam na marzec duuuuuże plany. Przełom marca i kwietnia to francuskie Alpy i tydzień szaleństwa na nartach, a przełom kwietnia i maja to też szaleństwo, tyle że pod woda Morza Czerwonego :-) Tak więc padło na maj.. piękny miesiąc.. Maj to miesiąc moich urodzin.. miesiąc urodzin mojego Tomasza... miesiąc naszej pierwszej randki... 5,5 roku temu... Piękny miesiąc... Wypada głęboko westchnąć i pomyśleć, że od tego roku miesiąc maj dodatkowo będzie kojarzył się z czymś jeszcze - kolejnym remontem, zabiegiem, dzięki któremu mam nadzieję już do końca życia pozbyć się problemu chorych bioder. Problemu, który czasem spędzał sen z powiek, nie tylko mi, ale też na pewno moim rodzicom i najbliższym. Muszę wziąć to za dobrą monetę. Przestać myśleć kategoriami, że TEN maj będzie smutny i bolesny. Inaczej: TEN maj przyniesie pozytywną zmianę, która odbije się wielkim echem na całym moim życiu. I tak trzymaj... powtarzam sobie w myślach.. tak trzymaj!
Po kontroli w przychodni pojechaliśmy na zakupy. Profesor mówił, że czas przymierzyć obcasy ;-) A w sklepach noworoczne przeceny. Obcasów nie kupiłam (już od 2 lat nie wiem co to buty na obcasie, ale spokojnie, wszystko z czasem :-) ). Usilnie szukałam za to zimowych butów salomona, które sobie ubzdurałam. Mmmm... ciepluchne, z antypoślizgową podeszwą. Znając życie, pewnie jak większość rzeczy kupię je w necie. Chodzenie po jednym z największych warszawskich sklepowych molochów dało mi w kość. Dosłownie... Naturalnie dało, bo tak jak sobie obiecałam, od 7 stycznia kule poszły w kąt, a dokładniej leżały na tylnym siedzeniu samochodu. Nie jestem z siebie zadowolona. Profesor był, ale ja nie jestem :-( Po 3 miesiącach od operacji byłam pewna, że będę już latać! A tymczasem przy chodzeniu jednak boli.. Dziś zaczęło się po przejściu jakiś 400 metrów. I to w całej linii - kręgosłup, biodro, kolano... Naprawdę wierzyłam, że będę silniejsza, ufałam, że po 3 miesiącach będę już "normalna". Przede mną wciąż jeszcze sporo pracy. A tak, tak, wiem, jutro czeka mnie lanie na rehabilitacji. Pan Piotr pewnie powie, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Ale gdyby wiedział jak bardzo nienawidzę już tych kul! Przez nie jestem jak jedna wielka niezgrabna klucha! A przy okazji mojego rehabilitanta - kochany Pan Piotr mimo swojej choroby postanowił specjalnie dla mnie przyjechać jutro do ośrodka na zajęcia. Aż serce rośnie. Mam nadzieję, że nie pogorszy to jego samopoczucia i nie rozchoruje się przeze mnie na dobre.
Późno już, po północy. Mój Tomek w garażu ;-) Ja pod kocem z laptopem na kolanach. Czas iść spać. Jutro rehabilitacja a potem fura gości w domu, miłych gości :-) Cieszę się. Dobranoc.
PS. Jutro krótko opiszę jak wygląda wyciąganie śrubek - niektórzy mnie o to pytali :-)

foto by net
W poczekalni tłumy, jak zawsze. Jest taki jeden wesolutki, śmieszny chłopczyk. Żartuje i wygłupia się z zupełnie nieznaną sobie panią, która też czeka. Ma jakiś 5 lat. Odważny i rezolutny. Ja czekam, on wchodzi pierwszy. Po dłuższej chwili słychać buńczuczne okrzyki zza drzwi i alarm: "Ja nie chce tych butów! Ja nie chce tych butów!!". Biedaczysko. Butów nie chciał nawet po wyjściu od profesora. Na korytarzu krzyczał w niebo głosy. Takie małe gardło a dało taki koncert, że aż włosy stawały dęba. Widać nie podobały mu się buty ;-) Albo przemakały mu - tak jak moje wysłużone buciory ;-) Po jakiś 15 minutach przyszła moja kolej. Profesor jak zawsze pełen wigoru, tryskający energią i optymizmem :-) Ile razy go widzę, tyle razy nie mogę się nadziwić. Przy okazji kontroli dowiedziałam się, że powiększyło się grono czytelników mojego bloga ;-) Pozdrowienia dla czytających!
Obejrzał najnowsze fotki biodra. Potem zrobił USG. Powiedział, że wszystko już się zrosło i jest w porządku. Nawet ja zauważyłam różnice między zdjęciem z listopada a tym najnowszym. Świetnie :-) Przemaszerowałam przez gabinet. Uśmiech na ustach profesora: "Super!". I ja się cieszyłam. Minęły równe 3 miesiące od pamiętnego dnia operacji prawego biodra. Wszystko biegnie pozytywnym torem.
Niestety dokładnie omówiliśmy też kwestię drugiego biodra... jednak także trzeba je ciąć. Miałam cień nadziei, że jednak nie... Myślałam: nie boli mnie w zasadzie nigdy, więc chyba nie trzeba, może wytrzyma i nie będzie mi dokuczać?. Ale trzeba. I to szybko. Zwlekanie doprowadzi do takiej sytuacji jak było z prawym biodrem- było już na tyle "zmęczone", że jeszcze chwilka a na osteotomię byłoby za późno. Zwlekając czekałaby mnie pewnie endoproteza albo kapoplastyka. Hm... jak trzeba to trzeba :-( Początkowo profesor zaproponował termin marcowy, ale przecież ja mam na marzec duuuuuże plany. Przełom marca i kwietnia to francuskie Alpy i tydzień szaleństwa na nartach, a przełom kwietnia i maja to też szaleństwo, tyle że pod woda Morza Czerwonego :-) Tak więc padło na maj.. piękny miesiąc.. Maj to miesiąc moich urodzin.. miesiąc urodzin mojego Tomasza... miesiąc naszej pierwszej randki... 5,5 roku temu... Piękny miesiąc... Wypada głęboko westchnąć i pomyśleć, że od tego roku miesiąc maj dodatkowo będzie kojarzył się z czymś jeszcze - kolejnym remontem, zabiegiem, dzięki któremu mam nadzieję już do końca życia pozbyć się problemu chorych bioder. Problemu, który czasem spędzał sen z powiek, nie tylko mi, ale też na pewno moim rodzicom i najbliższym. Muszę wziąć to za dobrą monetę. Przestać myśleć kategoriami, że TEN maj będzie smutny i bolesny. Inaczej: TEN maj przyniesie pozytywną zmianę, która odbije się wielkim echem na całym moim życiu. I tak trzymaj... powtarzam sobie w myślach.. tak trzymaj!
Po kontroli w przychodni pojechaliśmy na zakupy. Profesor mówił, że czas przymierzyć obcasy ;-) A w sklepach noworoczne przeceny. Obcasów nie kupiłam (już od 2 lat nie wiem co to buty na obcasie, ale spokojnie, wszystko z czasem :-) ). Usilnie szukałam za to zimowych butów salomona, które sobie ubzdurałam. Mmmm... ciepluchne, z antypoślizgową podeszwą. Znając życie, pewnie jak większość rzeczy kupię je w necie. Chodzenie po jednym z największych warszawskich sklepowych molochów dało mi w kość. Dosłownie... Naturalnie dało, bo tak jak sobie obiecałam, od 7 stycznia kule poszły w kąt, a dokładniej leżały na tylnym siedzeniu samochodu. Nie jestem z siebie zadowolona. Profesor był, ale ja nie jestem :-( Po 3 miesiącach od operacji byłam pewna, że będę już latać! A tymczasem przy chodzeniu jednak boli.. Dziś zaczęło się po przejściu jakiś 400 metrów. I to w całej linii - kręgosłup, biodro, kolano... Naprawdę wierzyłam, że będę silniejsza, ufałam, że po 3 miesiącach będę już "normalna". Przede mną wciąż jeszcze sporo pracy. A tak, tak, wiem, jutro czeka mnie lanie na rehabilitacji. Pan Piotr pewnie powie, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Ale gdyby wiedział jak bardzo nienawidzę już tych kul! Przez nie jestem jak jedna wielka niezgrabna klucha! A przy okazji mojego rehabilitanta - kochany Pan Piotr mimo swojej choroby postanowił specjalnie dla mnie przyjechać jutro do ośrodka na zajęcia. Aż serce rośnie. Mam nadzieję, że nie pogorszy to jego samopoczucia i nie rozchoruje się przeze mnie na dobre.
Późno już, po północy. Mój Tomek w garażu ;-) Ja pod kocem z laptopem na kolanach. Czas iść spać. Jutro rehabilitacja a potem fura gości w domu, miłych gości :-) Cieszę się. Dobranoc.
PS. Jutro krótko opiszę jak wygląda wyciąganie śrubek - niektórzy mnie o to pytali :-)

foto by net
Subskrybuj:
Posty (Atom)

