Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profesor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profesor. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2009

13.V.2009 Klamka zapadła - 25 maja pod nóż

/mieszkanie/

Wątpliwości, zmartwienia, niewiadome - dziś wszystko ułożyło się w jedną całość i zabrzmiało jednoznacznie: trzeba operować. Z jednej strony byłam na to przygotowana już od roku, ale ostatnio łudziłam się myślą, że może jednak nie... Gdzieś tliła się mała nadzieja, że skoro lewe biodro nie boli to jeszcze nie pora aby je kroić. Porównywalnie, teraz ból w lewym jest taki, jaki towarzyszył mi w prawej nodze 12 lat temu. Jednak RTG wyraźnie pokazuje, że zwlekanie z decyzją czy odkładanie jej na później nie jest dobrym pomysłem. Profesor na spotkaniu porównał RTG z października 2008 oraz obecny świeżutki rentgen i pokazał mi (początkowo niewidoczne dla mnie) zmiany. Mówię tu o negatywnych zmianach w lewym, nieoperowanym biodrze. To co dla laika niewidoczne dla wprawnego lekarza było oczywiste. Kiedy zapytałam ile jeszcze wytrzyma lewe biodro, zważywszy, że teraz w ogóle nie boli - odpowiedział: może tydzień, może rok, nie wiadomo ile, ale wiadome jest, to, że w każdej chwili może ulec zwichnięciu. Teraz, w czasie kiedy biodro nie boli jest idealny moment na osteotomię. Wynik operacji będzie bardzo dobry. O wiele lepszy i pewniejszy na przyszłość niż w porównaniu do prawego biodra, które było operowane na tzw. ostatni moment, kiedy mocno bolało i były w nim już spore zmiany zwyrodnieniowe. Argumenty profesora były tak jasne i klarowne, że przestałam kombinować jak tu uniknąć operacji czy odsunąć ją w czasie. Zrozumiałam, że "odbębnienie" tego teraz zapewni mi komfort na długi długi czas w przyszłości, a może nawet pozbawi mnie problemu bioder do końca życia.
Profesor zaproponował mi nawet abym wskoczyła na stół już 18 czerwca, bo być może będzie miał "okienko", ale finalnie pozostaliśmy przy pierwotnym planie, czyli przyjęcie do szpitala 21 maja, natomiast termin operacji to 25 maja, po godzinie 15.

A więc wszystko wiadomo. Jutro przed południem jadę oddać drugi worek swojej krwi. Przygotowuję się i nastawiam psychicznie na "powtórkę z rozrywki". Bardzo chciałabym aby ten drugi raz był łatwiejszy, szybszy i mniej stresujący. I mam nadzieję, że tak będzie. Aczkolwiek wiem, że strach towarzyszy w takich momentach chyba każdemu, niezależnie od tego ile razy przechodził przez takie czy podobne doświadczenia.

Jutro wieczorem, po autotransfuzji, wyjeżdżamy do rodziców na Śląsk. Oczywiście zabieramy ze sobą Maciusia :-) Mam nadzieję, że po oddaniu krwi będę się czuła nieźle i dam radę przejechać 400 km za kółkiem... Chyba jeszcze o tym nie pisałam, ale mojemu kochanemu mężczyźnie jakiś czas temu źli policjanci odebrali prawo jady za niedozwoloną jazdę motocyklem na jednym kole w centrum Warszawy ;-) tak więc obecnie tylko ja jestem kierowcą... 20 maja (dzień przed pójściem do szpitala) Tomek zdaje ponownie egzamin. I oby zdał, bo jak nie to będziemy kompletnie uziemieni! ;-)
Ot i tyle na dzisiaj pisania.

poniedziałek, 23 marca 2009

23.III.2009 Spacerowiczka II

/mieszkanie/

Za 4 dni wyruszam w moją długo planowaną podróż. Podróż, która będzie nie lada sprawdzianem dla nogi. Przede mną eksploracja francuskich Alp na dwóch deskach. Myślenie o wyjeździe zajmuje mi całą głowę. Nie ma miejsca na nic innego, no może prawie..
Przyprawiający o zawrót głowy, silny a jednocześnie piękny zapach hiacyntów w mieszkaniu mówi mi, że jak wrócę z nart może zastanę tu wiosnę w pełni? A skoro wiosna to nieuchronnie zbliżający się termin drugiej operacji.. Jakie to wszystko wydaje się być ułożone i zaplanowane. No właśnie..

W dzisiejszym poście nie sposób nie wspomnieć o mojej Spacerowiczce, o którą pyta wielu czytających bloga. Specerowiczka, której historię dość szczegółowo opisałam w lutowym poście cierpliwie czekała aż profesor wróci do zdrowia aby móc pojechać na konsultację. W trakcie tego oczekiwania - jeśli się nie mylę było to ok. 1,5 - 2 miesięcy - ból w jej biodrze ustał. Wydaje się, że wszystko wróciło do pozytywnego stanu. Dobrą kondycję nogi potwierdził na wizycie profesor. Nic nie boli, noga jest sprawna, Spacerowiczka uśmiechnięta od ucha do ucha, czeka na termin co do drugiej nogi (tak jak ja ma obustronną dysplazję). A więc co to było? Skąd siniak, potężny ból i dyskomfort? Skąd pomysły lekarzy ortopedów z okolicy zapowiadających drugą operację, mówiących o "poluzowanych śrubach", pęknięciu świeżo zrośniętej kości? Nie wiem, nie mam pojęcia. Moje wiadomości od Spacerowiczki póki co są dość ogólnikowe. Najważniejsze to, to, że nie trzeba ciąć, robić żadnych poprawek i ingerować w staw. Wygląda na to, że wszystko było w porządku i jest w porządku! Katastrofa i czarne chmury, które wisiały nad moją koleżanką rozeszły się i nie pozostało po nich śladu. Choć w mojej głowie kłębi się mnóstwo pytań - dlaczego? Jak? Najważniejsze, że już jest dobrze. Może z czasem dowiem się czegoś więcej na ten temat. Jeśli tak - na pewno postaram się przekazać te informacje na blogu. Póki co cieszę się razem z moją koleżanką i mówiąc prawdę kamień spadł mi z serca kiedy usłyszałam od niej te pozytywne wiadomości :-) Choć opuszkami palców czuję, że nie tylko ja odetchnęłam z ulgą... ale wielu czytelników bloga a przede wszystkim potencjalnych "przyszłych ganzów" :-)


foto: net

wtorek, 24 lutego 2009

24.II.2009 Spacerowiczka

/dom rodzinny/

Ślęczę przy laptopie nad pracą mojego Tomasza... Straszne. Jak tu coś poprawić, jak człowiek nie rozumie tego co czyta?! Nie, takie opowiadanie, że coś jest ciężkie do zrozumienia mija się z celem. Ok, w takim razie przytoczę pierwszy lepszy kawałek, który właśnie "usiłuję redagować":

"Mechanizm ESP odpowiada za szyfrowanie zawartości pakietów IPSec i jest identyfikowany numerem 50 w polu nagłówka IP. Dokonuje on symetrycznego szyfrowania informacji pochodzących z wyższych warstw sieciowych i danych zawartych w pakiecie, ale w odróżnieniu od AH nie zabezpiecza standardowo nagłówka pakietu. W niektórych scenariuszach komunikacyjnych możliwe jest jednak zabezpieczenie z wykorzystaniem ESP również nagłówków pakietów (w trybie tunelowania)." *

Nieźle. Bomba! :-) Ale... o co chodzi? ;-)

Zmieniając temat i odrywając się na moment od tych zawiłych procesów autentykacji i szyfrowania ;-) chcę poruszyć temat mojej koleżanki, która tak jak ja przeszła osteotomię Ganza. Z racji, tego, że bohaterka dzisiejszego posta woli być anonimowa zgrabnie będę ją nazywała Spacerowiczką (jej nowe imię ściśle łączy się ze sprawą). Moja Spracerowiczka została przyjęta do Kliniki w Otwocku dokładnie miesiąc po mnie. Niestety jej operacja nie przebiegła tak bezproblemowa jak moja... Kochana Spacerowiczna cierpi na małopłytkowość krwi. Kiedy wszystko wydawało się być w porządku, w czwartej dobie po zabiegu dostała krwotoku wewnętrznego. Jej bardzo rzadka grupa krwi okazała się szalenie trudna do zdobycia. Szpital alarmował i szukał odpowiedniej krwi... a moja koleżanka przeżywając najgorsze chwile w życiu podświadomie żegnała się z rodziną, bliskimi, z życiem... Otarła się o śmierć. Na szczęście tragiczna sytuacja znalazła szczęśliwy finał. Wszystko skończyło się pomyślnie, a Spacerowiczka po dość długim ze względu na okoliczności pobycie w szpitalu bezpiecznie wróciła do domu.
Bohaterka dzisiejszego posta jest piękną, pełną energii, tryskającą uśmiechem szczęśliwą mamą. Pociechy w domu nie dawały jej leniuchować, dlatego bardzo szybko wróciła do pełnej sprawności po zabiegu. Biodro naprawdę ładnie się spisywało. Kontrolne zdjęcia RTG były eleganckie. Zapowiadało się, że Spacerowiczka migiem będzie robiła wszystko czego dusza zapragnie.
Czas wyjaśnić dlaczego moja koleżanka po Ganzu otrzymała imię: Spacerowiczka. Otóż, jak wspominałam, to bardzo żywa i energiczna dziewczyna. Kocha ruch, narty i spacery. Dłuugie spacery - stąd przydomek. Kiedy minęły już trzy miesiące od operacji była naprawdę zadowolona z swojego stanu zdrowia. Z jej opowiadań wynika, że przede wszystkim czuła się mocna i silna. Miała ładną postawę, dużo ćwiczyła i czuła się już całkowicie pewnie. Pewnego dnia wybrała się z 1 kulą na długi spacer. Był naprawdę długi, bo liczył aż 3 kilometry. W sumie przyznam szczerze, że ten dystans mnie zmroził. Może dlatego, że wyobraziłam sobie samą siebie, w tym momencie gdybym miała przejść taki kawał - pewnie umarłabym z wycieńczenia, a też przecież nie uważam się za słabiaka. W każdym razie, do pewnego czasu podczas wycieczki wszystko było w porządku. Jednak ostatnie ok. pół kilometra okazało się dla naszej bohaterki mordęgą. Ledwo doczłapała do domu. Biodro bolało, świdrowało coraz mocniej. Zmęczona poszła spać. Kiedy wstała rano ból był już naprawdę silny. W miejscu cięcia i lokalizacji śrub na skórze widniał duży siniak. Nie trzeba mówić jak ta sytuacja przeraziła Spacerowiczkę. Początkowo miała wrażenie, że to jednak zwykłe przeciążenie, coś co utrzyma się góra dzień czy dwa i zniknie. Jednak siniak i ból nie miały zamiaru odpuszczać :-( Po kilku dniach oczekiwania i nadziei, że wszystko wróci do normy moja koleżanka poszła do lekarza ortopedy. Zrobiła świeże zdjęcia RTG. Lekarz dokładnie przyjrzał się sprawie i nieśmiało stwierdził, że jest problem. Jego zdaniem jedna ze śrub w operowanym biodrze poluzowała się czy też uległa przesunięciu w wyniku czego przestała trzymać. To co zrosło się przez owe 3 miesiące na nowo zostało uszkodzone, być może nawet świeżo utworzona chrząstka kostna pękła... Trudno opisać mi fachowym językiem to co stało się w biodrze, raz, że są to ustnie przekazane informacje, dwa- moja koleżanka słuchając lekarza przeżyła niemały szok, a w takich sytuacjach racjonalne myślenie i słuchanie schodzi na plan dalszy.
Uogólniając - lekarz ortopeda z miejscowości Spacerowiczki orzekł, że musi być operowana ponownie. Mogę sobie tylko wyobrazić jak przeraźliwie dźwięczały te słowa w uszach mojej koleżanki. A wszystko wydawało się takie poukładane, oczywiste i piękne...
Teraz biedna Spacerowiczka czeka na wizytę u profesora, który ją operował. Zda się tylko na jego opinię gorąco wierząc i mając nadzieję, że nie trzeba będzie ponownie operować biodra. Jednak z powodu wspomnianego wypadku narciarskiego i jego konsekwencji profesor nie jest w stanie przyjmować pacjentów. Wszystko tkwi w zawieszeniu, niepewności. Moja koleżanka przeżywa ogromny stres i co dzień próbuje zrozumieć dlaczego tak się stało? Czy ból, siniak i smutna diagnoza miejscowego ortopedy są wynikiem przeforsowania się? Źle ocenionych własnych sił? Czy to pech? Fatalne zrządzenie losu? Kruche kości? Wadliwe śruby? O co chodzi?? Pytań jest bez liku. Na razie wszystkie pozostają bez odpowiedzi. Jedyną wyrocznią w tej sprawie jest i pozostaje profesor, który musi obejrzeć biodro, zdjęcia i z pewnością zrobić USG. Niestety strasznie pechowo przykra sytuacja mojej Spacerowiczki zbiegła się z trudnymi chwilami i niedyspozycją naszego profesora...
Bardzo, bardzo ale to bardzo mocno ściskam kciuki i mam nadzieję, że wszystko zakończy się pomyślnie. Co dzień myślę o mojej koleżance i czekam na jej wieści. Z opisaniem sytuacji na blogu zwlekałam dość długo min. dlatego, iż czekałam na opinię profesora, z którym w najbliższą sobotę miała się spotkać Spacerowiczka. Niestety, wizyta z przyczyn już wyżej określonych została odwołana :-(
Musi być dobrze, musi być dobrze, musi być dobrze - powtarzam jak mantrę....


* Fragment pracy naukowej autorstwa T.Z. na temat sieci rozległej WAN/VPN


foto: net

wtorek, 10 lutego 2009

10.II.2009. Profesorze, powrotu do zdrowia!

Mój.. nasz profesor, wyjątkowy człowiek, który zafundował mi i wielu innym ludziom nowy komfort chodzenia i życia niedawno ucierpiał w wypadku narciarskim. Z informacji z prywatnej kliniki, w której przyjmuje pacjentów wiadomo, że ma połamane żebra i jest poturbowany. Naturalnie wszystkie wizyty kontrolne i operacje zostały odwołane do czasu powrotu do zdrowia profesora. Myśl o tym smutnym wypadku nie daje mi spokoju, jednak wiem, że to twardy i pełen energii facet, który tak łatwo nie da się chorobie :-) Mam nadzieję, że szybko i szczęśliwie wróci do zdrowia. Życzę mu tego z całego serca i wiem, że tego samego życzą mu jego wdzięczni pacjenci.
Panie Profesorze, wszyscy trzymają za Pana kciuki! Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia oraz sił i optymizmu, którego Panu nie brakuje :-) Na pewno wszystko szybko wróci do normy i znów wskoczy Pan na rower i narty :-) Jestem tego pewna :-)
Powodzenia!


foto: net

środa, 7 stycznia 2009

07.I.2009. 3 miesiące po ganzu

/przychodnia/

W poczekalni tłumy, jak zawsze. Jest taki jeden wesolutki, śmieszny chłopczyk. Żartuje i wygłupia się z zupełnie nieznaną sobie panią, która też czeka. Ma jakiś 5 lat. Odważny i rezolutny. Ja czekam, on wchodzi pierwszy. Po dłuższej chwili słychać buńczuczne okrzyki zza drzwi i alarm: "Ja nie chce tych butów! Ja nie chce tych butów!!". Biedaczysko. Butów nie chciał nawet po wyjściu od profesora. Na korytarzu krzyczał w niebo głosy. Takie małe gardło a dało taki koncert, że aż włosy stawały dęba. Widać nie podobały mu się buty ;-) Albo przemakały mu - tak jak moje wysłużone buciory ;-) Po jakiś 15 minutach przyszła moja kolej. Profesor jak zawsze pełen wigoru, tryskający energią i optymizmem :-) Ile razy go widzę, tyle razy nie mogę się nadziwić. Przy okazji kontroli dowiedziałam się, że powiększyło się grono czytelników mojego bloga ;-) Pozdrowienia dla czytających!
Obejrzał najnowsze fotki biodra. Potem zrobił USG. Powiedział, że wszystko już się zrosło i jest w porządku. Nawet ja zauważyłam różnice między zdjęciem z listopada a tym najnowszym. Świetnie :-) Przemaszerowałam przez gabinet. Uśmiech na ustach profesora: "Super!". I ja się cieszyłam. Minęły równe 3 miesiące od pamiętnego dnia operacji prawego biodra. Wszystko biegnie pozytywnym torem.
Niestety dokładnie omówiliśmy też kwestię drugiego biodra... jednak także trzeba je ciąć. Miałam cień nadziei, że jednak nie... Myślałam: nie boli mnie w zasadzie nigdy, więc chyba nie trzeba, może wytrzyma i nie będzie mi dokuczać?. Ale trzeba. I to szybko. Zwlekanie doprowadzi do takiej sytuacji jak było z prawym biodrem- było już na tyle "zmęczone", że jeszcze chwilka a na osteotomię byłoby za późno. Zwlekając czekałaby mnie pewnie endoproteza albo kapoplastyka. Hm... jak trzeba to trzeba :-( Początkowo profesor zaproponował termin marcowy, ale przecież ja mam na marzec duuuuuże plany. Przełom marca i kwietnia to francuskie Alpy i tydzień szaleństwa na nartach, a przełom kwietnia i maja to też szaleństwo, tyle że pod woda Morza Czerwonego :-) Tak więc padło na maj.. piękny miesiąc.. Maj to miesiąc moich urodzin.. miesiąc urodzin mojego Tomasza... miesiąc naszej pierwszej randki... 5,5 roku temu... Piękny miesiąc... Wypada głęboko westchnąć i pomyśleć, że od tego roku miesiąc maj dodatkowo będzie kojarzył się z czymś jeszcze - kolejnym remontem, zabiegiem, dzięki któremu mam nadzieję już do końca życia pozbyć się problemu chorych bioder. Problemu, który czasem spędzał sen z powiek, nie tylko mi, ale też na pewno moim rodzicom i najbliższym. Muszę wziąć to za dobrą monetę. Przestać myśleć kategoriami, że TEN maj będzie smutny i bolesny. Inaczej: TEN maj przyniesie pozytywną zmianę, która odbije się wielkim echem na całym moim życiu. I tak trzymaj... powtarzam sobie w myślach.. tak trzymaj!
Po kontroli w przychodni pojechaliśmy na zakupy. Profesor mówił, że czas przymierzyć obcasy ;-) A w sklepach noworoczne przeceny. Obcasów nie kupiłam (już od 2 lat nie wiem co to buty na obcasie, ale spokojnie, wszystko z czasem :-) ). Usilnie szukałam za to zimowych butów salomona, które sobie ubzdurałam. Mmmm... ciepluchne, z antypoślizgową podeszwą. Znając życie, pewnie jak większość rzeczy kupię je w necie. Chodzenie po jednym z największych warszawskich sklepowych molochów dało mi w kość. Dosłownie... Naturalnie dało, bo tak jak sobie obiecałam, od 7 stycznia kule poszły w kąt, a dokładniej leżały na tylnym siedzeniu samochodu. Nie jestem z siebie zadowolona. Profesor był, ale ja nie jestem :-( Po 3 miesiącach od operacji byłam pewna, że będę już latać! A tymczasem przy chodzeniu jednak boli.. Dziś zaczęło się po przejściu jakiś 400 metrów. I to w całej linii - kręgosłup, biodro, kolano... Naprawdę wierzyłam, że będę silniejsza, ufałam, że po 3 miesiącach będę już "normalna". Przede mną wciąż jeszcze sporo pracy. A tak, tak, wiem, jutro czeka mnie lanie na rehabilitacji. Pan Piotr pewnie powie, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Ale gdyby wiedział jak bardzo nienawidzę już tych kul! Przez nie jestem jak jedna wielka niezgrabna klucha! A przy okazji mojego rehabilitanta - kochany Pan Piotr mimo swojej choroby postanowił specjalnie dla mnie przyjechać jutro do ośrodka na zajęcia. Aż serce rośnie. Mam nadzieję, że nie pogorszy to jego samopoczucia i nie rozchoruje się przeze mnie na dobre.
Późno już, po północy. Mój Tomek w garażu ;-) Ja pod kocem z laptopem na kolanach. Czas iść spać. Jutro rehabilitacja a potem fura gości w domu, miłych gości :-) Cieszę się. Dobranoc.

PS. Jutro krótko opiszę jak wygląda wyciąganie śrubek - niektórzy mnie o to pytali :-)


foto by net

wtorek, 6 stycznia 2009

06.I.2009. Mrooooźno!

/mieszkanie/

Dziś w nocy kreseczka na termometrze spadła do -25 stopni! Spałam pod dwoma kołdrami. Nasze nieszczelne okna regularnie serwowały mroźne podmuchy zimy. Nawet teraz siedząc i klikając szczelnie owinięta w koc widzę na domowym termometrze, że wokół mnie równe 20 stopni w powietrzu. Wcale nie za ciepło. Dodatkowo (nie wiem czy już o tym wspominałam) moje śrubki jak i cała wyremontowana noga mają super właściwości "przyciągania zimna" ;-) Gdziekolwiek pojawi się jakikolwiek przeciąg, fala zimnego powietrza, wystarczy że wyjdę na dwór gdzie jest faktycznie zimno - od razu czuję to w operowanej nodze. Wszędzie mi ciepło - a w nogę zimno. Ale to wina zaburzonej trofiki. Pewnie jeszcze kolejne pół roku tak będzie. Coraz częściej zaczynam myśleć o drugiej czekającej mnie operacji tym razem lewego biodra.... Jutro idę na konsultację do profesora i będziemy ustalać termin.. Tak naprawdę sam termin to jeszcze nic, tu wszystko zależy od tego czy "kochany" ZUS przydzieli mi na kolejne pół roku świadczenia rehabilitacyjne, dzięki którym mam za co żyć nie pracując teraz. Niestety, zdrowy czy chory ma te same wydatki, eee, poprawka - chory ma dużo większe. Gdyby nie konieczność operacji drugiej nogi mogłabym już spokojnie wrócić do pracy bo czuję się na tyle silna i sprawna. Jednak powrót do pracy teraz przekreśla cały misternie ułożony plan. Musiałabym odłożyć drugą operację o jakiś przynajmniej rok (no bo jaki pracodawca zatrudni mnie do pracy na kilka miesięcy żeby zaraz bez grymasu godzić się na zwolnienie, operację i długą rehabilitację - nie w naszym kraju). Poza tym, odkładając decyzję o drugim biodrze sama pozbawiłabym siebie na powrót do normalności. Dalej borykałabym się z problemem, dalej nie mogła swobodnie i czynnie uprawiać ulubionych sportów, dalej na pytanie kiedy zamierzam założyć rodzinę odpowiadałabym wszystkim - "na pewno nie w najbliższym czasie, teraz najważniejsze jest zdrowie i uporanie się z biodrami, na razie nie mogę o tym myśleć, to nie dla mnie" itd. A zegar tyka. Tyk..tyk..tyk..tyk.. W maju 30 lat.. tyk..tyk.. tyk.. Kariera przerwana chorobą... rodziny i dzieci jak nie ma tak nie będzie... bo żeby mieć trzeba być zdrowym i gotowym na takie sprawy. Czekają mnie jeszcze 2 operacje. Ganz lewego biodra a potem wyjęcie śrub z obu bioder na raz. Wszystko zablokowane. A najbardziej zablokowane w głowie. Blokada mówi: nie potrafisz, nie jesteś gotowa, nie jesteś zdrowa żeby robić wiele, wiele rzeczy które byś mogła, chciała... Te myśli wwiercają się w głowę i umysł. Oooo, chciałabym mieć na głowie inne problemy typu: jest duży projekt do zrobienia na wczoraj, brakuje mi wykwalifikowanych grafików, którzy ogarną zlecenie, założenia z briefie mnie przerastają, czas emisji nieuchronnie się zbliża a klient ma humorki i nie akceptuje prevek ;-) Tak! Z tym bym sobie poradziła. Eh...

Mój biedny rehabilitant pan Piotr znowu jest chory. Dziś przepadły mi ćwiczenia. Strasznie żałuję, bo czuję jak to odsuwa mnie od zamierzeń i planów pozbycia się kul. Chciałam pozbyć się ich z datą 7 stycznia... czyli jutro. Tak w ogóle, już na zawsze - w odniesieniu do prawego biodra. Dziś miałam powalczyć o to na rehabilitacji... Panie Piotrze, niech pan wraca do zdrowia, egoistycznie potrzebuję pana!
A teraz przyznam się do czegoś z czego pan Piotr nie będzie zadowolony... jeśli przeczyta posta ;-) Wczoraj wychodząc z domu zapomniałam kul... Tak po prostu, wyszłam, zamknęłam drzwi na klucz i pomaszerowałam schodami w dół. Dopiero na schodach poczułam się dziwnie: "Czegoś mi brakuje.." Nie wróciłam. To był dla mnie test. "Czy jestem już na to gotowa?". Na parking gdzie stał mój czerwony glonojadek (tak, tak, miłość do mojego samochodu ciągle żywa ;-) ) mam jakieś 200 metrów + wspomniane wcześniej 2 piętra schodów. Idę i myślę, myślę i idę. Naturalnie myślę o tym aby ładnie iść. Nie powłóczyć nogą, starannie trzymać pion! Ładnie, jestem z siebie dumna. Myślę sobie: "Wyglądam jak normalny człowiek, zdrowy człowiek, nikt nie pozna że jestem po ganzu!". Ale nic nie trwa wiecznie. Im bliżej do samochodu tym bardziej zaczyna boleć w biodrze. Myślę: "Za szybko idę!", zwalniam. Niestety, żeby dojść do auta, robię 3 króciutkie przystanki. Eh... nie jest fantastycznie! Łapię doła. Myślałam, że jestem mocniejsza :-( Byłam pewna, że dojdę bez kłopotu, że nie poczuję nic co wiąże się z nogą. Pomyłka. Próbuję trochę się bronić. Sama przed sobą, że przecież dodatkowo, przed tymi 200-stu metrami zeszłam samodzielnie przez 50 schodów. Ale to i tak nie poprawia nastroju... Dopiero piękne prowadzenie się glonojadka i małe szaleństwo w zakrętach na śniegu wywołuje lekki uśmiech.
Tak! Nie ma mowy, nie sprzedam tego auta! Jest boskie! Może małe, może zimne, może i zamarza tylna szyba (od środka!), może ciasne, może niepraktyczne, może i głośne, nawet przyznam że paliwożerne, może i nie ma wygodnej wielofunkcyjnej kierownicy, ale ubóstwiam je! Jego a raczej jej! - bo to ona - inne niepodważalne zalety przekreślają wszystkie powyższe minusy :-) A przy okazji - wieczorami odwiedzam puste parkingi marketów ćwicząc drifft ;-) Szaleństwo! Ona jest do tego stworzona!

foto by net

Ale wracając do mojej "bezkulowej" eskapady.. Pojechałam do sklepu po upominek dla znajomej. Powoli i bez pośpiechu chodziłam po centrum handlowym - niewiele, góra 15 minut. Wróciłam do domu i już z trudem wdrapałam się na drugie piętro. Nie siliłam się nawet, żeby odstawiać samochód na parking parkując go pod klatką. W domu na spokojnie przeanalizowałam jak było i co boli. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że na parking doszłam ładnie, przystanki pozwoliły mi odetchnąć, przyjąć ponownie dobrą postawę i iść dalej prawidłowo z czego w sumie jestem dumna. Choć tu oceniać musiałby mój srogi rehabilitant :-) Tak, jego oko nie przepuści żadnej nieprawidłowości :-) Wędrówka po sklepie też nie należała do tragedii. Tzn. im dłużej szłam, tym bardziej widać było z czasem "narzucanie" prawej strony... dlatego robiłam przerwy, nawet po to żeby przystanąć i pogapić się na wystawy. Oczywiście cały czas starałam się robić niewielkie kroczki (jak gejsza ;-) ). Jednak powrót do domu, wejście na drugie piętro było fatalne. Nie potrafiłam już opanować kulawej prawej strony ciała. Zawieszona na poręczy sunęłam do góry i z nieskrywaną ulgą rzuciłam się na kanapę w mieszkaniu. Co bolało? Podczas chodzenia biodro i leciuteńko kręgosłup lędźwiowy. Przy wchodzeniu po schodach odezwał się zapomniany już ból w kolanie (wewnętrzna strona kolana operowanej nogi). Po wejściu do domu bólu biodra w ogóle nie czułam a do końca dnia dokuczał mi kręgosłup. Dość mocno niestety...
Jutro na 15.30 maszeruję z nową fotką biodra do profesora. Na pewno napiszę co ciekawego powiedział.


foto by net

środa, 22 października 2008

22.X.2008. Zdjęcie szwów!

/mieszkanie/ cz.II

Godz. 22.02 --> 15 doba po operacji.
Pozbyłam się szwów! A raczej czarnej żyłki na ryby, która siedziała w mojej pachwinie :) Nic nie bolało :) Wizytę u profesora zdominował nastrój optymizmu i nowości. Pierwszy raz za sprawą własnych mięśni uniosłam zgiętą nogę w kolanie! Zrobiłam to 3 razy. W pozycji siedzącej, na kozetce. Wysiłek był ogromny, ból też niemały, ale udało się!! Udało! Cieszyłam się jak dziecko. Profesor polecił aby nie rozczulać się nad sobą, tylko ćwiczyć, ćwiczyć i normalnie funkcjonować. I racja :) Teraz jestem o wiele odważniejsza, nie czekam aż ktoś mi coś podsunie, poda czy pomoże założyć spodnie. Sama wszytko robię! Po spotkaniu z profesorem jak zwykle pałam energią i mogłabym góry przenosić. Niesamowity człowiek!
Jeszcze dziś rano obawiałam się schodów. Hahha, teraz schody to zwyczajna sprawa. Ku własnemu zdziwieniu zeszłam z drugiego piętra i wsiadłam do samochodu bez odpoczynku- jak to się mówi - na raz. Tak samo weszłam na górę. Nawet nie zorientowałam się kiedy "przeskoczyłam" owe 50 stopni. Profesor pozwolił mi spać na zdrowym boku oraz na brzuchu! Moje marzenie się spałniło :) Cudownie! dziś, zaraz będe to testować! Nareszcie się wyśpię! Równocześnie wskakuję dziś do pełnej piany wanny! Będzie towarzyszyła mi lampka winka i dobra książka- jak za "dawnych czasów", przed operacją ;-)
Ile to radości, ile emocji. Sama nie mogę w to wszystko uwierzyć. To niesamowite, że człowiek potrafi cieszyć się z takich rzeczy. Doceniać, wydawać by się mogło tego rodzaju drobnostki. Ale dla mnie to nie drobnostki :) To wspaniałe kroki do przodu. Dzięki nim czuję się coraz pewniej, zdrowiej, silniej. Od dziś zaczynam już obciążać operowaną nogę. Na razie do 10 kg. Zaraz sparwdzę sobie na wadze ile to dokładnie jest w odczuciu na nodze.
Wiem, że z każdym dniem będzie coraz lepiej. Dziś pewnie noga poboli, a kolano opuchnie, ale co tam! Przestałam się tym przejmować.
No... to..... do wanny!!!

poniedziałek, 13 października 2008

13.X.2008. Impossible is nothing

/Szpital im. prof. A. Grucy Otwock/

Poniedziałek! 8.15 Obchód.
Ja - wykąpana (w misce wody ;-) ), z lekko wytuszowanymi oczkami (optycznie dodałam sobie zdrowia), uczesana, podekscytowana czekam.
Komplet lekarzy z profesorem na czele wpada na salę. Kiedy przychodzi mój moment jak ostatni chwalipięta recytuję o tym jak byłam już na schodach i świetnie się czuję :-]
Poproszono abym pokazała jak się poruszam. Jak nigdy ochoczo i zgrabnie wyszłam bez niczyjej pomocy z łóżka, przeszłam na bosaczka kilka kroczków, żwawo wracam, zatrzymuję się z uśmiechem od ucha do ucha przed profesorem. Profesor zadowolony, (reszta "komisji" chyba też). Robi w powietrzu krzyż i mówi to na co przez cały tydzień czekałam: "Ok, do domu dziecko ". Hhahhahahah! Udało się! Z niedowierzaniem zapytałam czy dziś. Tak, dziś! Pełnia szczęścia! Nawet nie musiałam pokazywać mojego fikania po schodach! Na powrót równie sprawnie, dość szybko i co najważniejsze sama wpełzam do łóżka, uśmiech na twarzy już niemal, że dookoła głowy. Profesor przy okazji mojego marszu przez salę zauważył, że zaczynam nieco obciążać operowaną nogę i że mięsień czworogłowy ładnie się napina. Wszystko wskazywało na to że jest świetnie :-)
Potem poleciało już z górki. Pakowanie, radocha, pakowanie, bieganie po wypisy i fotki RTG (to mama) - przy okazji, fotki są odpłatne, za za swój obszerny komplecik + wydruki na kartkach zapłaciłam 88 zł. Dalej, radocha, szybkie śniadanie, spacerek do gabinetu profesora gdzie podziękowałam mu za opiekę i dobre serducho; profesor pokazał mi moje RTG po remoncie, dokładnie opowiedział co się zmieniło w biodrze, co gdzie zostało przecięte, jak ześrubowane, jaka to była duża ingerencja w mój własny staw. Usłyszałam bardzo radosną wiadomość, że moje świeżo wyremontowane bioderko prawdopodobnie wytrzyma już do końca życia :-) Ach! Jak pięknie! Umówiłam się też na ściąganie szwów za tydzień z małym hakiem. Kochany profesor :-) Skąd w nim tyle ciepła i pasji? Ach. Wracam do domu :-)
Żegnam się z koleżankami na sali, z siostrami, wciskam w samochód (jadę z przodu, nie jest może bosko, ale w końcu jadę!!). W eleganckim słoneczku opuszczam parking szpitala, Otwock, wracam do mojego mieszkanka.