/szpital im.A. Grucy, Otwock/
Druga doba po osteotomii Ganza.
Wczoraj po całym dniu leżenia plackiem nie mogłam się doczekać kiedy zdejmą mi dziś dren i cewnik i pozwolą wykaraskać się z łóżka. Czekałam, czekałam, aż się doczekałam :-) Tak jak już wiedziałam, to był super moment. Tym razem czułam się już zaprawiona w boju i wyskoczyłam z łóżka raz dwa. Sama wiedziałam co robić i jak ustawić nogę. Jak to się mówi: trening czyni mistrza ;-) Rano z rehabilitantem zrobiłam tylko kilka kroczków - na więcej nie pozwolił. Za to teraz wieczorkiem poszłam na całość i pomaszerowałam korytarzem do sióstr. Od razu poczułam się lepiej. Jak to się mówi poczułam power! Ostro zabieram się do roboty, bo jutro wieczorem mam w planie raz dwa przejść schody żeby w piątek zjeść obiad we własnym domu. Dobry plan :-)
W wolnych chwilach (a jest ich wiele) leżę i porównuję prawą i lewą nogę - jak przez to przechodziły. Szybko nasuwa się myśl, że tym razem, drugim razem wszystko jest prostsze. I to nie tylko moje zdanie, ale osób które są przy mnie i mają oko na to co się dzieje. Ból porównywalnie jest taki sam, ale łatwiej sobie z nim poradzić, większość rzeczy jest przewidywalna, psychicznie jest wiele łatwiej. I oby było tak dalej.
Jedynie dłużej pisać jest trudno, bo noga zaczyna rwać. Podobnie jak było przy prawej nodze boli również kolano.
Kilka słów o operacji.
Tym razem od samego początku do końca byłam w pełni świadoma. Zero ogłupiacza. Nie denerwowałam się tak jak pół roku temu, świadomość tego, że leżę na wąskim operacyjnym stole a w oczy zaglądają mi zielone stworki w maskach na twarzach ;-) uspokajała świadomość, że jest ze mną ktoś jeszcze... też w przebraniu zielonego stworka - moja kochana siostra. Teraz już mogę zdradzić ową tajemnicę :-) Karolina, moja młodsza siostra asystowała profesorowi Czubakowi podczas całego zabiegu. To ona była moją ostoją spokoju. Opowiadała na bieżąco co jest grane, kiedy w ruch szła piła a kiedy dłuto. Kiedy pod koniec zabiegu znieczulenie zaczęło odpuszczać trzymała mnie za rękę i mówiła: jeszcze sekundka, jeszcze moment, wytrzymaj, już szyjemy mięsień, ooo, fioletowe nici, a teraz już szyjemy skórę, już prawie, bądź dzielna - i byłam. Nie posiadałam się ze szczęścia, że moja młodsza siostra była wtedy tuż obok. Później zwiozła mnie na salę pooperacyjną, mimo zmęczenia tkwiła przy moim łóżku sprawdzając czy wszystko w porządku. Trochę się o mnie martwiła, bo podczas operacji straciłam sporo krwi. Ale moja zimna krew, którą wytoczyłam z żył w stacji krwiodawstwa tydzień temu raz dwa została wtłoczona z powrotem. Teraz z każdą chwilką jest lepiej. A będzie jeszcze lepiej!
Z całego serducha jestem wdzięczna i zobowiązana wspaniałym lekarzom, którzy wykonali super robotę, kochanym siostrom, które wkładają mnóstwo ciepła w opiekę nad nami, mojej niezastąpionej i niezmordowanej mamie, która nie odstępuje mnie na krok i mojej dzielnej siostrze :-)
Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznych dziewczynach z którymi leżę na sali. część z nich z uśmiechem od ucha do ucha wyszła dziś do domu. Czasem mam wrażenie, że jestem tu jak w jednej wielkiej uśmiechniętej rodzince ;-)
Blogowiczom, znajomym, przyjaciołom - serdeczne dzięki za życzenia powrotu do zdrowia, ciepłe słowa i dobre fluidy :-) Dziękuję!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ganza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ganza. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 maja 2009
niedziela, 24 maja 2009
24.V.2009 W "nowym" lóżku
/szpital im. A. Grucy, Otwock/
Jest 22.53. Jak na szpitalne życie, na mojej sali z 7 dziewczyn śpią tylko 3 ;-) Reszcie dopisują humory dlatego plotkujemy, oglądamy fotki w necie i poznajemy się bliżej. Mam świetne i wesołe kobietki na sali. Poznałam też 3 dziewczyny z sali obok, 2 z nich też czekają na ganza. Cieszę się, że mam tu do kogo otworzyć usta i na wesoło przyjąć to co mnie czeka. Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu nie jestem tu zupełnie anonimowa.... blog zrobił swoje ;-) Byłam bardzo zaskoczona kiedy usłyszałam, że "byłam czytana" :-) Przez chwilkę, kiedy dziewczyny na sali dowiedziały się, że to już mój drugi raz czułam się jak trenerka opowiadająca poszczególne etapy o osiągnięciu mistrzostwa w sprawności ;-) Opowiadałam jak to jest, sypały się pytania jak szybko można się schylać, jeździć samochodem, samodzielnie wykonywać różne domowe czynności itd.
Dziś zaliczyłam też już swój przydział w brzuch ze strzykawy. Eh, Przez ułamek sekundy żałowałam, że nie mam oponki na brzuchu, która powoduje, że zastrzyl nie boli ;-) Jutro z rana przedyskutuję z profesorem zabieg, zadbam aby przywieźli moją krew ze stacji krwiodawstwa i poczekam cierpliwie na swój czas. Mam nadzieję, że cierpliwie... bardzo bym tego chciała. Teraz stres i strach mnie nie dotyczą.. ale co będzie jutro? Nikt tego nie wie..
A więc dobranoc, zasypiam w swoim nowym, na szczęście bardzo tymczasowym łóżku. Zobaczymy na ile jest wygodne ;-)
Ps. Na czas blogowania ze szpitala zawieszam działalność fotograficzną ;-) Będzie sucho i bez upiększeń :-) Tak dla odmiany (i oszczędności megabajtów ;-) )
Jest 22.53. Jak na szpitalne życie, na mojej sali z 7 dziewczyn śpią tylko 3 ;-) Reszcie dopisują humory dlatego plotkujemy, oglądamy fotki w necie i poznajemy się bliżej. Mam świetne i wesołe kobietki na sali. Poznałam też 3 dziewczyny z sali obok, 2 z nich też czekają na ganza. Cieszę się, że mam tu do kogo otworzyć usta i na wesoło przyjąć to co mnie czeka. Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu nie jestem tu zupełnie anonimowa.... blog zrobił swoje ;-) Byłam bardzo zaskoczona kiedy usłyszałam, że "byłam czytana" :-) Przez chwilkę, kiedy dziewczyny na sali dowiedziały się, że to już mój drugi raz czułam się jak trenerka opowiadająca poszczególne etapy o osiągnięciu mistrzostwa w sprawności ;-) Opowiadałam jak to jest, sypały się pytania jak szybko można się schylać, jeździć samochodem, samodzielnie wykonywać różne domowe czynności itd.
Dziś zaliczyłam też już swój przydział w brzuch ze strzykawy. Eh, Przez ułamek sekundy żałowałam, że nie mam oponki na brzuchu, która powoduje, że zastrzyl nie boli ;-) Jutro z rana przedyskutuję z profesorem zabieg, zadbam aby przywieźli moją krew ze stacji krwiodawstwa i poczekam cierpliwie na swój czas. Mam nadzieję, że cierpliwie... bardzo bym tego chciała. Teraz stres i strach mnie nie dotyczą.. ale co będzie jutro? Nikt tego nie wie..
A więc dobranoc, zasypiam w swoim nowym, na szczęście bardzo tymczasowym łóżku. Zobaczymy na ile jest wygodne ;-)
Ps. Na czas blogowania ze szpitala zawieszam działalność fotograficzną ;-) Będzie sucho i bez upiększeń :-) Tak dla odmiany (i oszczędności megabajtów ;-) )
środa, 22 kwietnia 2009
22.IV.2009 Moto!
/mieszkanie/
Wczoraj zrobiłam maraton zakupowy, A raczej bezzakupowy, bo przeszłam całe wielkie Złote Tarasy i nie znalazłam nic co by mnie ujęło. Dodam, że szukałam stroju kąpielowego i sukienki. Typowa baba ;-)
Pierwszy raz od czasu po operacji dosiadłam motor. Piękna sprawa. Lubię to, bardzo. Ale coś się zmieniło. Od momentu kiedy mam już "nowe" biodro, świadomość śrubek bardziej się bałam... Przerażały mnie zakręty na większej prędkości, slalom między samochodami, przepychanie się w korku... Co jest grane? Czułam się jak staruszka która wychodząc z domu ze śmieciami boi się że lada moment może się pośliznąć. Nie było mowy o jeździe na jednym kole - będąc pasażerką kategorycznie zabroniłam Tomkowi tego robić. Czy tak już zostanie? Myślę o strachu. Może jestem już za stara na motor? Może to co przeszłam, zabieg w jakiś sposób ostudził mój zapał?
Przy okazji wczorajszej jazdy rozbiłam swój ulubiony kask. Nie wiem kiedy i jak. Może kiedy motor stał na parkingu z przypiętymi do siedzenia kaskami ktoś o nie zahaczył? Teraz na prawym boku widnieje brzydki ślad z odłupanym lakierem i niebieskimi krechami - skąd te krechy? Kurcze, niestety wyglądają jak lakier samochodowy...
A jak podczas wczorajszego mega maratonu spisało się biodro? Świetnie! Aż sama nie mogłam uwierzyć, że tyle się nałaziłam, jeździłam w niekomfortowej pozycji i chłodny wieczór na motorze a ono nawet nie pisnęło że mu źle ;-) Kochane bioderko. Oby tak dalej :-)
Od rana próbuję się spakować. Wylot coraz bliżej a ja dalej w rozsypce. Znając życie zostawię to na ostatni moment. Przydałby się jeszcze jakiś nowy strój kąpielowy. Eh, zobaczymy. Może jutro uda się coś ustrzelić w sklepach.
Jutro czwartek. Dla jednych zwykły czwartek, dzień w któym idzie się do pracy, odbiera malucha z przedszkola, robi codzienne zakupy. Ale dla mojego kolegi Sajmona to dzień w którym dostanie swoje łóżko na oddziale IB w Otwocku i zacznie swoją przygodę. W piątek pewnie wystraszony z ciężkim sercem poczłapie korytarzami szpitala na blok operacyjny.. tak samo jak ja półroku temu. Bardzo, bardzo mocno będę ściskała za niego kciuki. Obiecał, że jak będzie "po" i gdy tylko będzie już mógł odezwie się i napisze kilka słów. Wszystkim szykującym się do ganza przesyłam ciepłe pozdrowienia i pełne optymizmu uściski!
Raz dwa będzie to za Wami, a później z każdym dniem będzie tylko lepiej i lepiej :-)

foto: net
Wczoraj zrobiłam maraton zakupowy, A raczej bezzakupowy, bo przeszłam całe wielkie Złote Tarasy i nie znalazłam nic co by mnie ujęło. Dodam, że szukałam stroju kąpielowego i sukienki. Typowa baba ;-)
Pierwszy raz od czasu po operacji dosiadłam motor. Piękna sprawa. Lubię to, bardzo. Ale coś się zmieniło. Od momentu kiedy mam już "nowe" biodro, świadomość śrubek bardziej się bałam... Przerażały mnie zakręty na większej prędkości, slalom między samochodami, przepychanie się w korku... Co jest grane? Czułam się jak staruszka która wychodząc z domu ze śmieciami boi się że lada moment może się pośliznąć. Nie było mowy o jeździe na jednym kole - będąc pasażerką kategorycznie zabroniłam Tomkowi tego robić. Czy tak już zostanie? Myślę o strachu. Może jestem już za stara na motor? Może to co przeszłam, zabieg w jakiś sposób ostudził mój zapał?
Przy okazji wczorajszej jazdy rozbiłam swój ulubiony kask. Nie wiem kiedy i jak. Może kiedy motor stał na parkingu z przypiętymi do siedzenia kaskami ktoś o nie zahaczył? Teraz na prawym boku widnieje brzydki ślad z odłupanym lakierem i niebieskimi krechami - skąd te krechy? Kurcze, niestety wyglądają jak lakier samochodowy...
A jak podczas wczorajszego mega maratonu spisało się biodro? Świetnie! Aż sama nie mogłam uwierzyć, że tyle się nałaziłam, jeździłam w niekomfortowej pozycji i chłodny wieczór na motorze a ono nawet nie pisnęło że mu źle ;-) Kochane bioderko. Oby tak dalej :-)
Od rana próbuję się spakować. Wylot coraz bliżej a ja dalej w rozsypce. Znając życie zostawię to na ostatni moment. Przydałby się jeszcze jakiś nowy strój kąpielowy. Eh, zobaczymy. Może jutro uda się coś ustrzelić w sklepach.
Jutro czwartek. Dla jednych zwykły czwartek, dzień w któym idzie się do pracy, odbiera malucha z przedszkola, robi codzienne zakupy. Ale dla mojego kolegi Sajmona to dzień w którym dostanie swoje łóżko na oddziale IB w Otwocku i zacznie swoją przygodę. W piątek pewnie wystraszony z ciężkim sercem poczłapie korytarzami szpitala na blok operacyjny.. tak samo jak ja półroku temu. Bardzo, bardzo mocno będę ściskała za niego kciuki. Obiecał, że jak będzie "po" i gdy tylko będzie już mógł odezwie się i napisze kilka słów. Wszystkim szykującym się do ganza przesyłam ciepłe pozdrowienia i pełne optymizmu uściski!
Raz dwa będzie to za Wami, a później z każdym dniem będzie tylko lepiej i lepiej :-)

foto: net
wtorek, 7 kwietnia 2009
07.IV.2009 6 miesiecy po osteotomii
/mieszkanie/
Cały dzień spędziłam w moim ukochanym autku :-) Przerzuciłam też z garażu do samochodu i z powrotem łącznie 10 opon (8 moich i 2 taty). Czuję się jak umorusany wulkanizator... Ale mam już w miacie letnie oponki :-)
Rozwiązałam dziś umowę z moim pracodawcą... Eh, w pewnej mierze czuję się wolnym i głębiej oddychającym człowiekiem :-) Wow! Jakie to miłe uczucie!
Poznałam też dziś Magdę :-) Przemiłą dziewczynę, która czeka na ganza i jak się okazało... mieszka 300 metrów ode mnie ;-) Hahhaha, niesamowite!
Będąc u Magdy, wspominając mój zabieg, opowiadając o tym "jak to jest" uświadomiłam sobie, że dziś mija 6 miesięcy od operacji. 6 miesięcy... jak ten czas biegnie... jak szalony. To było 6 miesięcy inwestowania w siebie - tak to postrzegam.
Dziś na ostatnim spotkaniu z moim rehabilitantem - kontrolnym spotkaniu po nartach podsumowaliśmy owe pół roku. To było kilka miesięcy ciężkiej pracy. Pracy, która zaowocowała dużymi efektami. Pracy, która pozwoliła mi cieszyć się przez tydzień szaleństwem w Alpach :-)
Najprawdopodobniej jutro wyruszam w trasę do rodziców. Biodro jeszcze nie odpoczęło od ostatnich podróży... ale mam nadzieję że skoro przejechało 3 dni temu w jednym ciągu 1800 km to niecałe 400 też wytrzyma ;-) 400 km wydaje się być teraz pesteczką ;-)
Funduję sobie w tym momencie godzinkę relaksu a potem wracam do zajęć, laptopa, odpisywania blogowiczom, wieczornych kursów samochodem po znajomych (w końcu trzeba się spotkać choć na momencik między jednym wyjazdem a drugim), pisania dłuuuugiego posta czy też reportażu z wyprawy do Francji i innych jakiś tam spraw.
Pół roku minęło! A co! Jest co świętować :-)

foto: net
Cały dzień spędziłam w moim ukochanym autku :-) Przerzuciłam też z garażu do samochodu i z powrotem łącznie 10 opon (8 moich i 2 taty). Czuję się jak umorusany wulkanizator... Ale mam już w miacie letnie oponki :-)
Rozwiązałam dziś umowę z moim pracodawcą... Eh, w pewnej mierze czuję się wolnym i głębiej oddychającym człowiekiem :-) Wow! Jakie to miłe uczucie!
Poznałam też dziś Magdę :-) Przemiłą dziewczynę, która czeka na ganza i jak się okazało... mieszka 300 metrów ode mnie ;-) Hahhaha, niesamowite!
Będąc u Magdy, wspominając mój zabieg, opowiadając o tym "jak to jest" uświadomiłam sobie, że dziś mija 6 miesięcy od operacji. 6 miesięcy... jak ten czas biegnie... jak szalony. To było 6 miesięcy inwestowania w siebie - tak to postrzegam.
Dziś na ostatnim spotkaniu z moim rehabilitantem - kontrolnym spotkaniu po nartach podsumowaliśmy owe pół roku. To było kilka miesięcy ciężkiej pracy. Pracy, która zaowocowała dużymi efektami. Pracy, która pozwoliła mi cieszyć się przez tydzień szaleństwem w Alpach :-)
Najprawdopodobniej jutro wyruszam w trasę do rodziców. Biodro jeszcze nie odpoczęło od ostatnich podróży... ale mam nadzieję że skoro przejechało 3 dni temu w jednym ciągu 1800 km to niecałe 400 też wytrzyma ;-) 400 km wydaje się być teraz pesteczką ;-)
Funduję sobie w tym momencie godzinkę relaksu a potem wracam do zajęć, laptopa, odpisywania blogowiczom, wieczornych kursów samochodem po znajomych (w końcu trzeba się spotkać choć na momencik między jednym wyjazdem a drugim), pisania dłuuuugiego posta czy też reportażu z wyprawy do Francji i innych jakiś tam spraw.
Pół roku minęło! A co! Jest co świętować :-)

foto: net
wtorek, 6 stycznia 2009
06.I.2009. Mrooooźno!
/mieszkanie/
Dziś w nocy kreseczka na termometrze spadła do -25 stopni! Spałam pod dwoma kołdrami. Nasze nieszczelne okna regularnie serwowały mroźne podmuchy zimy. Nawet teraz siedząc i klikając szczelnie owinięta w koc widzę na domowym termometrze, że wokół mnie równe 20 stopni w powietrzu. Wcale nie za ciepło. Dodatkowo (nie wiem czy już o tym wspominałam) moje śrubki jak i cała wyremontowana noga mają super właściwości "przyciągania zimna" ;-) Gdziekolwiek pojawi się jakikolwiek przeciąg, fala zimnego powietrza, wystarczy że wyjdę na dwór gdzie jest faktycznie zimno - od razu czuję to w operowanej nodze. Wszędzie mi ciepło - a w nogę zimno. Ale to wina zaburzonej trofiki. Pewnie jeszcze kolejne pół roku tak będzie. Coraz częściej zaczynam myśleć o drugiej czekającej mnie operacji tym razem lewego biodra.... Jutro idę na konsultację do profesora i będziemy ustalać termin.. Tak naprawdę sam termin to jeszcze nic, tu wszystko zależy od tego czy "kochany" ZUS przydzieli mi na kolejne pół roku świadczenia rehabilitacyjne, dzięki którym mam za co żyć nie pracując teraz. Niestety, zdrowy czy chory ma te same wydatki, eee, poprawka - chory ma dużo większe. Gdyby nie konieczność operacji drugiej nogi mogłabym już spokojnie wrócić do pracy bo czuję się na tyle silna i sprawna. Jednak powrót do pracy teraz przekreśla cały misternie ułożony plan. Musiałabym odłożyć drugą operację o jakiś przynajmniej rok (no bo jaki pracodawca zatrudni mnie do pracy na kilka miesięcy żeby zaraz bez grymasu godzić się na zwolnienie, operację i długą rehabilitację - nie w naszym kraju). Poza tym, odkładając decyzję o drugim biodrze sama pozbawiłabym siebie na powrót do normalności. Dalej borykałabym się z problemem, dalej nie mogła swobodnie i czynnie uprawiać ulubionych sportów, dalej na pytanie kiedy zamierzam założyć rodzinę odpowiadałabym wszystkim - "na pewno nie w najbliższym czasie, teraz najważniejsze jest zdrowie i uporanie się z biodrami, na razie nie mogę o tym myśleć, to nie dla mnie" itd. A zegar tyka. Tyk..tyk..tyk..tyk.. W maju 30 lat.. tyk..tyk.. tyk.. Kariera przerwana chorobą... rodziny i dzieci jak nie ma tak nie będzie... bo żeby mieć trzeba być zdrowym i gotowym na takie sprawy. Czekają mnie jeszcze 2 operacje. Ganz lewego biodra a potem wyjęcie śrub z obu bioder na raz. Wszystko zablokowane. A najbardziej zablokowane w głowie. Blokada mówi: nie potrafisz, nie jesteś gotowa, nie jesteś zdrowa żeby robić wiele, wiele rzeczy które byś mogła, chciała... Te myśli wwiercają się w głowę i umysł. Oooo, chciałabym mieć na głowie inne problemy typu: jest duży projekt do zrobienia na wczoraj, brakuje mi wykwalifikowanych grafików, którzy ogarną zlecenie, założenia z briefie mnie przerastają, czas emisji nieuchronnie się zbliża a klient ma humorki i nie akceptuje prevek ;-) Tak! Z tym bym sobie poradziła. Eh...
Mój biedny rehabilitant pan Piotr znowu jest chory. Dziś przepadły mi ćwiczenia. Strasznie żałuję, bo czuję jak to odsuwa mnie od zamierzeń i planów pozbycia się kul. Chciałam pozbyć się ich z datą 7 stycznia... czyli jutro. Tak w ogóle, już na zawsze - w odniesieniu do prawego biodra. Dziś miałam powalczyć o to na rehabilitacji... Panie Piotrze, niech pan wraca do zdrowia, egoistycznie potrzebuję pana!
A teraz przyznam się do czegoś z czego pan Piotr nie będzie zadowolony... jeśli przeczyta posta ;-) Wczoraj wychodząc z domu zapomniałam kul... Tak po prostu, wyszłam, zamknęłam drzwi na klucz i pomaszerowałam schodami w dół. Dopiero na schodach poczułam się dziwnie: "Czegoś mi brakuje.." Nie wróciłam. To był dla mnie test. "Czy jestem już na to gotowa?". Na parking gdzie stał mój czerwony glonojadek (tak, tak, miłość do mojego samochodu ciągle żywa ;-) ) mam jakieś 200 metrów + wspomniane wcześniej 2 piętra schodów. Idę i myślę, myślę i idę. Naturalnie myślę o tym aby ładnie iść. Nie powłóczyć nogą, starannie trzymać pion! Ładnie, jestem z siebie dumna. Myślę sobie: "Wyglądam jak normalny człowiek, zdrowy człowiek, nikt nie pozna że jestem po ganzu!". Ale nic nie trwa wiecznie. Im bliżej do samochodu tym bardziej zaczyna boleć w biodrze. Myślę: "Za szybko idę!", zwalniam. Niestety, żeby dojść do auta, robię 3 króciutkie przystanki. Eh... nie jest fantastycznie! Łapię doła. Myślałam, że jestem mocniejsza :-( Byłam pewna, że dojdę bez kłopotu, że nie poczuję nic co wiąże się z nogą. Pomyłka. Próbuję trochę się bronić. Sama przed sobą, że przecież dodatkowo, przed tymi 200-stu metrami zeszłam samodzielnie przez 50 schodów. Ale to i tak nie poprawia nastroju... Dopiero piękne prowadzenie się glonojadka i małe szaleństwo w zakrętach na śniegu wywołuje lekki uśmiech.
Tak! Nie ma mowy, nie sprzedam tego auta! Jest boskie! Może małe, może zimne, może i zamarza tylna szyba (od środka!), może ciasne, może niepraktyczne, może i głośne, nawet przyznam że paliwożerne, może i nie ma wygodnej wielofunkcyjnej kierownicy, ale ubóstwiam je! Jego a raczej jej! - bo to ona - inne niepodważalne zalety przekreślają wszystkie powyższe minusy :-) A przy okazji - wieczorami odwiedzam puste parkingi marketów ćwicząc drifft ;-) Szaleństwo! Ona jest do tego stworzona!

foto by net
Ale wracając do mojej "bezkulowej" eskapady.. Pojechałam do sklepu po upominek dla znajomej. Powoli i bez pośpiechu chodziłam po centrum handlowym - niewiele, góra 15 minut. Wróciłam do domu i już z trudem wdrapałam się na drugie piętro. Nie siliłam się nawet, żeby odstawiać samochód na parking parkując go pod klatką. W domu na spokojnie przeanalizowałam jak było i co boli. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że na parking doszłam ładnie, przystanki pozwoliły mi odetchnąć, przyjąć ponownie dobrą postawę i iść dalej prawidłowo z czego w sumie jestem dumna. Choć tu oceniać musiałby mój srogi rehabilitant :-) Tak, jego oko nie przepuści żadnej nieprawidłowości :-) Wędrówka po sklepie też nie należała do tragedii. Tzn. im dłużej szłam, tym bardziej widać było z czasem "narzucanie" prawej strony... dlatego robiłam przerwy, nawet po to żeby przystanąć i pogapić się na wystawy. Oczywiście cały czas starałam się robić niewielkie kroczki (jak gejsza ;-) ). Jednak powrót do domu, wejście na drugie piętro było fatalne. Nie potrafiłam już opanować kulawej prawej strony ciała. Zawieszona na poręczy sunęłam do góry i z nieskrywaną ulgą rzuciłam się na kanapę w mieszkaniu. Co bolało? Podczas chodzenia biodro i leciuteńko kręgosłup lędźwiowy. Przy wchodzeniu po schodach odezwał się zapomniany już ból w kolanie (wewnętrzna strona kolana operowanej nogi). Po wejściu do domu bólu biodra w ogóle nie czułam a do końca dnia dokuczał mi kręgosłup. Dość mocno niestety...
Jutro na 15.30 maszeruję z nową fotką biodra do profesora. Na pewno napiszę co ciekawego powiedział.

foto by net
Dziś w nocy kreseczka na termometrze spadła do -25 stopni! Spałam pod dwoma kołdrami. Nasze nieszczelne okna regularnie serwowały mroźne podmuchy zimy. Nawet teraz siedząc i klikając szczelnie owinięta w koc widzę na domowym termometrze, że wokół mnie równe 20 stopni w powietrzu. Wcale nie za ciepło. Dodatkowo (nie wiem czy już o tym wspominałam) moje śrubki jak i cała wyremontowana noga mają super właściwości "przyciągania zimna" ;-) Gdziekolwiek pojawi się jakikolwiek przeciąg, fala zimnego powietrza, wystarczy że wyjdę na dwór gdzie jest faktycznie zimno - od razu czuję to w operowanej nodze. Wszędzie mi ciepło - a w nogę zimno. Ale to wina zaburzonej trofiki. Pewnie jeszcze kolejne pół roku tak będzie. Coraz częściej zaczynam myśleć o drugiej czekającej mnie operacji tym razem lewego biodra.... Jutro idę na konsultację do profesora i będziemy ustalać termin.. Tak naprawdę sam termin to jeszcze nic, tu wszystko zależy od tego czy "kochany" ZUS przydzieli mi na kolejne pół roku świadczenia rehabilitacyjne, dzięki którym mam za co żyć nie pracując teraz. Niestety, zdrowy czy chory ma te same wydatki, eee, poprawka - chory ma dużo większe. Gdyby nie konieczność operacji drugiej nogi mogłabym już spokojnie wrócić do pracy bo czuję się na tyle silna i sprawna. Jednak powrót do pracy teraz przekreśla cały misternie ułożony plan. Musiałabym odłożyć drugą operację o jakiś przynajmniej rok (no bo jaki pracodawca zatrudni mnie do pracy na kilka miesięcy żeby zaraz bez grymasu godzić się na zwolnienie, operację i długą rehabilitację - nie w naszym kraju). Poza tym, odkładając decyzję o drugim biodrze sama pozbawiłabym siebie na powrót do normalności. Dalej borykałabym się z problemem, dalej nie mogła swobodnie i czynnie uprawiać ulubionych sportów, dalej na pytanie kiedy zamierzam założyć rodzinę odpowiadałabym wszystkim - "na pewno nie w najbliższym czasie, teraz najważniejsze jest zdrowie i uporanie się z biodrami, na razie nie mogę o tym myśleć, to nie dla mnie" itd. A zegar tyka. Tyk..tyk..tyk..tyk.. W maju 30 lat.. tyk..tyk.. tyk.. Kariera przerwana chorobą... rodziny i dzieci jak nie ma tak nie będzie... bo żeby mieć trzeba być zdrowym i gotowym na takie sprawy. Czekają mnie jeszcze 2 operacje. Ganz lewego biodra a potem wyjęcie śrub z obu bioder na raz. Wszystko zablokowane. A najbardziej zablokowane w głowie. Blokada mówi: nie potrafisz, nie jesteś gotowa, nie jesteś zdrowa żeby robić wiele, wiele rzeczy które byś mogła, chciała... Te myśli wwiercają się w głowę i umysł. Oooo, chciałabym mieć na głowie inne problemy typu: jest duży projekt do zrobienia na wczoraj, brakuje mi wykwalifikowanych grafików, którzy ogarną zlecenie, założenia z briefie mnie przerastają, czas emisji nieuchronnie się zbliża a klient ma humorki i nie akceptuje prevek ;-) Tak! Z tym bym sobie poradziła. Eh...
Mój biedny rehabilitant pan Piotr znowu jest chory. Dziś przepadły mi ćwiczenia. Strasznie żałuję, bo czuję jak to odsuwa mnie od zamierzeń i planów pozbycia się kul. Chciałam pozbyć się ich z datą 7 stycznia... czyli jutro. Tak w ogóle, już na zawsze - w odniesieniu do prawego biodra. Dziś miałam powalczyć o to na rehabilitacji... Panie Piotrze, niech pan wraca do zdrowia, egoistycznie potrzebuję pana!
A teraz przyznam się do czegoś z czego pan Piotr nie będzie zadowolony... jeśli przeczyta posta ;-) Wczoraj wychodząc z domu zapomniałam kul... Tak po prostu, wyszłam, zamknęłam drzwi na klucz i pomaszerowałam schodami w dół. Dopiero na schodach poczułam się dziwnie: "Czegoś mi brakuje.." Nie wróciłam. To był dla mnie test. "Czy jestem już na to gotowa?". Na parking gdzie stał mój czerwony glonojadek (tak, tak, miłość do mojego samochodu ciągle żywa ;-) ) mam jakieś 200 metrów + wspomniane wcześniej 2 piętra schodów. Idę i myślę, myślę i idę. Naturalnie myślę o tym aby ładnie iść. Nie powłóczyć nogą, starannie trzymać pion! Ładnie, jestem z siebie dumna. Myślę sobie: "Wyglądam jak normalny człowiek, zdrowy człowiek, nikt nie pozna że jestem po ganzu!". Ale nic nie trwa wiecznie. Im bliżej do samochodu tym bardziej zaczyna boleć w biodrze. Myślę: "Za szybko idę!", zwalniam. Niestety, żeby dojść do auta, robię 3 króciutkie przystanki. Eh... nie jest fantastycznie! Łapię doła. Myślałam, że jestem mocniejsza :-( Byłam pewna, że dojdę bez kłopotu, że nie poczuję nic co wiąże się z nogą. Pomyłka. Próbuję trochę się bronić. Sama przed sobą, że przecież dodatkowo, przed tymi 200-stu metrami zeszłam samodzielnie przez 50 schodów. Ale to i tak nie poprawia nastroju... Dopiero piękne prowadzenie się glonojadka i małe szaleństwo w zakrętach na śniegu wywołuje lekki uśmiech.
Tak! Nie ma mowy, nie sprzedam tego auta! Jest boskie! Może małe, może zimne, może i zamarza tylna szyba (od środka!), może ciasne, może niepraktyczne, może i głośne, nawet przyznam że paliwożerne, może i nie ma wygodnej wielofunkcyjnej kierownicy, ale ubóstwiam je! Jego a raczej jej! - bo to ona - inne niepodważalne zalety przekreślają wszystkie powyższe minusy :-) A przy okazji - wieczorami odwiedzam puste parkingi marketów ćwicząc drifft ;-) Szaleństwo! Ona jest do tego stworzona!

foto by net
Ale wracając do mojej "bezkulowej" eskapady.. Pojechałam do sklepu po upominek dla znajomej. Powoli i bez pośpiechu chodziłam po centrum handlowym - niewiele, góra 15 minut. Wróciłam do domu i już z trudem wdrapałam się na drugie piętro. Nie siliłam się nawet, żeby odstawiać samochód na parking parkując go pod klatką. W domu na spokojnie przeanalizowałam jak było i co boli. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że na parking doszłam ładnie, przystanki pozwoliły mi odetchnąć, przyjąć ponownie dobrą postawę i iść dalej prawidłowo z czego w sumie jestem dumna. Choć tu oceniać musiałby mój srogi rehabilitant :-) Tak, jego oko nie przepuści żadnej nieprawidłowości :-) Wędrówka po sklepie też nie należała do tragedii. Tzn. im dłużej szłam, tym bardziej widać było z czasem "narzucanie" prawej strony... dlatego robiłam przerwy, nawet po to żeby przystanąć i pogapić się na wystawy. Oczywiście cały czas starałam się robić niewielkie kroczki (jak gejsza ;-) ). Jednak powrót do domu, wejście na drugie piętro było fatalne. Nie potrafiłam już opanować kulawej prawej strony ciała. Zawieszona na poręczy sunęłam do góry i z nieskrywaną ulgą rzuciłam się na kanapę w mieszkaniu. Co bolało? Podczas chodzenia biodro i leciuteńko kręgosłup lędźwiowy. Przy wchodzeniu po schodach odezwał się zapomniany już ból w kolanie (wewnętrzna strona kolana operowanej nogi). Po wejściu do domu bólu biodra w ogóle nie czułam a do końca dnia dokuczał mi kręgosłup. Dość mocno niestety...
Jutro na 15.30 maszeruję z nową fotką biodra do profesora. Na pewno napiszę co ciekawego powiedział.

foto by net
Subskrybuj:
Posty (Atom)
