środa, 8 kwietnia 2009

08.IV.2009 Neverending story!

piatek, godzina 20.00

Zapakowani po czubek dachu wyruszamy w ósemkę na dwa samochody zgodnie z kierunkiem nawigacji. Nasz cel podróży: Francja, miasto Les2Aples położone na wysokości 1650 m npm. Czeka na męcząca, długa trasa. Ale zwieńczenie jej i planowy widok Alp popołudniu w sobotę dodaje energii i zapału. Jest wesoło, mamy dobre humory, kawę i herbatę w termosach oraz tony kanapek. Mijają kolejne godziny. Jesteśmy z drodze już już 6,5 godziny, właśnie minęliśmy niemieckie miasto Chemnizt. Niektórzy z nas z nosem na bocznej szybie albo nogą w jakiejś przypadkowo otwartej torbie śnią już o alpejskich szusach. W najmniej spodziewanej chwili, w zupełnej ciszy i spokoju ja jako pilot i mój partner jako kierowca zauważamy, że nasz samochód dziwnie się zachowuje... Z tyłu, z rury wydechowej wydobywają się kłęby dymu, silnik prycha i terkocze jak traktor. Natychmiast zjeżdżamy na pierwszy napotkany parking. Cały samochód, nawet szyby ochlapane są olejem napędowym, który... rozbryzguje się spod maski! O co chodzi? Faceci w czwórkę usiłują pojąć dziwne zjawisko, my dziewczyny w liczbie czterech siedzimy jak myszki pod miotłą i czekamy na werdykt. Czekamy, czekamy, czekamy... mężczyźni rozkręcili już pół silnika.

Minęła godzina. Jest coraz zimniej. Siedzimy i denerwujemy się, czujemy się całkowicie nieprzydatne :-( Początkowo próbujemy proponować zziębniętym chłopakom kanapki i gorącą kawę. Na każdy gest reagują jak wściekłe byki. Przestajemy próbować... Nerwy udzielają się wszystkim. Mija kolejna długa godzina. Bez zmian. Auto nie jest w stanie jechać dalej. Teorii jest kilka: 1) turbina, 2) pompa paliwowa, pompa wtryskowa... Trzeba podjąć męską decyzję. Jedno - sprawne auto jedzie dalej w drogę, nie ma na co czekać. A jedna osoba z naszego niesprawnego samochodu ma przesiąść się do drugiego i z resztą w piątkę, upchani jak śledzie pojadą do celu. Ktoś przecież musi odebrać pokoje, zameldować się itd. Trzy osoby z naszego auta zostają i ... no właśnie i co robią? Kombinują. Wiedziałam, że dla mnie zostanie na zimnie, w niesprawnym aucie, czekanie na pomoc albo próby naprawienia samochodu są głupim pomysłem. Biodro nie będzie mi za to wdzięczne. Już sama podróż jest kiepsko akceptowana przez nogę a co dopiero podróż w nieskończone... Jednak bez chwili namysłu "wcisnęłam" koleżankę, która z nami jechała do drugiego samochodu. Dostali od nas wskazówki i ruszyli w dalszą drogę. Nie mogłam zostawić mojego partnera w kłopocie, druga sprawa - jestem kierowcą, a w takich okolicznościach ilość driverów ma znaczenie. Inna rzecz - wierzyłam, że jestem przydatna, będę mogła się czymś zająć…


Sobota godz. 4.30.

Czekamy na auto zastępcze, które jedzie do nas z Polski. Poza tym, jedzie do nas tata mojego szwagra sporym jeepem z lawetą na haku holowniczym- zholuje nasz samochód do Polski i odstawi mechanikowi. Nie zdecydowaliśmy się na naprawę w Niemczech. Po krótkiej analizie wiedzieliśmy, że to byłoby bolesne finansowo. Próbujemy zasnąć w samochodzie. Chłopaki z przodu, ja z tyłu niemalże na torbach i paczkach (aby piąta osoba mogła zmieścić się w sprawnym samochodzie do nas dorzucono mnóstwo pakunków). Jesteśmy zziębnięci z zimna, przemęczeni. Zmęczenie i ogarniające Zimonie daje zasnąć. Na dworze jest ok. -12 stopni Celsjusza.. W wychłodzonym samochodzie niewiele więcej. Na parkingu, na którym jesteśmy nie ma nic oprócz toalet. Jest już po 5 rano. Kiedy ja wyłączam się już z myślenia i powoli hibernuję w oczekiwaniu na wschód słońca chłopaki decydują aby zholować się na najbliższą stację, na której będzie szansa na ciepły kąt i porządną łazienkę. Pomysł jest ryzykowny - nasz samochód ma automatyczną skrzynię biegów a to znaczy, że nie lubi holowania... Los chce, że sprawę biorą w ręce sympatyczne chłopaki z Poznania, których jak się okazuje zna z widzenia mój Tomek. Jaki ten świat jest niewielki! Dystans niewielki, udało się z ryzykownym holem.
Od tego momentu koczujemy na stacji Aral. Kanapek jest coraz mniej, herbata w termosie już dawno się skończyła. Rozgrzewamy się w barwnej knajpce, rodem z lat 60-tych. Brudni, wciąż bez snu czekamy. Zmęczenie bierze górę i wracamy do samochodu. Narzucając na siebie wszystkie możliwe ubrania, koce i kurtki zasypiamy w wychłodzonym samochodzie (nie możemy go przecież odpalić żeby nagrzać sobie wnętrze). Wokół nas budzie się życie, okoliczni tubylcy - Niemcy przyjeżdżają tankować, wpadają do knajpki na wielkie amerykańskie burgery. My jak cyganie śpimy. Pewnie jesteśmy atrakcją - myślę sobie ziewając. Nasz sen jest iście króliczy. Na pewno nie można nazwać go odżywczym. Mijają kolejne godziny. Wisząc na telefonie sprawdzamy jak daleko jest nasza pomoc z Polski. Niestety wciąż daleko... Wracamy do knajpki na stację po kolejną drogą kawę, herbatę i siedzimy, czekamy. Ludzie wokół nas przelewają się przez kolorowe wnętrze, kelnerki dwoją się i troją aby zaspokoić wymagania klienteli. My - jak ubodzy krewni z trzeciego świata przyglądamy się jak całe rodziny pochłaniają wielkie talerze burgerów, frytek i dań obiadowych. Aż ślinka cieknie. Przy kubku kawy z Newsweekiem, Polityką, CKM oraz TopGear przed nosem odmawiamy sobie najtańszego burgera za bagatela 8 Euro (!). Myśl o kosztach naprawy auta, kosztach pomocy z Polski skutecznie powstrzymuje nas od skinienia na kelnerkę. Heh, kto by pomyślał! Z nudów wyruszamy na spacer po okolicy. Zegar pokazuje 15.00. Wietrzna pogoda nie sprzyja długim spacerom. Moje biodro zgłasza petycję o święty spokój, wannę ciepłej wody i wygodne łóżko. Marzę o tym. Zastanawiam się kiedy zacznę czuć swój smrodek. Ostatni prysznic brałam 24 godziny temu :-(

Sobota, godzina 17.00

Nareszcie! Po 12 godzinach czekania nadjeżdża nasz ratunek! Dzięki Bogu! Nasz zastępczy kombi kolegi oraz tata szwagra z lawetą, na którą zaraz wepchniemy naszego przyprawiającego nas o siwe włosy pochłaniacza mamony "grata". (Mówię "grata" ale na co dzień strasznie lubię to auto.. niestety). Operacja laweta trwała nie dłużej niż pół godziny. Kolega, który przyprowadził nam zastępcze auto oraz właściciel jeepa z lawetą odjechali w kierunku na Zgorzelec. Mają około 200 km do granicy.
Eh.. czuję się wspaniale! Koniuszkami palców wyczuwam, że tuż tuż za rogiem czeka mnie odpoczynek w (miejmy nadzieję) wygodnym hotelowym łóżku. Oczyma wyobraźni widzę jak szczęśliwe dojeżdżamy na miejsce :-) Przed dalszą podróżą czyścimy szyby na "naszym" już Aralu.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wsiąść do samochodu kiedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki - znajomy z jeepa holujący nasz samochód... Prosi abyśmy podjechali do niego.. ponoć stoi 500 metrów od stacji... mówi: mam problem. Hm... jaki problem? Myślę: pewnie samochód na lawecie trzeba lepiej ustawić, może dodatkowo zabezpieczyć pasami, może coś się obluzowało? Wsiadamy do zastępczego samochodu, jedziemy z jego stronę. Pierwsze co zaskoczyło mnie zjeżdżając z pagórka na którym usytuowana była stacja to widok wydłużającego się w oczach korka na autostradzie. Pomyślałam o jakimś zwężeniu, robotach drogowych. To co zobaczyłam dalej zmroziło mi krew w żyłach... Uświadomiłam sobie, że widzę samochód naszego znajomego zawieszony niemalże do połowy na barierkach nad jeziorkiem! Co???? Jak???!! Jak to możliwe?? Dlaczego??!! Nie wierzę!! Wypadki, kolizje drogowe widzi się w mediach na co dzień, słyszymy o nich od znajomych. Ale kiedy dotyczą NAS odczucie jest piorunujące. Kiedy zobaczyłam twarz naszego znajomego, kierowcy jeepa łzy napłynęły mi do oczu. Za mało mieliśmy problemów? Czy ostatnie 15 godzin nie było wystarczającym koszmarem? Naprawdę, cudem chyba się nie rozpłakałam. Tak bardzo żal było mi tego człowieka. Nie wiedział co się stało. Nie mógł pojąć jakim sposobem znalazł się w takim położeniu. Jest kierowcą nie od wczoraj. Jeździł dużo większymi samochodami, ciężarówkami, naczepami. Największym szczęściem w całej sytuacji było to, iż wszyscy byli cali. Nikomu fizycznie nic się nie stało. Kolejnym szczęściem w nieszczęściu było, to że laweta z naszym samochodem siłą rozpędu nie przekoziołkowała i nie wylądowała na dachu (ponoć w takich okolicznościach to standard…), oraz to, iż nie zdołała wepchnąć jeepa do jeziora.
Nasz horror trwał nadal, tyle, że los włączył do niego kolejne osoby. Wezwaliśmy niemieckie służby, drogowe. Przyjechała policja, karetka, służby zabezpieczające autostradę. Każdy z nas miał pełne ręce roboty. Mój Tomek rozmawiał z policją i organizował dźwig aby zdjąć jeepa z barierek, ja i kolega który z nami jechał natarczywie wydzwanialiśmy do Zgorzelca i okolic organizując tym razem już dwie (!) nowe lawety. Jedną po zepsutą w wypadku lawetę wraz z naszym niesprawnym autem a drugą po pokiereszowanego jeepa z praktycznie urwanym kołem. Cieszyłam się, że mogę w jakikolwiek sposób działać, negocjować warunki i ceny przez telefon. Choć tyle. Wcześniejsze czekanie było dobijające. Godziny biegły. Niemieckie służby drogowe zholowały oba auta z lawetą na "naszego" Arala….. Znów w punkcie wyjścia. "Przyjemność" zdejmowania dźwigiem jeepa i holowanie (3 km objeżdżając autostradę) kosztowała nasz portfel 700 Euro. Boleśnie...
Po powrocie na Arala czekało nas kolejne koczowanie. Hm.. zaczęłam się już przyzwyczajać... Całe ciało bolało już okrutnie. Domyślałam się, że chłopaki czują się podobnie, a może nawet i gorzej. Czekając na lawet znów staraliśmy się zdrzemnąć, rozgrzać herbatą na stacji i nie myśleć o tym co dalej. Wcześniej wsadziliśmy zdruzgotanego kierowcę jeepa do TIR-a jadącego do Wrocławia. Grunt, żeby przynajmniej on jak najszybciej dotarł do domu. Martwiłam się o niego strasznie :-(

Niedziela, godz. 0:10

Około północy przyjechały lawety z Polski. Dwie nowe i profesjonalne auta-lawety. Załadowanie obu aut i małej lawety na której nasz samochód stał o dobrych kilku godzin przebiegło sprawnie. Nasza pomoc drogowa okazała się bardzo fachowa. Po dopełnieniu wszelkich formalności i wytargowaniu "dobrej ceny" czyli 3200 zł za zwiezienie pojazdów do Polski z niedowierzaniem ostatni raz skorzystaliśmy z "naszej" toalety na Aralu szorując zęby aby w końcu ruszyć w niekończącą się podróż.

W międzyczasie reszta naszej ekipy dawno już dojechała do Francji. Wykąpani i zadowoleni aczkolwiek zmartwieni o nas smacznie spali oddychając niesamowitym alpejskim powietrzem.

Nasza dalsza droga do Les2Aples nie należała do łatwych. Byliśmy już tak zmęczeni, że musieliśmy coraz częściej stawać aby odpocząć, przewietrzyć się i umyć twarz. Oczy same się zamykały. Byliśmy głodni. Po domowych kanapkach dawno nie zostało śladu. Próbowaliśmy zjeść coś w Szwajcarii na McDonald'sie. Niestety pomimo wysiłku i starań nie dogadaliśmy się z kobietą w okienku, która domagała się od nas franków szwajcarskich zamiast euro. Pierwszy ciepły posiłek zjedliśmy już w Grenoble we Francji... też w McDonald's. Eh.. mówiąc szczerze - to co jedliśmy było już nam obojętne. Ważne, że było ciepłe, przyjemnie pachniało i zapychało żołądki. Jeszcze tylko 60 kilometrów. Okolica stawała się coraz piękniejsza. Góry! Nareszcie :-) Resztami sił dotarliśmy do uroczego miasteczka, na szczycie którego, po przejechaniu mnóstwa zawijasów i serpentyn czekała na nas nasza ekipa narciarzy.

Kiedy człapałam do hotelowej windy zorientowałam się, że jest już niedziela a zegar wskazał godzinę 14.00.
Zjeść, umyć się, spać. Takie mieliśmy priorytety. I nic więcej. Ponoć wyglądaliśmy strasznie. Ponoć. Dobrze, że słabo to pamiętam.









foto by Katja III.2009

08.IV.2008 Aaaaaaaa!!!

/mieszkanie/

Nie wyrabiam się! Z niczym! Od rana ślęczę przez komputerem usiłując zorganizować transport czegoś ogromneeeego do Kaliningradu oraz przetłumaczyć niełatwe wyrażenia na jakże ponoć prosty w tym wypadku język angielski. Eh.. brakuje słów! W polskim jest tyle odpowiedników, słów bliskoznacznych, a tu.... Help! Marzę, żeby rzucić to w diabły i w końcu napisać zaległego posta o mojej narciarskiej wyprawie! To na pewno sprawi mi frajdę:-) Ale jak ktoś mądry kiedyś powiedział - bez pracy nie ma kołaczy. Najpierw nudne i żmudne obowiązki.. niestety.. :-(
Tik tak, tik tak.. czas mi ucieka a o 12.00 znów muszę wyruszać z domu aby zdążyć z kolejnymi czynnościami. Wiem już na pewno, że dziś nie uda mi się wyjechać do rodziców. Najzwyczajniej w świecie nie zdążę :-(

Wczoraj wieczorem pośliznęłam się na mokrej podłodze w łazience. Szczęśliwie uniknęłam upadku, ale walka o równowagę spowodowała silny ból w wyremontowanym biodrze. Dziś też boli. Mniej, ale jest to uciążliwe :-( Hm... dzisiejszy dzień nie należy do najlepszych...


foto: net

wtorek, 7 kwietnia 2009

07.IV.2009 6 miesiecy po osteotomii

/mieszkanie/

Cały dzień spędziłam w moim ukochanym autku :-) Przerzuciłam też z garażu do samochodu i z powrotem łącznie 10 opon (8 moich i 2 taty). Czuję się jak umorusany wulkanizator... Ale mam już w miacie letnie oponki :-)

Rozwiązałam dziś umowę z moim pracodawcą... Eh, w pewnej mierze czuję się wolnym i głębiej oddychającym człowiekiem :-) Wow! Jakie to miłe uczucie!

Poznałam też dziś Magdę :-) Przemiłą dziewczynę, która czeka na ganza i jak się okazało... mieszka 300 metrów ode mnie ;-) Hahhaha, niesamowite!

Będąc u Magdy, wspominając mój zabieg, opowiadając o tym "jak to jest" uświadomiłam sobie, że dziś mija 6 miesięcy od operacji. 6 miesięcy... jak ten czas biegnie... jak szalony. To było 6 miesięcy inwestowania w siebie - tak to postrzegam.

Dziś na ostatnim spotkaniu z moim rehabilitantem - kontrolnym spotkaniu po nartach podsumowaliśmy owe pół roku. To było kilka miesięcy ciężkiej pracy. Pracy, która zaowocowała dużymi efektami. Pracy, która pozwoliła mi cieszyć się przez tydzień szaleństwem w Alpach :-)

Najprawdopodobniej jutro wyruszam w trasę do rodziców. Biodro jeszcze nie odpoczęło od ostatnich podróży... ale mam nadzieję że skoro przejechało 3 dni temu w jednym ciągu 1800 km to niecałe 400 też wytrzyma ;-) 400 km wydaje się być teraz pesteczką ;-)

Funduję sobie w tym momencie godzinkę relaksu a potem wracam do zajęć, laptopa, odpisywania blogowiczom, wieczornych kursów samochodem po znajomych (w końcu trzeba się spotkać choć na momencik między jednym wyjazdem a drugim), pisania dłuuuugiego posta czy też reportażu z wyprawy do Francji i innych jakiś tam spraw.

Pół roku minęło! A co! Jest co świętować :-)


foto: net

niedziela, 5 kwietnia 2009

05.IV.2009 Wróciłam

/mieszkanie/

09.50
Wysiadłam z samochodu jakieś 1,5 godz temu. "Połamana", zmęczona, śpiąca, obolała. Ale zadowolona :-) Hm.. co to powiedzieć w dwóch krótkich słowach? (na cztery już nie mam siły ;-) ) Po pierwsze chyba to, że francuskie Alpy są piękniejsze od dobrze mi znanych włoskich i austriackich (przynajmniej na gorąco tak myślę). Druga rzecz to nasza podróż "tam" była istnym koszmarem, co na pewno opiszę w najbliższym poście. Po trzecie - wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie, wyszaleliśmy się i najeździliśmy w pięknej scenerii bardzo zaśnieżonych i słonecznych gór. Po czwarte - trzeba podsumować biodro. To także szczegółowo zrobię w następnym poście (teraz, po 22 godzinach spędzonych w samochodzie, marzę o prysznicu i odżywczym śnie we własnym łóżku). W każdym razie operowane biodro całkiem zgrabnie zniosło wycisk jaki dostało na stokach. Natomiast dużo gorzej strawiło ciasnotę i tę samą pozycję podczas męczącej i szalenie długiej jazdy samochodem.
Na dziś tyle. Więcej nic nie powiem bo głowa nie pracuje tak jak powinna.
W kolejnych postach na pewno będę zanudzać ogromem zdjęć alpejskich, dlatego w tym poście nie zamieszczam ani jednego :-)
Dobranoc, pchły na noc.

piątek, 27 marca 2009

27.III.2009 Na południe! Wyjazd!

/mieszkanie/

Spakowani, zniecierpliwieni czekamy na resztę ekipy. Jeszcze tylko zapakowanie tobołków w samochody i start! Na ten moment jestem wymęczona. Mam nadzieję, że przez ten tydzień aktywnie wypocznę i odsapnę od codzienności :-)
Pozdrawiam wszystkich blogowiczów :-)
Trzymajcie się!


foto: net

czwartek, 26 marca 2009

26.III.2009 Pakowanie

/mieszkanie/

Nie wiem czy jest coś co bardziej męczy od pakowania się. To moja najgorsza z najgorszych czynności :-/ Nieee! Jest jeszcze gorsza - rozpakowywanie się!
Eh, muszę to przetrwać jakoś. Choć mimo nieuchronnie zbliżającej się północy ja ciągle jestem w lesie! Z pakowaniem tobołków naturalnie. Ja tu ciągle o pakowaniu a nie wiadomo po co to pakowanie ;-) Oczywiście - pakowanie ma ścisły związek na wyczekiwanym od pół roku wyjazdu w Alpy :-) Tak, tak, jutro o tej porze będę już pędziła gdzieś pewnie niemieckimi autostradami w kierunku Les2Alpes. Nasza podróż będzie dotychczas najdłuższą w życiu, bo spędzimy w samochodach non stop ok. 20-24 godzin. To wydaje się koszmarem. Ale za to nagroda będzie wspaniała! Od najbliższej niedzieli zjazd po zjeździe będę nacieszać oczy tym co bajeczne, monumentalne, niedoopisania... Alpami :-) Bo czy jest coś piękniejszego niż majestatyczne góry, pokryte śniegiem, skąpane w słońcu, nagie szczyty skalne odsłonięte bezlitosnym siekącym wiatrem? Góry, które pamiętają epokę zlodowacenia i zdawać by się mogło przetrwają wszystko...
To brzmi tak pięknie. I pojawia się pytanie.. czy noga sobie poradzi? To pytanie dzwoni w uszach co dnia. Tym razem nie będę zjeżdżać z małych polskich górek, które można ogarnąć wzrokiem i pokonać jednym tchem. Tym razem to już nie test sprawności tylko wielkie wyzwanie i duża sprawa...
W mojej torbie czeka już spakowany ochraniacz na biodra. Dostając go od rodziców musiałam przysiąc, że nie mając go na sobie nie wepnę nart. Profesjonalny, kierowany dla zawodników ma zabezpieczyć moje stawy przed ewentualnymi skutkami upadków. Prawda jest taka, że na nartach upadki zdarzają mi się bardzo, bardzo rzadko. Ostatnie 2 sezony przejeździłam bez "dachowania". Jednak kiedy to już się zdarza.... to nie jest zwykły upadek czy przewrotka ale taki "dzwon", który ukazuje niezliczony zastęp oszałamiających gwiazd. Zwykle taki "dzwon" jest na dużej prędkości i ostrym nachyleniu trasy więc jego echo brzmi dość donośnie. Zwykle, ale nie tym razem. Tym razem będą mniejsze nachylenia i mniejsze prędkości. Musi tak być, choć w tym momencie wydaje mi się to nie do zrealizowania.. ;-) Obiecałam mojemu terapeucie, rodzicom, znajomym, bliskim i samej sobie, że tym razem nie będzie szaleństw. I zamierzam obietnicy dotrzymać.

Jeszcze tylko ubrania, parę gratów, aparat, baterie, trochę tego jest. Na szczęście mam jeszcze jutro pół dnia na dopakowanie reszty. Dziś już dosłownie padam z nóg. Oczy same zamykają się a nogi proszą o zwolnienie z obowiązku podtrzymywania całej reszty. Ręce bolą- w końcu pół dnia pichciły i szykowały posiłki na wyjazd. 8 litrów strogonowa! Kto to zje? Liczę, że będziemy mieli wilczy apetyt.

Siłą rzeczy na tydzień biorę urlop od bloga :-) W Francji nie będziemy mieli internetu, a nawet gdybyśmy mieli zamierzam odciąć się od świata. Dosłownie. Może dla niektórych to co teraz napiszę będzie przykładem oksymoronu, ale: Katja nie bierze ze sobą laptopa! :-) Śmieszne? Hahhaa, ale prawdziwe! Tym samym na pewno aż do 5 a może 6 kwietnia nie pojawi się nic nowego na blogu :-) Ale za to później..! Eh, później rozpłynę się w opisach!

Papapapa!




fotos: net

poniedziałek, 23 marca 2009

23.III.2009 Spacerowiczka II

/mieszkanie/

Za 4 dni wyruszam w moją długo planowaną podróż. Podróż, która będzie nie lada sprawdzianem dla nogi. Przede mną eksploracja francuskich Alp na dwóch deskach. Myślenie o wyjeździe zajmuje mi całą głowę. Nie ma miejsca na nic innego, no może prawie..
Przyprawiający o zawrót głowy, silny a jednocześnie piękny zapach hiacyntów w mieszkaniu mówi mi, że jak wrócę z nart może zastanę tu wiosnę w pełni? A skoro wiosna to nieuchronnie zbliżający się termin drugiej operacji.. Jakie to wszystko wydaje się być ułożone i zaplanowane. No właśnie..

W dzisiejszym poście nie sposób nie wspomnieć o mojej Spacerowiczce, o którą pyta wielu czytających bloga. Specerowiczka, której historię dość szczegółowo opisałam w lutowym poście cierpliwie czekała aż profesor wróci do zdrowia aby móc pojechać na konsultację. W trakcie tego oczekiwania - jeśli się nie mylę było to ok. 1,5 - 2 miesięcy - ból w jej biodrze ustał. Wydaje się, że wszystko wróciło do pozytywnego stanu. Dobrą kondycję nogi potwierdził na wizycie profesor. Nic nie boli, noga jest sprawna, Spacerowiczka uśmiechnięta od ucha do ucha, czeka na termin co do drugiej nogi (tak jak ja ma obustronną dysplazję). A więc co to było? Skąd siniak, potężny ból i dyskomfort? Skąd pomysły lekarzy ortopedów z okolicy zapowiadających drugą operację, mówiących o "poluzowanych śrubach", pęknięciu świeżo zrośniętej kości? Nie wiem, nie mam pojęcia. Moje wiadomości od Spacerowiczki póki co są dość ogólnikowe. Najważniejsze to, to, że nie trzeba ciąć, robić żadnych poprawek i ingerować w staw. Wygląda na to, że wszystko było w porządku i jest w porządku! Katastrofa i czarne chmury, które wisiały nad moją koleżanką rozeszły się i nie pozostało po nich śladu. Choć w mojej głowie kłębi się mnóstwo pytań - dlaczego? Jak? Najważniejsze, że już jest dobrze. Może z czasem dowiem się czegoś więcej na ten temat. Jeśli tak - na pewno postaram się przekazać te informacje na blogu. Póki co cieszę się razem z moją koleżanką i mówiąc prawdę kamień spadł mi z serca kiedy usłyszałam od niej te pozytywne wiadomości :-) Choć opuszkami palców czuję, że nie tylko ja odetchnęłam z ulgą... ale wielu czytelników bloga a przede wszystkim potencjalnych "przyszłych ganzów" :-)


foto: net

piątek, 20 marca 2009

20.III.2009 Mega zmęczenie

/mieszkanie/

Tak jak w tytule - padam z nóg. Padam, a nie zrobiłam dziś nawet 1 ćwiczenia. Jestem na siebie strasznie zła z tego powodu, ale mówiąc szczerze dopiero teraz, o 23.40 mam możliwość usiąść spokojnie i odpocząć choć na moment (póki nie zasnę na siedząco). Pół dnia zajmowałam się moją kochaną siostrzenica - nauczyła się już chodzić i jest wampirkiem energetycznym. Eh.. nie spodziewałam się, że aż tak da mi popalić. Drugie pół dnia sprzątałam, szykowałam i pichciłam a potem przyjmowałam gości na naszym przednarciarskim spotkaniu. Wszystko zgrabnie się udało. Wyjazd zaplanowany i dopięty na ostatni guzik. Za tydzień o tej porze będę już pędzić autostradami w kierunku Les2Alpes. Nie mogę się doczekać.
Ale teraz, najbardziej nie mogę doczekać się kiedy wezmę przyjemną kąpiel i wskoczę pod kołdrę. Dawno nie byłam tak zmęczona jak dziś - całkiem jak po całym dniu pracy w kamieniołomach.

Ps. Operowana noga nie boli. Za to przy dźwiganiu małego wampirka kilka razy dało znać o sobie "zdrowe"... ale czemu się dziwić. Teraz ono jest chore :-)


foto: net

poniedziałek, 16 marca 2009

16.III.2009 Pogoń

/dworzec/

Musze szczerze przyznać, że jestem nie w sosie. A to dlatego, że wbrew swojej woli zostałam zmuszona do pogoni za konduktorem :-/ Konduktorem a raczej szefem konduktorów - jakkolwiek fachowo to się zwie. Przedzierając się przez wagony pociągu relacji Berlin-Warszawa szukałam przesyłek konduktorskich. Jak się okazało moją drogocenną przesyłkę, którą miałam do godz. 15 dostarczyć w ważne miejsce nie wiedzieć czemu zabrał szef szefów i maszerował z nią w jakieś dziwne miejsce na dworcu. Jak się w pośpiechu dowiedziałam miała powrotnie zostać nadana do adresata! Z jakiej paki pomyślałam? Przecież tu jestem, punktualnie, szukam jej! Że też muszą tak skutecznie utrudniać życie człowiekowi :-/ Pan mega ważny konduktor nic nie robiąc sobie moich wydostających się z głębi pociągu nawoływań pod jego adresem maszerował (wydawało mi się coraz szybciej) peronem a ja widziałam jak jego postać robi się coraz mniejsza i mniejsza. Aby zupełnie nie zniknęła puściłam się pędem za jego czarnym powłóczystym płaszczem. Biegnąc, bez przygotowania, bez rozgrzania mieśni po dłuuugim peronie czułam, że nie jest to dobry pomysł. Ale nie miałam wyjścia. Wściekła dogoniłam go jak zamykał za sobą drzwi jakiegoś pomieszczenia na końcu peronu. Jego drwiący uśmieszek jasno powiedział mi, że doskonale słyszał moje wołanie zanim i prośbę aby się zatrzymał. No to zrobiłam sobie mały sprincik na 200 metrów. Z przesyłką pod pachą wróciłam do samochodu. Czułam ból w operowanej nodze i wciąż gotowałam się na myśl o konduktorze. Eh, co za dzień!


foto: net

niedziela, 15 marca 2009

15.III.2009 Seven pounds

/mieszkanie/

Kilka dni temu oglądałam film "Seven pounds". Wyjątkowy i zapadający w pamięć. Do dziś o nim myślę. Film porusza najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy, mówi o darze życia, o tym ile jesteśmy w stanie poświecić dla drugiej osoby... Oglądając film nie miałam pojęcia o czym jest - nie lubię czytać recenzji filmowych, bo często zbyt dokładne opisy psują cały efekt zaskoczenia i przyjemności zgłębiania obrazu. Czy mnie zadziwił? Bardzo. Ujął, wzruszył i wywołał lawinę myśli. Seven pounds początkowo tajemniczy imponuje muzyką i zgrabnie skonstruowanym scenariuszem. Rola Willa Smitha - zagrana wybornie. Dla mnie - mistrzostwo świata.





foto: net

piątek, 13 marca 2009

13.III.2009 Przed i po

/mieszkanie/

Czas tak szybko biegnie, że kiedy to sobie uświadamiam łapię się za głowę. Jeszcze niedawno przygotowywałam się do operacji, martwiłam wszystkim, planowałam autotransfuzję krwi, przeszywałam bieliznę, tak abym po zabiegu mogła sama się ubierać.... a dziś? Dziś już zapomniałam o tym wszystkim. Chociaż... mam poczucie, że z każdym płynącym dniem będę na nowo przeżywać i przypominać sobie.. bo jakby nie liczyć mamy połowę marca a 21 maja mam już termin przyjęcia do szpitala na drugą nogę... Heh, jak to brzmi! "na drugą nogę" ;-) Całkiem jakbym podnosiła kieliszek do ust z gromkim toastem: no to na drugą nogę! Hm... w sumie coś w tym jest. Udaną operację, "nowe biodro" warto pewnie uczcić i to nie jednym kieliszkiem na przykład ulubionego wina. Co do wina - teraz basta! Twardo trzymam się postanowienia zrzucenia kilku kilogramów więc wino i inne tego rodzaju "rozpychacze" nie są mile widziane ;-)

Nadal chodzę na rehabilitację, choć można by powiedzieć: po co skoro jeżdżę już na nartach? Ano właśnie po to. Chodzę i ćwiczę aby utrwalić pozytywne zmiany, to co udało nam się wspólnymi siłami wypracować, po to aby zyskać jeszcze lepszą formę, zapewnić stawowi to czego potrzebuje- mięśnie, siłę, poprawną postawę, duży zakres ruchu. I jakby nie patrzeć prawe biodro ma tylko 2 miesiące na dojście do znakomitej formy - tak aby po operacji lewego mogło dzielnie znosić wszystkie utrudnienia i ogromne obciążenie z racji wyłączenia z użycia lewej nogi. Dla takiego biodra to gruuuuuba sprawa.
Moje domowe i basenowe ćwiczenia znowu zostały nieco zmodyfikowane i utrudnione. Obie nogi naprawdę mają co robić. Naturalnie dbać trzeba o obydwie - jedną wzmacniam po a drugą przed ganzem.
Dziś piękna pogoda za oknem. W sam raz na hulajnogę :-)


foto: net

poniedziałek, 9 marca 2009

09.III.2009 To był weekend!

/mieszkanie/

Dziś już spokojnie leniuchuję na kanapie przy dobrej muzyce. W nocy wróciliśmy z wojaży i narciarskich wypraw. Było naprawdę pięknie i wesoło.
Piątek spędziliśmy w Istebnej, sobotę z powodu kiepskiej pogody wypoczywaliśmy w domu rodziców a w niedzielę znów wyruszyliśmy na stok. Tym razem do Wisły. Pogada marzenie! Słoneczko, mnóstwo świeżego śniegu, super humory, wspaniale przytulne góralskie knajpeczki :-) Tym razem postawiliśmy na nieco trudniejszy stok. Biodro pokazało klasę i nawet nie mruknęło. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. To był naprawdę udany i pełen wrażeń weekend. Weekend, w którym zrobiłam chyba krok do przodu ;-)









foto by Katja&Tom III.2009.

piątek, 6 marca 2009

06.III.2009. Accept No Limits! 5 miesięcy po osteotomii okołopanewkowej

/Istebna/

Veni, vidi, vici! :-)
Plany, marzenie, cel, postanowienie, misja zostały spełnione i zrealizowane zgodnie z zapowiedzą. Zapowiedzą daną samej sobie. Dokładnie pięć miesięcy po osteotomii okołopanewkowej stanęłam na szczycie Gronia w Istebnej. Z mieszanymi uczuciami a mówiąc szczerze dużym strachem wykonałam pierwsze ostrożne szusy. Chwilę później, kiedy oswoiłam się z dawno nie wykonywaną aktywnością i nowymi nartami śmigałam już pewniej. Z każdym zjazdem czułam się lepiej. Powolutku powróciła lekkość i swoboda ruchów. Najważniejszym był brak jakiegokolwiek bólu! Szczerze? Nie mogłam w to uwierzyć! Jeszcze jadąc wyciągiem na szczyt byłam pewna, że będzie boleć, zastanawiałam się tylko w jakim stopniu i gdzie. Po 8 zjazdach okazało się, że prócz (standardowego) bólu w kolanie (część przyśrodkowa) nie było żadnego nieprzyjemnego odczucia bólowego ani w biodrze ani w reszcie nogi. Cóż mówić więcej? Wygląda na to, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem :-) Bardzo, bardzo chciałam, żeby to się udało... i udało się!

Z całego serca dziękuję wszystkim którzy pomogli mi zrealizować moje marzenie o nartach. Tym, którzy wykonali wspaniałą i ciężką pracę począwszy od operacji przez pomoc i wsparcie w trudnym czasie po zabiegu. Tym którzy swoją cierpliwością i fachową wiedzą postawili mnie"do pionu" w trakcie żmudnego i niełatwego okresu rehabilitacji. Tym, którzy trzymali za mnie kciuki i tym którzy wierzyli, że zrealizuję swoje założenie. Dziękuję również wszystkim, którzy chłodzili mój zapał i przypominali o rozwadze - to niezwykle ważne.

Moje wewnętrzne odczucia i dzisiejsze samopoczucie mogę chyba tylko odnieść do ulubionego cytatu wspaniałego freedivera Patrica Musimu:

"Nothing is absolute. Redefine concepts, redefine yourself.
Barriers are in your mind.
Accept No Limits."




fotos by Katja&Tom Istebna III.2009

środa, 4 marca 2009

04.III.2009 Magik

/mieszkanie/

Wszem i wobec głośno obwieszczam, że mój rehabilitant jest magikiem :-)
Magikiem z prawdziwego zdarzenia, i nie ma tu mowy o szarlataństwie. Ktoś się zastanawia jak to możliwe? W takim razie winna jestem kilku słów wyjaśnienia. Ostatnie kilka dni w stresie obserwowałam to co dzieje się z nogą (a raczej obydwoma kończynami). Poniedziałkowy wieczór skończył się na płaczu i kompletnym załamaniu. Nie mogłam poradzić sobie z bólem, nie rozumiałam skąd się wziął, na plecach czułam ciśnienie związane z planami narciarskimi - podsumowując kompletna rozsypka. Wczoraj (wtorek) ledwo doczłapałam się za moje ćwiczenia. Z grobową miną opowiedziałam Panu Piotrowi co się dzieje. Parzący, inny niż dotychczas ból w całej nodze, promieniujący, otaczający udo, zawijający się pod kolano od wewnętrznej strony; łupiący i potężny ból w prawym pośladku; do tego wszystkiego znany choć w tym wypadku wciąż zadziwiający i nowy ból w "zdrowej" lewej nodze. Ogólnie katastrofa. Mój rehabilitant przez godzinę w skupieniu "wałkował" mnie na kozetce. Rozpoznawał, uciskał, rozmasowywał, przyglądał się. Wiele z wykonywanych czynności było bardzo bolesnych, ale przecież do czego innego jestem bardziej przyzwyczajona jak nie do bólu właśnie? Żyłam z nim tyle lat.... do niedawna, przed operacją, to wtedy kiedy nie bolało zaczynam czuć się dziwnie i nieswojo..
Całą godzinę zajęć poświeciliśmy na diagnozę i eliminowanie bólu. Nie bardzo wierzyłam, że efekty będą jakieś znaczące. To co ostatnio się działo naprawdę dało mi w kość...
Wiedziałam, że ocenę tego czy jest lepiej, czy coś się zmieniło muszę pozostawić sobie na dzień następny. Dziś zgodnie zgodnie z zaleceniami Pana Piotra nie było szaleństwa z ćwiczeniami, zwolniłam tempa. Jednak cały dzień coś robiłam, jeździłam samochodem, byłam na zakupach, na spotkaniach ze znajomymi, zrobiłam też kilka rundek hulajnogą. I jak jest? Jest dobrze :-) Dokuczliwy, silny i bardzo niepokojący ból został we wspaniałej większości zredukowany! Gdybym miała jakoś go oszacować powiedziałabym, że z tego co było jeszcze wczoraj rano pozostało jakieś 15-20% Moja radość jest ogromna :-) Trochę się uspokoiłam, mam poczucie, że nie dzieje się nic złego. Noga była mocno przesilona a wprawne ręce dobrodzieja Pana Piotra pomogły spracowanym mięśniom i ścięgnom. Dały im trochę oddechu. Wierzę, że jutro też będzie dobrze a może nawet lepiej? Jutro również mam zajęcia. Nie mogę się doczekać, żeby omówić wszystko z Panem Piotrem.
Domyślam się, że ogromną rolę ma też masaż podwodny na którym byłam tuż przed zajęciami rehabilitacyjnymi. Potężne ciśnienie wody dokładnie wymasowało mięśnie, zminimalizowało napięcie. Uczucie, kiedy woda pod ciśnieniem przesuwa skórę i drąży mięśnie jest fenomenalne. Nie dam rady opisać go słowami. Przynosi ogromną ulgę. Wspaniały wynalazek :-)
Znowu zaczęłam wierzyć (a były już chwile poważnego zwątpienia i braku wiary), że zgodnie z planami, w piątek, w pięć miesięcy po mojej osteotomii okołopanewkowej znów będę zjeżdżać na nartach. Oczywiście spokojnie, najważniejsze aby moje świeżo zainstalowane w głowie hamulce działały jak trzeba. Czy sobie poradzę? Czy podołam wyzwaniu jakie świadomie sobie założyłam? Jedni pukają się w głowę i traktują jak wariatkę, inny patrzą i sądzą, że to tylko czcze gadanie, jeszcze inni wiedzą, że to zrobię... A ja? Wierzę, oczywiście, że wierzę. Bez tego nie ma sensu zakładać butów narciarskich. Boję się, ale jednocześnie chcę, wierzę i traktuję to bardzo poważnie. Ciężko pracowałam przez ostatnie 5 miesięcy i mocno wierzę, że poradzę sobie z wyzwaniem. Nie chcę wiele. Nie mam zamiaru bić rekordów szybkości, stawać na starcie slalomu giganta ani fundować sobie jazdy życia - na to przyjdzie jeszcze odpowiedni czas. Moje marzenie na dziś dzień to jedynie wolniutkie ześlizgiwanie się z łagodnego stoku, długie skręty i spokojne, bezupadkowe zjechanie z góry choćby 1 .. 2 .. 3 razy.. Wtedy będę szczęśliwa.

PS. Panie Piotrze, dziękuję! Cel coraz bliżej :-)

Mój najlepszy trener i instruktor pod słońcem - Tata


Marmolada - szczyt


Passo Tonale - Passo Paradiso 2585 m. n.p.m.


Marmolada 3343 m. n.p.m.


fotos by K&T 2006-2008

poniedziałek, 2 marca 2009

02.III.2009 Nie ma o czym mówić

/mieszkanie/

Mycie okien + (tylko) 2 serie ćwiczeń + sprzątanie mieszkania + godzina ćwiczeń na basenie + kilka rundek hulajnogą = ból przy chodzeniu jak cholera... :-/


foto: net