Zapakowani po czubek dachu wyruszamy w ósemkę na dwa samochody zgodnie z kierunkiem nawigacji. Nasz cel podróży: Francja, miasto Les2Aples położone na wysokości
Minęła godzina. Jest coraz zimniej. Siedzimy i denerwujemy się, czujemy się całkowicie nieprzydatne :-( Początkowo próbujemy proponować zziębniętym chłopakom kanapki i gorącą kawę. Na każdy gest reagują jak wściekłe byki. Przestajemy próbować... Nerwy udzielają się wszystkim. Mija kolejna długa godzina. Bez zmian. Auto nie jest w stanie jechać dalej. Teorii jest kilka: 1) turbina, 2) pompa paliwowa, pompa wtryskowa... Trzeba podjąć męską decyzję. Jedno - sprawne auto jedzie dalej w drogę, nie ma na co czekać. A jedna osoba z naszego niesprawnego samochodu ma przesiąść się do drugiego i z resztą w piątkę, upchani jak śledzie pojadą do celu. Ktoś przecież musi odebrać pokoje, zameldować się itd. Trzy osoby z naszego auta zostają i ... no właśnie i co robią? Kombinują. Wiedziałam, że dla mnie zostanie na zimnie, w niesprawnym aucie, czekanie na pomoc albo próby naprawienia samochodu są głupim pomysłem. Biodro nie będzie mi za to wdzięczne. Już sama podróż jest kiepsko akceptowana przez nogę a co dopiero podróż w nieskończone... Jednak bez chwili namysłu "wcisnęłam" koleżankę, która z nami jechała do drugiego samochodu. Dostali od nas wskazówki i ruszyli w dalszą drogę. Nie mogłam zostawić mojego partnera w kłopocie, druga sprawa - jestem kierowcą, a w takich okolicznościach ilość driverów ma znaczenie. Inna rzecz - wierzyłam, że jestem przydatna, będę mogła się czymś zająć…
Sobota godz. 4.30.
Czekamy na auto zastępcze, które jedzie do nas z Polski. Poza tym, jedzie do nas tata mojego szwagra sporym jeepem z lawetą na haku holowniczym- zholuje nasz samochód do Polski i odstawi mechanikowi. Nie zdecydowaliśmy się na naprawę w Niemczech. Po krótkiej analizie wiedzieliśmy, że to byłoby bolesne finansowo. Próbujemy zasnąć w samochodzie. Chłopaki z przodu, ja z tyłu niemalże na torbach i paczkach (aby piąta osoba mogła zmieścić się w sprawnym samochodzie do nas dorzucono mnóstwo pakunków). Jesteśmy zziębnięci z zimna, przemęczeni. Zmęczenie i ogarniające Zimonie daje zasnąć. Na dworze jest ok.
Sobota, godzina 17.00
Nareszcie! Po 12 godzinach czekania nadjeżdża nasz ratunek! Dzięki Bogu! Nasz zastępczy kombi kolegi oraz tata szwagra z lawetą, na którą zaraz wepchniemy naszego przyprawiającego nas o siwe włosy pochłaniacza mamony "grata". (Mówię "grata" ale na co dzień strasznie lubię to auto.. niestety). Operacja laweta trwała nie dłużej niż pół godziny. Kolega, który przyprowadził nam zastępcze auto oraz właściciel jeepa z lawetą odjechali w kierunku na Zgorzelec. Mają około
Eh.. czuję się wspaniale! Koniuszkami palców wyczuwam, że tuż tuż za rogiem czeka mnie odpoczynek w (miejmy nadzieję) wygodnym hotelowym łóżku. Oczyma wyobraźni widzę jak szczęśliwe dojeżdżamy na miejsce :-) Przed dalszą podróżą czyścimy szyby na "naszym" już Aralu.
Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wsiąść do samochodu kiedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki - znajomy z jeepa holujący nasz samochód... Prosi abyśmy podjechali do niego.. ponoć stoi
Niedziela, godz. 0:10
Około północy przyjechały lawety z Polski. Dwie nowe i profesjonalne auta-lawety. Załadowanie obu aut i małej lawety na której nasz samochód stał o dobrych kilku godzin przebiegło sprawnie. Nasza pomoc drogowa okazała się bardzo fachowa. Po dopełnieniu wszelkich formalności i wytargowaniu "dobrej ceny" czyli 3200 zł za zwiezienie pojazdów do Polski z niedowierzaniem ostatni raz skorzystaliśmy z "naszej" toalety na Aralu szorując zęby aby w końcu ruszyć w niekończącą się podróż.
W międzyczasie reszta naszej ekipy dawno już dojechała do Francji. Wykąpani i zadowoleni aczkolwiek zmartwieni o nas smacznie spali oddychając niesamowitym alpejskim powietrzem.
Nasza dalsza droga do Les2Aples nie należała do łatwych. Byliśmy już tak zmęczeni, że musieliśmy coraz częściej stawać aby odpocząć, przewietrzyć się i umyć twarz. Oczy same się zamykały. Byliśmy głodni. Po domowych kanapkach dawno nie zostało śladu. Próbowaliśmy zjeść coś w Szwajcarii na McDonald'sie. Niestety pomimo wysiłku i starań nie dogadaliśmy się z kobietą w okienku, która domagała się od nas franków szwajcarskich zamiast euro. Pierwszy ciepły posiłek zjedliśmy już w Grenoble we Francji... też w McDonald's. Eh.. mówiąc szczerze - to co jedliśmy było już nam obojętne. Ważne, że było ciepłe, przyjemnie pachniało i zapychało żołądki. Jeszcze tylko
Kiedy człapałam do hotelowej windy zorientowałam się, że jest już niedziela a zegar wskazał godzinę 14.00.
Zjeść, umyć się, spać. Takie mieliśmy priorytety. I nic więcej. Ponoć wyglądaliśmy strasznie. Ponoć. Dobrze, że słabo to pamiętam.







foto by Katja III.2009



























