/mieszkanie/
Planowo poranek zdecydowałam zacząć od rzutu monetą. Reszka - zostaję na weekend w domu (a przynajmniej jego okolicach), orzeł - w ciągu godziny pakuję walizkę i samotnie ruszam nad morze z bagażnikiem wypakowanym niepołkniętymi jeszcze książkami. Było jednak inaczej... obudził mnie porażający niewyspaną głowę odwiert.... odwiert sąsiada sugerujący, że zakupił lepszą wiertarkę i naprawia albo demoluje. Jedno z dwojga. Ten start nasunął mi w myślach (a może je wypowiedziałam..? ) kilka brzydkich słów.
Po wczorajszej jodze - na której nota bene czułam się bombowo a biodro a nawet biodra (!!) współpracowały wspaniale - zwleczenie się z łóżka było wyzwaniem. Do teraz mimo, że jest już przed 11 siedzę w piżamie i nie mogę zaplanować porządku dnia.Wiem, że na pewno nie rzucę już monetą. Ach.... żałuję bo to strasznie kręciło. Choć przyznam, ze generator liczb losowych byłby jeszcze bardziej podniecający! Bez monety czy generatora zerknęłam w długoterminowe prognozy pogody i chłodno zdecydowałam, że pojadę w przyszły czwartek. Miało być spontanicznie - jest praktycznie.
Wracając do biodra. Jak ostatnio pisałam - nic nie rozumiem, bo od bodajże 3 dni nie boli... No, może NIC to trochę przesadzone, ale odczuwam diametralną zmianę. Biorąc pod uwagę to, że kwestia bólu jest dla mnie jak codzienne mycie zębów to co teraz się dzieje jest niepojęte. Ja jestem pełna strachu, że to tylko cwaniacka zagrywka, cisza przed burzą a na pewno przez jakimś wyjazdem... ja zawsze dostanę swój łomot. To tylko kwestia czasu... Jest też inna myśl. A co jeśli to co robimy z moim fizjoterapeutą naprawdę działa... ? (nie obraź się Piotrze za te dywagacje).. i ta bezbólowa tendencja ma się utrzymywać...? Co zrobić, co zrobić...? Pytam sama siebie, bo wrzesień, który zaplanowałam w najdrobniejszym szczególe z każdą godziną zdaje się być bliżej... Wrzesień - co za enigmatyczne pojęcie. W końcu powiem to chyba otwarcie, choć sama przed sobą też do tej pory wyrażałam się półsłówkami. Wrzesień a konkretniej 27 września - to wyznaczona data mojej kolnej operacji. Kapoplastyka. Recz jasna: prawe biodro. Nie, to nie znaczy, że się poddałam albo z góry założyłam porażkę.Gdyby tak było nie przeszłabym 2 razy Ganza i nie walczyła ponad 2 lata o to biodro. Czasem jednak trzeba powiedzieć basta! No i kiedy w końcu to powiedziałam, przełknęłam wizję skalpela, całego bólu i niezdarności jaką niesie za sobą następna operacja... ono znów robi hecę i milczy. Nauczona doświadczeniem - nie wierzę w nic. Nie ufam, podejrzliwie stawiam każdy krok szukając znajomego łomotu. Boję się. Co zrobię we wrześniu.....? To nie jak rzut monetą....Orzeł czy reszka... NIE!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą operacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą operacji. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 sierpnia 2010
niedziela, 7 czerwca 2009
07.VI.2009 Zosia samosia
/mieszkanie/
Zrobiłam sobie obiad. Oczywiście z tzw. mrożonego gotowca ;-) Pozmywałam zlew naczyń i w miarę zasięgu rąk ogarnęłam kuchnię. Na jednej w dodatku bolącej nodze wyżej wymienione czynności zmęczyły mnie jak co najmniej pół dnia pracy na plantacji trzciny cukrowej. Ale jestem z siebie zadowolona. Staram się też samodzielnie ćwiczyć co zdaje się być jeszcze trudniejsze. Leżąc siłą mięśni zginam nogę w kolanie podciągając ją do wygodnej pozycji, którą lubią moje plecy ;-) Tak samo gramoląc się do łóżka czy na kanapę staram się coraz mniej pomagać operowanej nodze nie przesuwając jej ręką czy drugą nogą. Zmuszam ją aby sama starała się wykonywać takie czynności. Również sama organizuję sobie prysznic. Przecież wchodzenie do wanny mam już opanowane do perfekcji z czasów pierwszej operacji ;-)
Staram się radzić sobie w pojedynkę. Nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. Chcę w jak największym stopniu być niezależna.
Zrobiłam sobie obiad. Oczywiście z tzw. mrożonego gotowca ;-) Pozmywałam zlew naczyń i w miarę zasięgu rąk ogarnęłam kuchnię. Na jednej w dodatku bolącej nodze wyżej wymienione czynności zmęczyły mnie jak co najmniej pół dnia pracy na plantacji trzciny cukrowej. Ale jestem z siebie zadowolona. Staram się też samodzielnie ćwiczyć co zdaje się być jeszcze trudniejsze. Leżąc siłą mięśni zginam nogę w kolanie podciągając ją do wygodnej pozycji, którą lubią moje plecy ;-) Tak samo gramoląc się do łóżka czy na kanapę staram się coraz mniej pomagać operowanej nodze nie przesuwając jej ręką czy drugą nogą. Zmuszam ją aby sama starała się wykonywać takie czynności. Również sama organizuję sobie prysznic. Przecież wchodzenie do wanny mam już opanowane do perfekcji z czasów pierwszej operacji ;-)
Staram się radzić sobie w pojedynkę. Nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. Chcę w jak największym stopniu być niezależna.
środa, 27 maja 2009
27.V.2009. W pionie!
/szpital im.A. Grucy, Otwock/
Druga doba po osteotomii Ganza.
Wczoraj po całym dniu leżenia plackiem nie mogłam się doczekać kiedy zdejmą mi dziś dren i cewnik i pozwolą wykaraskać się z łóżka. Czekałam, czekałam, aż się doczekałam :-) Tak jak już wiedziałam, to był super moment. Tym razem czułam się już zaprawiona w boju i wyskoczyłam z łóżka raz dwa. Sama wiedziałam co robić i jak ustawić nogę. Jak to się mówi: trening czyni mistrza ;-) Rano z rehabilitantem zrobiłam tylko kilka kroczków - na więcej nie pozwolił. Za to teraz wieczorkiem poszłam na całość i pomaszerowałam korytarzem do sióstr. Od razu poczułam się lepiej. Jak to się mówi poczułam power! Ostro zabieram się do roboty, bo jutro wieczorem mam w planie raz dwa przejść schody żeby w piątek zjeść obiad we własnym domu. Dobry plan :-)
W wolnych chwilach (a jest ich wiele) leżę i porównuję prawą i lewą nogę - jak przez to przechodziły. Szybko nasuwa się myśl, że tym razem, drugim razem wszystko jest prostsze. I to nie tylko moje zdanie, ale osób które są przy mnie i mają oko na to co się dzieje. Ból porównywalnie jest taki sam, ale łatwiej sobie z nim poradzić, większość rzeczy jest przewidywalna, psychicznie jest wiele łatwiej. I oby było tak dalej.
Jedynie dłużej pisać jest trudno, bo noga zaczyna rwać. Podobnie jak było przy prawej nodze boli również kolano.
Kilka słów o operacji.
Tym razem od samego początku do końca byłam w pełni świadoma. Zero ogłupiacza. Nie denerwowałam się tak jak pół roku temu, świadomość tego, że leżę na wąskim operacyjnym stole a w oczy zaglądają mi zielone stworki w maskach na twarzach ;-) uspokajała świadomość, że jest ze mną ktoś jeszcze... też w przebraniu zielonego stworka - moja kochana siostra. Teraz już mogę zdradzić ową tajemnicę :-) Karolina, moja młodsza siostra asystowała profesorowi Czubakowi podczas całego zabiegu. To ona była moją ostoją spokoju. Opowiadała na bieżąco co jest grane, kiedy w ruch szła piła a kiedy dłuto. Kiedy pod koniec zabiegu znieczulenie zaczęło odpuszczać trzymała mnie za rękę i mówiła: jeszcze sekundka, jeszcze moment, wytrzymaj, już szyjemy mięsień, ooo, fioletowe nici, a teraz już szyjemy skórę, już prawie, bądź dzielna - i byłam. Nie posiadałam się ze szczęścia, że moja młodsza siostra była wtedy tuż obok. Później zwiozła mnie na salę pooperacyjną, mimo zmęczenia tkwiła przy moim łóżku sprawdzając czy wszystko w porządku. Trochę się o mnie martwiła, bo podczas operacji straciłam sporo krwi. Ale moja zimna krew, którą wytoczyłam z żył w stacji krwiodawstwa tydzień temu raz dwa została wtłoczona z powrotem. Teraz z każdą chwilką jest lepiej. A będzie jeszcze lepiej!
Z całego serducha jestem wdzięczna i zobowiązana wspaniałym lekarzom, którzy wykonali super robotę, kochanym siostrom, które wkładają mnóstwo ciepła w opiekę nad nami, mojej niezastąpionej i niezmordowanej mamie, która nie odstępuje mnie na krok i mojej dzielnej siostrze :-)
Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznych dziewczynach z którymi leżę na sali. część z nich z uśmiechem od ucha do ucha wyszła dziś do domu. Czasem mam wrażenie, że jestem tu jak w jednej wielkiej uśmiechniętej rodzince ;-)
Blogowiczom, znajomym, przyjaciołom - serdeczne dzięki za życzenia powrotu do zdrowia, ciepłe słowa i dobre fluidy :-) Dziękuję!
Druga doba po osteotomii Ganza.
Wczoraj po całym dniu leżenia plackiem nie mogłam się doczekać kiedy zdejmą mi dziś dren i cewnik i pozwolą wykaraskać się z łóżka. Czekałam, czekałam, aż się doczekałam :-) Tak jak już wiedziałam, to był super moment. Tym razem czułam się już zaprawiona w boju i wyskoczyłam z łóżka raz dwa. Sama wiedziałam co robić i jak ustawić nogę. Jak to się mówi: trening czyni mistrza ;-) Rano z rehabilitantem zrobiłam tylko kilka kroczków - na więcej nie pozwolił. Za to teraz wieczorkiem poszłam na całość i pomaszerowałam korytarzem do sióstr. Od razu poczułam się lepiej. Jak to się mówi poczułam power! Ostro zabieram się do roboty, bo jutro wieczorem mam w planie raz dwa przejść schody żeby w piątek zjeść obiad we własnym domu. Dobry plan :-)
W wolnych chwilach (a jest ich wiele) leżę i porównuję prawą i lewą nogę - jak przez to przechodziły. Szybko nasuwa się myśl, że tym razem, drugim razem wszystko jest prostsze. I to nie tylko moje zdanie, ale osób które są przy mnie i mają oko na to co się dzieje. Ból porównywalnie jest taki sam, ale łatwiej sobie z nim poradzić, większość rzeczy jest przewidywalna, psychicznie jest wiele łatwiej. I oby było tak dalej.
Jedynie dłużej pisać jest trudno, bo noga zaczyna rwać. Podobnie jak było przy prawej nodze boli również kolano.
Kilka słów o operacji.
Tym razem od samego początku do końca byłam w pełni świadoma. Zero ogłupiacza. Nie denerwowałam się tak jak pół roku temu, świadomość tego, że leżę na wąskim operacyjnym stole a w oczy zaglądają mi zielone stworki w maskach na twarzach ;-) uspokajała świadomość, że jest ze mną ktoś jeszcze... też w przebraniu zielonego stworka - moja kochana siostra. Teraz już mogę zdradzić ową tajemnicę :-) Karolina, moja młodsza siostra asystowała profesorowi Czubakowi podczas całego zabiegu. To ona była moją ostoją spokoju. Opowiadała na bieżąco co jest grane, kiedy w ruch szła piła a kiedy dłuto. Kiedy pod koniec zabiegu znieczulenie zaczęło odpuszczać trzymała mnie za rękę i mówiła: jeszcze sekundka, jeszcze moment, wytrzymaj, już szyjemy mięsień, ooo, fioletowe nici, a teraz już szyjemy skórę, już prawie, bądź dzielna - i byłam. Nie posiadałam się ze szczęścia, że moja młodsza siostra była wtedy tuż obok. Później zwiozła mnie na salę pooperacyjną, mimo zmęczenia tkwiła przy moim łóżku sprawdzając czy wszystko w porządku. Trochę się o mnie martwiła, bo podczas operacji straciłam sporo krwi. Ale moja zimna krew, którą wytoczyłam z żył w stacji krwiodawstwa tydzień temu raz dwa została wtłoczona z powrotem. Teraz z każdą chwilką jest lepiej. A będzie jeszcze lepiej!
Z całego serducha jestem wdzięczna i zobowiązana wspaniałym lekarzom, którzy wykonali super robotę, kochanym siostrom, które wkładają mnóstwo ciepła w opiekę nad nami, mojej niezastąpionej i niezmordowanej mamie, która nie odstępuje mnie na krok i mojej dzielnej siostrze :-)
Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznych dziewczynach z którymi leżę na sali. część z nich z uśmiechem od ucha do ucha wyszła dziś do domu. Czasem mam wrażenie, że jestem tu jak w jednej wielkiej uśmiechniętej rodzince ;-)
Blogowiczom, znajomym, przyjaciołom - serdeczne dzięki za życzenia powrotu do zdrowia, ciepłe słowa i dobre fluidy :-) Dziękuję!
piątek, 13 marca 2009
13.III.2009 Przed i po
/mieszkanie/
Czas tak szybko biegnie, że kiedy to sobie uświadamiam łapię się za głowę. Jeszcze niedawno przygotowywałam się do operacji, martwiłam wszystkim, planowałam autotransfuzję krwi, przeszywałam bieliznę, tak abym po zabiegu mogła sama się ubierać.... a dziś? Dziś już zapomniałam o tym wszystkim. Chociaż... mam poczucie, że z każdym płynącym dniem będę na nowo przeżywać i przypominać sobie.. bo jakby nie liczyć mamy połowę marca a 21 maja mam już termin przyjęcia do szpitala na drugą nogę... Heh, jak to brzmi! "na drugą nogę" ;-) Całkiem jakbym podnosiła kieliszek do ust z gromkim toastem: no to na drugą nogę! Hm... w sumie coś w tym jest. Udaną operację, "nowe biodro" warto pewnie uczcić i to nie jednym kieliszkiem na przykład ulubionego wina. Co do wina - teraz basta! Twardo trzymam się postanowienia zrzucenia kilku kilogramów więc wino i inne tego rodzaju "rozpychacze" nie są mile widziane ;-)
Nadal chodzę na rehabilitację, choć można by powiedzieć: po co skoro jeżdżę już na nartach? Ano właśnie po to. Chodzę i ćwiczę aby utrwalić pozytywne zmiany, to co udało nam się wspólnymi siłami wypracować, po to aby zyskać jeszcze lepszą formę, zapewnić stawowi to czego potrzebuje- mięśnie, siłę, poprawną postawę, duży zakres ruchu. I jakby nie patrzeć prawe biodro ma tylko 2 miesiące na dojście do znakomitej formy - tak aby po operacji lewego mogło dzielnie znosić wszystkie utrudnienia i ogromne obciążenie z racji wyłączenia z użycia lewej nogi. Dla takiego biodra to gruuuuuba sprawa.
Moje domowe i basenowe ćwiczenia znowu zostały nieco zmodyfikowane i utrudnione. Obie nogi naprawdę mają co robić. Naturalnie dbać trzeba o obydwie - jedną wzmacniam po a drugą przed ganzem.
Dziś piękna pogoda za oknem. W sam raz na hulajnogę :-)

foto: net
Czas tak szybko biegnie, że kiedy to sobie uświadamiam łapię się za głowę. Jeszcze niedawno przygotowywałam się do operacji, martwiłam wszystkim, planowałam autotransfuzję krwi, przeszywałam bieliznę, tak abym po zabiegu mogła sama się ubierać.... a dziś? Dziś już zapomniałam o tym wszystkim. Chociaż... mam poczucie, że z każdym płynącym dniem będę na nowo przeżywać i przypominać sobie.. bo jakby nie liczyć mamy połowę marca a 21 maja mam już termin przyjęcia do szpitala na drugą nogę... Heh, jak to brzmi! "na drugą nogę" ;-) Całkiem jakbym podnosiła kieliszek do ust z gromkim toastem: no to na drugą nogę! Hm... w sumie coś w tym jest. Udaną operację, "nowe biodro" warto pewnie uczcić i to nie jednym kieliszkiem na przykład ulubionego wina. Co do wina - teraz basta! Twardo trzymam się postanowienia zrzucenia kilku kilogramów więc wino i inne tego rodzaju "rozpychacze" nie są mile widziane ;-)
Nadal chodzę na rehabilitację, choć można by powiedzieć: po co skoro jeżdżę już na nartach? Ano właśnie po to. Chodzę i ćwiczę aby utrwalić pozytywne zmiany, to co udało nam się wspólnymi siłami wypracować, po to aby zyskać jeszcze lepszą formę, zapewnić stawowi to czego potrzebuje- mięśnie, siłę, poprawną postawę, duży zakres ruchu. I jakby nie patrzeć prawe biodro ma tylko 2 miesiące na dojście do znakomitej formy - tak aby po operacji lewego mogło dzielnie znosić wszystkie utrudnienia i ogromne obciążenie z racji wyłączenia z użycia lewej nogi. Dla takiego biodra to gruuuuuba sprawa.
Moje domowe i basenowe ćwiczenia znowu zostały nieco zmodyfikowane i utrudnione. Obie nogi naprawdę mają co robić. Naturalnie dbać trzeba o obydwie - jedną wzmacniam po a drugą przed ganzem.
Dziś piękna pogoda za oknem. W sam raz na hulajnogę :-)

foto: net
Subskrybuj:
Posty (Atom)

