/mieszkanie/
Zasuwam według nowego planu terapii. Tańczę, jeżdżę na szmatkach, na szmacie, przepycham na różne sposoby hektolitry wody w basenie... Do wczoraj wszytko odbywało się w "bezpiecznym" i "miłym" bólu. Tak określam ból podobny do zmęczenia po nartach. Ale od wczoraj szczególnie po basenie zaczęłam czuć nieprzyjemne strzały bólowe w mojej upierdliwej nodze (mowa naturalnie o prawej girce). Szczególnie na zimnie, na dworze, przy wysiadaniu z niskiego samochodu dostaję łomot. Martwię się. Nie wiem czy zwolnić tempa czy wręcz przeciwnie. Próbuję szukać zmian. Zastępuję ćwiczenia które wzmagają ból tańcem, lub inną aktywnością. Jednak wszytko podporządkowane jest zaplanowanemu treningowi.
Od ponad 4 tygodni trzymam się też ustalonej diety. Zrzuciłam 5 kg, dobrze się czuję, i mam więcej energii niż zwykle. Niestety tak samo szybko się męczę. Tu bez zmian. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Za tydzień o tej porze........Boże! Będę już spakowana upychała w samochodzie ostatnie manatki! A potem 1,5 dnia jazdy w samochodzie...= horror. Ten koszmar wynagrodzi mi widok Alp i Mont Blanc! Za 2 tygodnie w sobotę mam zamiar patrzeć na świat z jej szczytu! :-) Chamonix!
Wracam do ćwiczeń. W ramach przerwy wskakuję jeszcze do wanny na serię ćwiczeń bezdechowych pod wodą. Ostatnio nie tylko non stop myślę o nartach... przestrzeń podwodna wciąga mnie i nie daje o sobie zapomnieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą basenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą basenie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 marca 2010
poniedziałek, 2 marca 2009
02.III.2009 Nie ma o czym mówić
niedziela, 22 lutego 2009
22.II.2009. Słońce i śnieg - czego można chcieć więcej?
/dom rodzinny/
Ale pogoda! Niewiarygodne jak zima może być piękna. Dawno, naprawdę dawno nie widziałam w naszym kraju tyle śniegu ile leży dookoła domu :-) Połyskuje w słońcu i mieni się tysiącem maleńkich śnieżynek. Mój trening, rozruch przed nartami przesunął się o 2 dni i startuję na górkę dopiero dzisiaj. Dwa dni z rzędu robiłam spacery. Wydłużyłam dystans, który potrafię swobodnie przejść do ok. 800 metrów (jak zmierzę dokładnie to podam drobiazgowo, na razie strzelam na oko). Przedwczoraj byłam też na basenie walcząc w basenie dla dzieciaków z ćwiczeniami ;-) Trochę zawsze się krępuję, kiedy gapie na basenie próbują zrozumieć co ja takiego robię? Najlepsze jest ćwiczenie, kiedy stoję oparta lewym bokiem o ścianę basenu z wodą do pasa a ręce mam zaplecione na piersiach (gest gniewania się). Nad wodą muszę wyglądać groteskowo, bo absolutnie nikt nie widzi, że ja stojąc tak ćwiczę! Cała misterna robota wykonywana jest pod wodą :-)
No to dziś dla mnie wielki dzień, bo po dość trudnym dla mnie i wyjątkowo dłużącym się czasie w końcu założę buty narciarskie, deseczki i podrepczę trochę po stoku. Na razie trzymam się założenia: zero zjazdów. Dopiero kiedy pozwoli na to mój rehabilitant (czytaj. 7 marca :-] )
Ok, koniec sterczenia przed komputerem, zmykam na świeże powietrze. Mam nadzieję, że wieczorem po moim treningu albo jutro, na spokojnie zdobędę jeszcze siłę na opisanie obiecanej historii mojej koleżanki po osteotomii Ganza. A może ona sama zechce napisać i opowiedzieć troszkę o sobie?
Ps. Zachęcam do spaceru dzisiaj, teraz, już! Jest naprawdę ślicznie :-) Póki świeci słonko!
Ale pogoda! Niewiarygodne jak zima może być piękna. Dawno, naprawdę dawno nie widziałam w naszym kraju tyle śniegu ile leży dookoła domu :-) Połyskuje w słońcu i mieni się tysiącem maleńkich śnieżynek. Mój trening, rozruch przed nartami przesunął się o 2 dni i startuję na górkę dopiero dzisiaj. Dwa dni z rzędu robiłam spacery. Wydłużyłam dystans, który potrafię swobodnie przejść do ok. 800 metrów (jak zmierzę dokładnie to podam drobiazgowo, na razie strzelam na oko). Przedwczoraj byłam też na basenie walcząc w basenie dla dzieciaków z ćwiczeniami ;-) Trochę zawsze się krępuję, kiedy gapie na basenie próbują zrozumieć co ja takiego robię? Najlepsze jest ćwiczenie, kiedy stoję oparta lewym bokiem o ścianę basenu z wodą do pasa a ręce mam zaplecione na piersiach (gest gniewania się). Nad wodą muszę wyglądać groteskowo, bo absolutnie nikt nie widzi, że ja stojąc tak ćwiczę! Cała misterna robota wykonywana jest pod wodą :-)
No to dziś dla mnie wielki dzień, bo po dość trudnym dla mnie i wyjątkowo dłużącym się czasie w końcu założę buty narciarskie, deseczki i podrepczę trochę po stoku. Na razie trzymam się założenia: zero zjazdów. Dopiero kiedy pozwoli na to mój rehabilitant (czytaj. 7 marca :-] )
Ok, koniec sterczenia przed komputerem, zmykam na świeże powietrze. Mam nadzieję, że wieczorem po moim treningu albo jutro, na spokojnie zdobędę jeszcze siłę na opisanie obiecanej historii mojej koleżanki po osteotomii Ganza. A może ona sama zechce napisać i opowiedzieć troszkę o sobie?
Ps. Zachęcam do spaceru dzisiaj, teraz, już! Jest naprawdę ślicznie :-) Póki świeci słonko!
poniedziałek, 2 lutego 2009
02.II.2009.Nabucco i urodzinki
/Opera Narodowa/
Odświętnie ubrani, ze sporą dozą niewiedzy i ciekawości jak prawdziwe żółtodzioby podjechaliśmy pod ogromny gmach Teatru Narodowego gdzie mieści się Opera Narodowa. Już sam budynek wywołał w nas dreszczyk emocji :-) Pierwszy raz w operze... Jesteśmy sporą, bo 8-osobową grupą - bardzo rodzinnie. To lubię :-) W pewnym stopniu zaskoczyłam się ilością osób, które tak jak my postanowiły spędzić dzisiejszy wieczór w operze. W dzisiejszych czasach taka forma spędzania czasu wydaje się być niemodna. Obok nas panie w eleganckich sukniach i naszyjnikach, panowie z muchami pod szyją, mały około sześcioletni dżentelmen w krawacie... niestety są też amatorzy jeansów.. tyle dobrze, że w znakomitej mniejszości. Już sam budynek opery i panująca wokół atmosfera wywołuje odczucie wyjątkowości chwili. Po pierwszym dzwonku, idąc do sali przez myśl przeszło mi, że jestem chyba jedyną kobietą w tym budynku na płaskim obcasie ;-) Wszystkie panie maszerowały po miękkich dywanach w szpileczkach. Ale póki co niespieszno mi do szpilek ;-) Zajęliśmy nasze na 3 tygodnie wcześniej rezerwowane miejsca. Rząd piąty. Całkiem blisko sceny. Sala okazała się przeogromna, piękne balkony, światełka, lampy, a przede wszystkim hipnotyzujący sufit zrobił na nas wrażenie. Niedługo później wszędzie pociemniało a wyciszoną i oczekująca publiczność oczarowały pierwsze dźwięki libretta. Podziwiałam to delikatność to ogrom brzmienia orkiestry. Niesamowitym było jak skupieni na tak małej powierzchni pod sceną, idealnie ze sobą zgrani pod batutą dyrygenta, wpatrzeni w podświetlone skrypty nut subtelnie przenieśli nas do Jerozolimy. Scena była ogromna, nigdy wcześniej nie widziałam tak dużej sceny i tak wielkich scenografii. Moje oczy i uszy przeżywały coś wyjątkowego i pięknego. Nie spodziewałam się, że opera może mi się tak spodobać. Oczywiście przedstawiania na żywo w żadnym razie nie można i nie da się porównać do tych oglądanych na szklanym ekranie. Do teraz dźwięczą mi w uszach wspaniałe i czyste głosy śpiewaków. Piękne, śpiewane po włosku arie nie tylko u mnie wywoływały gęsią skórkę. Ale najbardziej zapamiętałym dla mnie momentem była scena kiedy Żydzi siedzą nad wodami Babilonu skarżąc się na swój wygnańczy los a chór śpiewa "Va, pensiero". Elektryzujące.
Drugą wspaniałą sceną był wjazd króla Nabbuca w pierwszym akcie na scenę konno. Niesamowite zwierzęta posłusznie stały na scenie przez ogromem publiczności w świetle reflektorów i dźwięków orkiestry oraz wyśpiewywanych arii. Jak to możliwe, że konie były tak cierpliwe? :-)
Wieczór trzeba zaliczyć do jak najbardziej udanych i wyjątkowych. Towarzyszące mu emocje były zdecydowanie inne i nowe. Już nie jestem operowym żółtodziobem. Za jakiś czas na pewno zrobię powtórkę :-)






foto: net
Pierwsza część weekendu, czyli sobota była równie rodzinna i niemniej, choć w inny sposób emocjonująca. Obchodziliśmy pierwsze urodzinki mojej siostrzenicy. Zlot rodzinny trwał do późnych godzin nocnych. Nie mogliśmy się sobą nacieszyć, a szczególnie małym urodzinowym szkrabem. Mimo szeregu naprawdę pięknych prezentów które dostała zdecydowanym faworytem okazał się zabawkowy telefon komórkowy za .... 4 złote ;-) Jak widać dzieciaczki nie przywiązują wagi do wartości. Wspaniałe! :-)


foto by K&T I.2009.
Ten pełen wyczynów weekend nie był łatwy dla mojego biodra. Nie oszczędzałam go. Bardzo dużo chodziło, czołgało się za szkrabem po podłodze (no bo przecież to najlepsza zabawa ;-) ), nosiło tego 10-cio kilogramowego kloca ;-) , przemierzało korytarze opery, siedziało niekrótko na średnio wygodnym fotelu, jeździło dość sporo samochodem i zrobiło spore tourne po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniej kreacji na spektakl. Naprawdę, jak pomyślę o tym wszystkim to z pełną świadomością muszę przyznać, że nie oszczędzałam się. Ale nie jest tak źle jak się spodziewałam. Obawiałam się, że po weekendzie "odchoruję" te harce i będę mocno obolała. Owszem, jestem, ale "planowałam"bardziej. Dlatego dziś odpoczywam, nie ruszam się nigdzie z domu, nawet nie garnę się do sprzątania. Chciałabym tylko nabrać trochę sił i chęci na wieczorny basen. Mam nowe ćwiczenie do wykonywania na basenie, dlatego powinnam się tam często pojawiać. Może jak Tom wróci z pracy uda mi się go przekonać na małego nura :-)
Podczas pobytu w operze zaobserwowałam coś dziwnego, czego nie sposób pominąć. Zawsze, ale to zawsze (od jakiś 10 lat) siedząc w kinie, teatrze, czy po prostu siedząc gdziekolwiek przez dłuższy czas w moim prawym operowanym już teraz biodrze odczuwałam pewien dyskomfort. Objawiał się po 1) odczuwalnym zimnem i wiercącym bólem w kolanie, po 2) nieprzyjemnym bólem w pośladku rzeczonej nogi. Wczoraj, w III akcie Nabbuco przyłapałam się na tym, że zaczynam się wiercić i łapać za lewe (!!!) kolano. Dokładnie tak samo jak robiłam to przez szereg lat z tą różnicą, że dotyczyło to lewej strony. Po raz pierwszy dyskomfort poczułam w lewym biodrze i lewym kolanie - tym które nazywam zdrowym. Jak widać kości po prawej, wyremontowanej stronie siedziały cichutko jak mysz pod miotłą dając mi nacieszyć się przedstawieniem, ale lewa strona, jakby po wielu latach ciszy wreszcie postanowiła dać o sobie znać. Jakby wyraźnie powiedziała: "szykuj się, teraz moja kolej na remont, wcale nie jestem taka zdrowa jak ci się całe życie zdawało" Hm... to prawda. Czas remontu lewego biodra zbliża się nieuchronnie. Jak każdy w takiej sytuacji i cieszę się, że w końcu będę miała to z głowy ale i boję... tyle że już mniej niż za pierwszym razem. Nieporównywalnie mniej.. Ale zobaczymy na ile zmieni się to w maju, przed pójściem do szpitala.
Dzisiejsze odpoczywanie nie powinno zwalniać mnie z ćwiczeń. Ale leń we mnie jest straaaaszny. Robię wszystko, żeby tylko nie zwlec się z sofy i nie musieć stękać ćwicząc ;-) Eh! Co za leniwa ta ludzka natura! Ok, jeszcze 2 maile i ruszam kości :-)
Odświętnie ubrani, ze sporą dozą niewiedzy i ciekawości jak prawdziwe żółtodzioby podjechaliśmy pod ogromny gmach Teatru Narodowego gdzie mieści się Opera Narodowa. Już sam budynek wywołał w nas dreszczyk emocji :-) Pierwszy raz w operze... Jesteśmy sporą, bo 8-osobową grupą - bardzo rodzinnie. To lubię :-) W pewnym stopniu zaskoczyłam się ilością osób, które tak jak my postanowiły spędzić dzisiejszy wieczór w operze. W dzisiejszych czasach taka forma spędzania czasu wydaje się być niemodna. Obok nas panie w eleganckich sukniach i naszyjnikach, panowie z muchami pod szyją, mały około sześcioletni dżentelmen w krawacie... niestety są też amatorzy jeansów.. tyle dobrze, że w znakomitej mniejszości. Już sam budynek opery i panująca wokół atmosfera wywołuje odczucie wyjątkowości chwili. Po pierwszym dzwonku, idąc do sali przez myśl przeszło mi, że jestem chyba jedyną kobietą w tym budynku na płaskim obcasie ;-) Wszystkie panie maszerowały po miękkich dywanach w szpileczkach. Ale póki co niespieszno mi do szpilek ;-) Zajęliśmy nasze na 3 tygodnie wcześniej rezerwowane miejsca. Rząd piąty. Całkiem blisko sceny. Sala okazała się przeogromna, piękne balkony, światełka, lampy, a przede wszystkim hipnotyzujący sufit zrobił na nas wrażenie. Niedługo później wszędzie pociemniało a wyciszoną i oczekująca publiczność oczarowały pierwsze dźwięki libretta. Podziwiałam to delikatność to ogrom brzmienia orkiestry. Niesamowitym było jak skupieni na tak małej powierzchni pod sceną, idealnie ze sobą zgrani pod batutą dyrygenta, wpatrzeni w podświetlone skrypty nut subtelnie przenieśli nas do Jerozolimy. Scena była ogromna, nigdy wcześniej nie widziałam tak dużej sceny i tak wielkich scenografii. Moje oczy i uszy przeżywały coś wyjątkowego i pięknego. Nie spodziewałam się, że opera może mi się tak spodobać. Oczywiście przedstawiania na żywo w żadnym razie nie można i nie da się porównać do tych oglądanych na szklanym ekranie. Do teraz dźwięczą mi w uszach wspaniałe i czyste głosy śpiewaków. Piękne, śpiewane po włosku arie nie tylko u mnie wywoływały gęsią skórkę. Ale najbardziej zapamiętałym dla mnie momentem była scena kiedy Żydzi siedzą nad wodami Babilonu skarżąc się na swój wygnańczy los a chór śpiewa "Va, pensiero". Elektryzujące.
Drugą wspaniałą sceną był wjazd króla Nabbuca w pierwszym akcie na scenę konno. Niesamowite zwierzęta posłusznie stały na scenie przez ogromem publiczności w świetle reflektorów i dźwięków orkiestry oraz wyśpiewywanych arii. Jak to możliwe, że konie były tak cierpliwe? :-)
Wieczór trzeba zaliczyć do jak najbardziej udanych i wyjątkowych. Towarzyszące mu emocje były zdecydowanie inne i nowe. Już nie jestem operowym żółtodziobem. Za jakiś czas na pewno zrobię powtórkę :-)






foto: net
Pierwsza część weekendu, czyli sobota była równie rodzinna i niemniej, choć w inny sposób emocjonująca. Obchodziliśmy pierwsze urodzinki mojej siostrzenicy. Zlot rodzinny trwał do późnych godzin nocnych. Nie mogliśmy się sobą nacieszyć, a szczególnie małym urodzinowym szkrabem. Mimo szeregu naprawdę pięknych prezentów które dostała zdecydowanym faworytem okazał się zabawkowy telefon komórkowy za .... 4 złote ;-) Jak widać dzieciaczki nie przywiązują wagi do wartości. Wspaniałe! :-)


foto by K&T I.2009.
Ten pełen wyczynów weekend nie był łatwy dla mojego biodra. Nie oszczędzałam go. Bardzo dużo chodziło, czołgało się za szkrabem po podłodze (no bo przecież to najlepsza zabawa ;-) ), nosiło tego 10-cio kilogramowego kloca ;-) , przemierzało korytarze opery, siedziało niekrótko na średnio wygodnym fotelu, jeździło dość sporo samochodem i zrobiło spore tourne po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniej kreacji na spektakl. Naprawdę, jak pomyślę o tym wszystkim to z pełną świadomością muszę przyznać, że nie oszczędzałam się. Ale nie jest tak źle jak się spodziewałam. Obawiałam się, że po weekendzie "odchoruję" te harce i będę mocno obolała. Owszem, jestem, ale "planowałam"bardziej. Dlatego dziś odpoczywam, nie ruszam się nigdzie z domu, nawet nie garnę się do sprzątania. Chciałabym tylko nabrać trochę sił i chęci na wieczorny basen. Mam nowe ćwiczenie do wykonywania na basenie, dlatego powinnam się tam często pojawiać. Może jak Tom wróci z pracy uda mi się go przekonać na małego nura :-)
Podczas pobytu w operze zaobserwowałam coś dziwnego, czego nie sposób pominąć. Zawsze, ale to zawsze (od jakiś 10 lat) siedząc w kinie, teatrze, czy po prostu siedząc gdziekolwiek przez dłuższy czas w moim prawym operowanym już teraz biodrze odczuwałam pewien dyskomfort. Objawiał się po 1) odczuwalnym zimnem i wiercącym bólem w kolanie, po 2) nieprzyjemnym bólem w pośladku rzeczonej nogi. Wczoraj, w III akcie Nabbuco przyłapałam się na tym, że zaczynam się wiercić i łapać za lewe (!!!) kolano. Dokładnie tak samo jak robiłam to przez szereg lat z tą różnicą, że dotyczyło to lewej strony. Po raz pierwszy dyskomfort poczułam w lewym biodrze i lewym kolanie - tym które nazywam zdrowym. Jak widać kości po prawej, wyremontowanej stronie siedziały cichutko jak mysz pod miotłą dając mi nacieszyć się przedstawieniem, ale lewa strona, jakby po wielu latach ciszy wreszcie postanowiła dać o sobie znać. Jakby wyraźnie powiedziała: "szykuj się, teraz moja kolej na remont, wcale nie jestem taka zdrowa jak ci się całe życie zdawało" Hm... to prawda. Czas remontu lewego biodra zbliża się nieuchronnie. Jak każdy w takiej sytuacji i cieszę się, że w końcu będę miała to z głowy ale i boję... tyle że już mniej niż za pierwszym razem. Nieporównywalnie mniej.. Ale zobaczymy na ile zmieni się to w maju, przed pójściem do szpitala.
Dzisiejsze odpoczywanie nie powinno zwalniać mnie z ćwiczeń. Ale leń we mnie jest straaaaszny. Robię wszystko, żeby tylko nie zwlec się z sofy i nie musieć stękać ćwicząc ;-) Eh! Co za leniwa ta ludzka natura! Ok, jeszcze 2 maile i ruszam kości :-)
piątek, 23 stycznia 2009
23.I.2009. Palcem po.. Google Earth
/mieszkanie/
Cały dzień spędziłam na rafie. Dosłownie cały. Aż mój laptop dostał zadyszki ;-) Sprawdziłam doskonałe zakątki Egiptu w których jeszcze nie byłam. Znalazłam! Znalazłam miejsce kolejnego wyjazdu :-) Jest strzałem w dziesiątkę. Tym razem ponurkujemy z żółwiami morskimi i dugongami. A co to dugong?
Proszę bardzo, dugong we własnej osobie:




fotos: net
Prawda, że niesamowite? Równie piękne i przyjazne są żółwie morskie. Jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo w ich naturalnym środowisku. To będzie fantastyczna okazja.



fotos: net
W przerwach między wirtualnym snurkowaniem zasuwałam z ćwiczeniami. Ostatnio doszło mi kolejne nowe ćwiczenie. Sąsiedzi, którzy w ciągu dnia z okien na przeciwko podglądają co robię ;-) z pewnością są rozkojarzeni. Mają żywy obraz maniaczki uprawiającego coś, co do złudzenia przypomina narciarstwo biegowe.. tyle, że zamiast nart pod stopami mam kawałki szmatek. Ćwiczenie pozornie jest banalnie proste, ale i męczące. Biodro - oba biodra - silnia pracują. Ważny jest sposób wykonania ćwiczenia i zaangażowanie górnych partii ciała wraz z brzuchem. (Na początku, na rehabilitacji moje próby poprawnego wykonania ćwiczenia były makabrycznie śmieszne). W pokoju na baczność pod ścianą stoją moje nowe narty. Są motorem, napędzaczem do pracy. Wiadomo, że nie zawsze człowiekowi chce się "ruszyć palcem" jeśli nie musi. A tym bardziej czterema literami i całą resztą po kilka razy dziennie. Dlatego porządny motor jest nieodzowny.
Poważnie zaczynam też myśleć o częstszym bywaniu na basenie. Wiadomo, pływanie czy też zwykłe pluskanie się w wodzie niesie za sobą pozytywne aspekty :-) Ale tak naprawdę basen zaczął chodzić mi po głowie szczególnie pod kątem treningu płuc. No, bo żeby dogonić dugonga w wodzie i nacieszyć się jego widokiem muszę zwiększyć wydolność płuc. Koniecznie.
I dwa słowa o kaszlu. Uparciuch towarzyszy mi nadal. Ale czuję się już o niebo lepiej. Praktycznie odzyskałam już siły i przestałam zamartwiać, że to "coś" może mieć związek z zapaleniem oskrzeli czy płuc. Naturalnie nadal poję się syropami i opycham tabletkami ;-)
Cały dzień spędziłam na rafie. Dosłownie cały. Aż mój laptop dostał zadyszki ;-) Sprawdziłam doskonałe zakątki Egiptu w których jeszcze nie byłam. Znalazłam! Znalazłam miejsce kolejnego wyjazdu :-) Jest strzałem w dziesiątkę. Tym razem ponurkujemy z żółwiami morskimi i dugongami. A co to dugong?
Proszę bardzo, dugong we własnej osobie:




fotos: net
Prawda, że niesamowite? Równie piękne i przyjazne są żółwie morskie. Jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo w ich naturalnym środowisku. To będzie fantastyczna okazja.



fotos: net
W przerwach między wirtualnym snurkowaniem zasuwałam z ćwiczeniami. Ostatnio doszło mi kolejne nowe ćwiczenie. Sąsiedzi, którzy w ciągu dnia z okien na przeciwko podglądają co robię ;-) z pewnością są rozkojarzeni. Mają żywy obraz maniaczki uprawiającego coś, co do złudzenia przypomina narciarstwo biegowe.. tyle, że zamiast nart pod stopami mam kawałki szmatek. Ćwiczenie pozornie jest banalnie proste, ale i męczące. Biodro - oba biodra - silnia pracują. Ważny jest sposób wykonania ćwiczenia i zaangażowanie górnych partii ciała wraz z brzuchem. (Na początku, na rehabilitacji moje próby poprawnego wykonania ćwiczenia były makabrycznie śmieszne). W pokoju na baczność pod ścianą stoją moje nowe narty. Są motorem, napędzaczem do pracy. Wiadomo, że nie zawsze człowiekowi chce się "ruszyć palcem" jeśli nie musi. A tym bardziej czterema literami i całą resztą po kilka razy dziennie. Dlatego porządny motor jest nieodzowny.
Poważnie zaczynam też myśleć o częstszym bywaniu na basenie. Wiadomo, pływanie czy też zwykłe pluskanie się w wodzie niesie za sobą pozytywne aspekty :-) Ale tak naprawdę basen zaczął chodzić mi po głowie szczególnie pod kątem treningu płuc. No, bo żeby dogonić dugonga w wodzie i nacieszyć się jego widokiem muszę zwiększyć wydolność płuc. Koniecznie.
I dwa słowa o kaszlu. Uparciuch towarzyszy mi nadal. Ale czuję się już o niebo lepiej. Praktycznie odzyskałam już siły i przestałam zamartwiać, że to "coś" może mieć związek z zapaleniem oskrzeli czy płuc. Naturalnie nadal poję się syropami i opycham tabletkami ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



