Dziennik z remontu to relacja na gorąco z przebiegu operacji osteotomii wg. Ganza w Otwocku, późniejszej rekonwalescencji i rehabilitacji. Dla wszystkich dysplastycznych, tych którzy są "przed", tych którzy stoją na progu podjęcia trudnej decyzji, lub zwyczajnie są zainteresowani tematem.
Katja
Zapraszam również na Forum Bioderko zrzeszające osoby z problemami bioder pod www.forumbioderko.pl
Zapakowani po czubek dachu wyruszamy w ósemkę na dwa samochody zgodnie z kierunkiem nawigacji. Nasz cel podróży: Francja, miasto Les2Aples położone na wysokości 1650 m npm. Czeka na męcząca, długa trasa. Ale zwieńczenie jej i planowy widok Alp popołudniu w sobotę dodaje energii i zapału. Jest wesoło, mamy dobre humory, kawę i herbatę w termosach oraz tony kanapek. Mijają kolejne godziny. Jesteśmy z drodze już już 6,5 godziny, właśnie minęliśmy niemieckie miasto Chemnizt. Niektórzy z nas z nosem na bocznej szybie albo nogą w jakiejś przypadkowo otwartej torbie śnią już o alpejskich szusach. W najmniej spodziewanej chwili, w zupełnej ciszy i spokoju ja jako pilot i mój partner jako kierowca zauważamy, że nasz samochód dziwnie się zachowuje... Z tyłu, z rury wydechowej wydobywają się kłęby dymu, silnik prycha i terkocze jak traktor. Natychmiast zjeżdżamy na pierwszy napotkany parking. Cały samochód, nawet szyby ochlapane są olejem napędowym, który... rozbryzguje się spod maski! O co chodzi? Faceci w czwórkę usiłują pojąć dziwne zjawisko, my dziewczyny w liczbie czterech siedzimy jak myszki pod miotłą i czekamy na werdykt. Czekamy, czekamy, czekamy... mężczyźni rozkręcili już pół silnika.
Minęła godzina. Jest coraz zimniej. Siedzimy i denerwujemy się, czujemy się całkowicie nieprzydatne :-( Początkowo próbujemy proponować zziębniętym chłopakom kanapki i gorącą kawę. Na każdy gest reagują jak wściekłe byki. Przestajemy próbować... Nerwy udzielają się wszystkim. Mija kolejna długa godzina. Bez zmian. Auto nie jest w stanie jechać dalej. Teorii jest kilka: 1) turbina, 2) pompa paliwowa, pompa wtryskowa... Trzeba podjąć męską decyzję. Jedno - sprawne auto jedzie dalej w drogę, nie ma na co czekać. A jedna osoba z naszego niesprawnego samochodu ma przesiąść się do drugiego i z resztą w piątkę, upchani jak śledzie pojadą do celu. Ktoś przecież musi odebrać pokoje, zameldować się itd. Trzy osoby z naszego auta zostają i ... no właśnie i co robią? Kombinują. Wiedziałam, że dla mnie zostanie na zimnie, w niesprawnym aucie, czekanie na pomoc albo próby naprawienia samochodu są głupim pomysłem. Biodro nie będzie mi za to wdzięczne. Już sama podróż jest kiepsko akceptowana przez nogę a co dopiero podróż w nieskończone... Jednak bez chwili namysłu "wcisnęłam" koleżankę, która z nami jechała do drugiego samochodu. Dostali od nas wskazówki i ruszyli w dalszą drogę. Nie mogłam zostawić mojego partnera w kłopocie, druga sprawa - jestem kierowcą, a w takich okolicznościach ilość driverów ma znaczenie. Inna rzecz - wierzyłam, że jestem przydatna, będę mogła się czymś zająć…
Sobota godz. 4.30. Czekamy na auto zastępcze, które jedzie do nas z Polski. Poza tym, jedzie do nas tata mojego szwagra sporym jeepem z lawetą na haku holowniczym- zholuje nasz samochód do Polski i odstawi mechanikowi. Nie zdecydowaliśmy się na naprawę w Niemczech. Po krótkiej analizie wiedzieliśmy, że to byłoby bolesne finansowo. Próbujemy zasnąć w samochodzie. Chłopaki z przodu, ja z tyłu niemalże na torbach i paczkach (aby piąta osoba mogła zmieścić się w sprawnym samochodzie do nas dorzucono mnóstwo pakunków). Jesteśmy zziębnięci z zimna, przemęczeni. Zmęczenie i ogarniające Zimonie daje zasnąć. Na dworze jest ok. -12 stopni Celsjusza.. W wychłodzonym samochodzie niewiele więcej. Na parkingu, na którym jesteśmy nie ma nic oprócz toalet. Jest już po 5 rano. Kiedy ja wyłączam się już z myślenia i powoli hibernuję w oczekiwaniu na wschód słońca chłopaki decydują aby zholować się na najbliższą stację, na której będzie szansa na ciepły kąt i porządną łazienkę. Pomysł jest ryzykowny - nasz samochód ma automatyczną skrzynię biegów a to znaczy, że nie lubi holowania... Los chce, że sprawę biorą w ręce sympatyczne chłopaki z Poznania, których jak się okazuje zna z widzenia mój Tomek. Jaki ten świat jest niewielki! Dystans niewielki, udało się z ryzykownym holem. Od tego momentu koczujemy na stacji Aral. Kanapek jest coraz mniej, herbata w termosie już dawno się skończyła. Rozgrzewamy się w barwnej knajpce, rodem z lat 60-tych. Brudni, wciąż bez snu czekamy. Zmęczenie bierze górę i wracamy do samochodu. Narzucając na siebie wszystkie możliwe ubrania, koce i kurtki zasypiamy w wychłodzonym samochodzie (nie możemy go przecież odpalić żeby nagrzać sobie wnętrze). Wokół nas budzie się życie, okoliczni tubylcy - Niemcy przyjeżdżają tankować, wpadają do knajpki na wielkie amerykańskie burgery. My jak cyganie śpimy. Pewnie jesteśmy atrakcją - myślę sobie ziewając. Nasz sen jest iście króliczy. Na pewno nie można nazwać go odżywczym. Mijają kolejne godziny. Wisząc na telefonie sprawdzamy jak daleko jest nasza pomoc z Polski. Niestety wciąż daleko... Wracamy do knajpki na stację po kolejną drogą kawę, herbatę i siedzimy, czekamy. Ludzie wokół nas przelewają się przez kolorowe wnętrze, kelnerki dwoją się i troją aby zaspokoić wymagania klienteli. My - jak ubodzy krewni z trzeciego świata przyglądamy się jak całe rodziny pochłaniają wielkie talerze burgerów, frytek i dań obiadowych. Aż ślinka cieknie. Przy kubku kawy z Newsweekiem, Polityką, CKM oraz TopGear przed nosem odmawiamy sobie najtańszego burgera za bagatela 8 Euro (!). Myśl o kosztach naprawy auta, kosztach pomocy z Polski skutecznie powstrzymuje nas od skinienia na kelnerkę. Heh, kto by pomyślał! Z nudów wyruszamy na spacer po okolicy. Zegar pokazuje 15.00. Wietrzna pogoda nie sprzyja długim spacerom. Moje biodro zgłasza petycję o święty spokój, wannę ciepłej wody i wygodne łóżko. Marzę o tym. Zastanawiam się kiedy zacznę czuć swój smrodek. Ostatni prysznic brałam 24 godziny temu :-(
Sobota, godzina 17.00
Nareszcie! Po 12 godzinach czekania nadjeżdża nasz ratunek! Dzięki Bogu! Nasz zastępczy kombi kolegi oraz tata szwagra z lawetą, na którą zaraz wepchniemy naszego przyprawiającego nas o siwe włosy pochłaniacza mamony "grata". (Mówię "grata" ale na co dzień strasznie lubię to auto.. niestety). Operacja laweta trwała nie dłużej niż pół godziny. Kolega, który przyprowadził nam zastępcze auto oraz właściciel jeepa z lawetą odjechali w kierunku na Zgorzelec. Mają około 200 km do granicy. Eh.. czuję się wspaniale! Koniuszkami palców wyczuwam, że tuż tuż za rogiem czeka mnie odpoczynek w (miejmy nadzieję) wygodnym hotelowym łóżku. Oczyma wyobraźni widzę jak szczęśliwe dojeżdżamy na miejsce :-) Przed dalszą podróżą czyścimy szyby na "naszym" już Aralu. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wsiąść do samochodu kiedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki - znajomy z jeepa holujący nasz samochód... Prosi abyśmy podjechali do niego.. ponoć stoi 500 metrów od stacji... mówi: mam problem. Hm... jaki problem? Myślę: pewnie samochód na lawecie trzeba lepiej ustawić, może dodatkowo zabezpieczyć pasami, może coś się obluzowało? Wsiadamy do zastępczego samochodu, jedziemy z jego stronę. Pierwsze co zaskoczyło mnie zjeżdżając z pagórka na którym usytuowana była stacja to widok wydłużającego się w oczach korka na autostradzie. Pomyślałam o jakimś zwężeniu, robotach drogowych. To co zobaczyłam dalej zmroziło mi krew w żyłach... Uświadomiłam sobie, że widzę samochód naszego znajomego zawieszony niemalże do połowy na barierkach nad jeziorkiem! Co???? Jak???!! Jak to możliwe?? Dlaczego??!! Nie wierzę!! Wypadki, kolizje drogowe widzi się w mediach na co dzień, słyszymy o nich od znajomych. Ale kiedy dotyczą NAS odczucie jest piorunujące. Kiedy zobaczyłam twarz naszego znajomego, kierowcy jeepa łzy napłynęły mi do oczu. Za mało mieliśmy problemów? Czy ostatnie 15 godzin nie było wystarczającym koszmarem? Naprawdę, cudem chyba się nie rozpłakałam. Tak bardzo żal było mi tego człowieka. Nie wiedział co się stało. Nie mógł pojąć jakim sposobem znalazł się w takim położeniu. Jest kierowcą nie od wczoraj. Jeździł dużo większymi samochodami, ciężarówkami, naczepami. Największym szczęściem w całej sytuacji było to, iż wszyscy byli cali. Nikomu fizycznie nic się nie stało. Kolejnym szczęściem w nieszczęściu było, to że laweta z naszym samochodem siłą rozpędu nie przekoziołkowała i nie wylądowała na dachu (ponoć w takich okolicznościach to standard…), oraz to, iż nie zdołała wepchnąć jeepa do jeziora. Nasz horror trwał nadal, tyle, że los włączył do niego kolejne osoby. Wezwaliśmy niemieckie służby, drogowe. Przyjechała policja, karetka, służby zabezpieczające autostradę. Każdy z nas miał pełne ręce roboty. Mój Tomek rozmawiał z policją i organizował dźwig aby zdjąć jeepa z barierek, ja i kolega który z nami jechał natarczywie wydzwanialiśmy do Zgorzelca i okolic organizując tym razem już dwie (!) nowe lawety. Jedną po zepsutą w wypadku lawetę wraz z naszym niesprawnym autem a drugą po pokiereszowanego jeepa z praktycznie urwanym kołem. Cieszyłam się, że mogę w jakikolwiek sposób działać, negocjować warunki i ceny przez telefon. Choć tyle. Wcześniejsze czekanie było dobijające. Godziny biegły. Niemieckie służby drogowe zholowały oba auta z lawetą na "naszego" Arala….. Znów w punkcie wyjścia. "Przyjemność" zdejmowania dźwigiem jeepa i holowanie (3 km objeżdżając autostradę) kosztowała nasz portfel 700 Euro. Boleśnie... Po powrocie na Arala czekało nas kolejne koczowanie. Hm.. zaczęłam się już przyzwyczajać... Całe ciało bolało już okrutnie. Domyślałam się, że chłopaki czują się podobnie, a może nawet i gorzej. Czekając na lawet znów staraliśmy się zdrzemnąć, rozgrzać herbatą na stacji i nie myśleć o tym co dalej. Wcześniej wsadziliśmy zdruzgotanego kierowcę jeepa do TIR-a jadącego do Wrocławia. Grunt, żeby przynajmniej on jak najszybciej dotarł do domu. Martwiłam się o niego strasznie :-(
Niedziela, godz. 0:10 Około północy przyjechały lawety z Polski. Dwie nowe i profesjonalne auta-lawety. Załadowanie obu aut i małej lawety na której nasz samochód stał o dobrych kilku godzin przebiegło sprawnie. Nasza pomoc drogowa okazała się bardzo fachowa. Po dopełnieniu wszelkich formalności i wytargowaniu "dobrej ceny" czyli 3200 zł za zwiezienie pojazdów do Polski z niedowierzaniem ostatni raz skorzystaliśmy z "naszej" toalety na Aralu szorując zęby aby w końcu ruszyć w niekończącą się podróż.
W międzyczasie reszta naszej ekipy dawno już dojechała do Francji. Wykąpani i zadowoleni aczkolwiek zmartwieni o nas smacznie spali oddychając niesamowitym alpejskim powietrzem.
Nasza dalsza droga do Les2Aples nie należała do łatwych. Byliśmy już tak zmęczeni, że musieliśmy coraz częściej stawać aby odpocząć, przewietrzyć się i umyć twarz. Oczy same się zamykały. Byliśmy głodni. Po domowych kanapkach dawno nie zostało śladu. Próbowaliśmy zjeść coś w Szwajcarii na McDonald'sie. Niestety pomimo wysiłku i starań nie dogadaliśmy się z kobietą w okienku, która domagała się od nas franków szwajcarskich zamiast euro. Pierwszy ciepły posiłek zjedliśmy już w Grenoble we Francji... też w McDonald's. Eh.. mówiąc szczerze - to co jedliśmy było już nam obojętne. Ważne, że było ciepłe, przyjemnie pachniało i zapychało żołądki. Jeszcze tylko 60 kilometrów. Okolica stawała się coraz piękniejsza. Góry! Nareszcie :-) Resztami sił dotarliśmy do uroczego miasteczka, na szczycie którego, po przejechaniu mnóstwa zawijasów i serpentyn czekała na nas nasza ekipa narciarzy.
Kiedy człapałam do hotelowej windy zorientowałam się, że jest już niedziela a zegar wskazał godzinę 14.00.
Zjeść, umyć się, spać. Takie mieliśmy priorytety. I nic więcej. Ponoć wyglądaliśmy strasznie. Ponoć. Dobrze, że słabo to pamiętam.
Tematycznie dysplastyczna od urodzenia. O swoim "prezencie" od natury uświadomiona w wieku 16 lat. Do 29 roku życia niedopuszczająca do świadomości myśli o jakiejkolwiek operacyjnej ingerencji w własne stawy biodrowe... Życie płata jednak człowiekowi figle. Na dzień dzisiejszy - po obustronnej osteotomii okołopanewkowej wg. Ganza.
Na co dzień pracująca w postprodukcji filmowej pasjonatka narciarstwa wodnego i alpejskiego, freedivingu a także dobrego filmu.
kontakt z Katją - autorką bloga mail: dziennikzremontu@gmail.com
Fundacja BIODERKO
Forum Bioderko
Obserwatorzy
O dysplazji
Dysplazja stawu biodrowego to zaburzenie jego rozwoju, które w konsekwencji prowadzi do niestabilności stawu. Niestabilność to stan, gdy idealne połączenie głowy i panewki stawu biodrowego ulega czasowemu rozłączeniu. Utrzymywanie się raz powstałej niestabilności może w dłuższym czasie doprowadzić do zwichnięcia stawu. Zwichnięcie początkowo jest odwracalne, to znaczy, że można nastawić (zreponować) głowę kości udowej do panewki. Jednak wraz z upływem czasu, powstaje stan zwichnięcia nieodprowadzalnego. Wówczas nie można już w łatwy sposób uzyskać wyleczenia tego stawu. -fragment wypowiedzi Prof. dr hab. med. Jarosława Czubaka
Z czym to się je - czyli co to jest osteotomia wg. Ganza?
Fragment z pracy naukowej pod przewodnictwem Prof. dr hab. med. Jarosława Czubaka* - specjalisty traumatologii i ortopedii: "Zmiany w parametrach chodu po osteotomii okołopanewkowej według Ganza u chorych z dysplazją resztkową stawów biodrowych".
"Osteotomia okołopanewkowa według Ganza wykonywana jest w przypadkach resztkowej dysplazji stawu biodrowego u dorastających i dorosłych. Osteotomia ta obejmuje okołopanewkowe przecięcie kości kulszowej, biodrowej i łonowej z zachowaniem tylnej kolumny miednicy, co gwarantuje stabilność pierścienia miednicznego. Reorientacja fragmentu panewkowego miednicy dokonuje się poprzez jego obrót i pozwala na poprawę pokrycia przednio-bocznej części głowy kości udowej. Odłamy stabilizuje się za pomocą 3 śrub Schanza. Podczas zabiegu dochodzi do redyrekcji fragmentu panewkowego i zmiany wzajemnej konfiguracji: głowa kości udowej - panewka stawu (fragment panewkowy). Poza tym, dzięki temu, iż punkt obrotu ruchu rotacyjno-addukcyjnego odłamu panewkowego znajduje się nie w centrum głowy kości udowej, lecz proksymalnie od niej, dochodzi w trakcie osteotomii do medializacji głowy kości udowej wobec miednicy. Po operacji dochodzi więc nie tylko do zmiany pokrycia głowy kości udowej, ale również do zmiany jej położenia wobec miednicy. Cele i założenia: osteotomia okołopanewkowa według Ganza zmienia więc stosunki anatomiczne ruchów w stawie biodrowym, co musi mieć swoje przełożenie na warunki biomechaniczne chodu."
* Jako jedyny w Polsce opanował technikę osteotomii okołopanewkowej, która służy do „naprawiania” własnego stawu biodrowego, bez konieczności jego wymiany
RTG po obustronnej osteotomii okołopanwekowej wg Ganza 26.V.2009
RTG po osteotomii okołopanewkowej prawego biodra sposobem Ganza, Klinika Ortopedii CMKP w Otwocku