/dwupasmówka/
Wracamy ze Śląska. Nieoczekiwanie wyjazd weekendowy przekształcił się w nieco dłuższy. Hm.. po rozmowach z naszym architektem ds inwestycji... jest jakieś światełko w tunelu. Chciałabym bardziej w nie wierzyć!
Gnaty dają mi prawdziwy koncert. Dostaję gratisowy łomot nawet w nocy, podczas snu.... :-( Dawno już tego nie grali..... Cud miód! I to 4dni przed wyjazdem na narty! Wierzyć się nie chce! Każde kilka kroków po dłuższym siedzeniu czy leżeniu jest katorgą i zmaganiem się z łupiącym bólem w okolicy krętarza i moich sławetnych krzyżyków, które rysuję terapeucie na pośladku. Czasem mam już serdecznie dość.1,5 roku walczę z tą cholerną nogą, wydaje się, że już już mam ją w garści, że uległa i grzecznie działa wykonując moje komendy. Ale to wszystko wielka bajka! Ona robi mnie w balona! Najpierw daje się cieszyć i pałać szczęściem, daje nadzieję, wiarę, że przestanie mnie dobijać... a potem.. daje takiego kopniaka w najczulsze miejsce, że zwala mnie z nóg. Dosłownie i w przenośni. Zwala, bo nie wiem już co robić. Heh... narty... powinnam szaleć z radochy że to już za chwilę, a obgryzam paznokcie ze stresu czy nie przyjdzie mi wyć z bezsilności w hotelu kiedy wszyscy inni będą pływać w słońcu po białych stokach?
Na dworze zimno, jedziemy dość szybko, ja nie prowadzę. Mam kołtuny myśli w głowie. Dudniące myśli o biodrze. Zaczynam pałać do niego szczerą nienawiścią. Dlaczego nie możemy się dogadać...? Po tylu przejściach i trudach... czy nie mogłoby na wzór drugiej lewej nogi żyć ze mną w zgodzie...?
Podjęłam decyzję. Na szybko, ale zdecydowanie. Daję sobie - i jej - jeszcze rok.Cały rok. Długi rok pełen pracy i prób pojednania.. rok na to aby - mówiąc bez ogródek - noga przestała boleć. Jeśli za rok będę w tym samym położeniu, tak samo będę walczyć z bólem zdecydowałam, że pójdę kolejny raz pod skalpel. Nie wiem czyj, nie wiem na jaką metodę się zdecyduję. Czy będzie to kapoplastyka, czy jakaś jej odmiana, czy endoproteza, albo jakiś inny gadżet, ale zdecydowanie pójdę wyciąć tyle ile trzeba z biodra, żeby w końcu żyć bez bólu! Rok. Czyli początek 2011 roku... Choć kiedyś w przypływie podobnej chwili i całkowitej awarii biodra "zaklepałam" sobie termin ewentualnej operacji (wtedy jeszcze byłam tysiąckrotnie pewna, że nigdy to nie nastąpi) we wrześniu tego roku - 2010..... Teraz nie jestem już taka pewna.. może przyjdzie moment, iż będzie trzeba podjąć kluczowe decyzje.. Do jesieni daleko. Czas pokaże czy jest łaskawy, czy popchnie mnie w jakieś nowe miejsce, nową sytuację. Teraz najważniejsze jest abym podołała zaplanowanemu urlopowi. Móc się nim cieszyć.. chciałabym!
Amen.
foto: net
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą termin operacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą termin operacji. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 marca 2010
poniedziałek, 19 października 2009
19.X.2009 2 w nocy a tu nie chce się spać..
Ależ ja zaniedbuję Dziennik! No aż trudno w to uwierzyć! Ale coraz ciężej pogodzić mi pisanie Dziennika z trzymaniem w ryzach i prowadzeniem Forum, z budowaniem strony www Fundacji Bioderko a co za tym idzie z tysiącem innych zadań, który tyczą się fundacji. Poza tym, rzecz jasna każdego dnia walczę aby zarobić na mojego nietaniego rehabilitanta ;-)
Jutro dostane od niego lanie.Przez ostatni tydzień obijałam się - pod względem ćwiczeń naturalnie. Jestem zdecydowanie jego najgorszą z najgorszych pacjentów ;-) Miałam zameldować się jutro u niego z kijami do Nordic Walkingu. A tymczasem.. nie kupiłam ich ciągle!
Matko, już prawie 2 w nocy! Kompletnie poprzestawiał mi się zegar biologiczny. Śpię w dzień, żyję w nocy. o 10 rano jestem nieprzytomna.
Z rana napiszę do profesora Czubaka, mam plan aby zoperował mnie jak najszybciej, jak się da to jeszcze teraz, w listopadzie. Mam na myśli wyjęcie śrub. Nie będzie nic z grudniowych nart. Długo by gadać czemu, jest ku temu kilka powodów. Więc trzeba tak pokierować sprawą aby poszusować w marcu- eh! to zdecydowanie najlepszy termin. Ale musiałabym już teraz pozbyć się śrub, aby kości zdążyły się zalać...Główka pracuje. Tymczasem mam termin na luty... Chętnie oddam go komuś w zamian za termin na już :-)
foto: net
Jutro dostane od niego lanie.Przez ostatni tydzień obijałam się - pod względem ćwiczeń naturalnie. Jestem zdecydowanie jego najgorszą z najgorszych pacjentów ;-) Miałam zameldować się jutro u niego z kijami do Nordic Walkingu. A tymczasem.. nie kupiłam ich ciągle!
Matko, już prawie 2 w nocy! Kompletnie poprzestawiał mi się zegar biologiczny. Śpię w dzień, żyję w nocy. o 10 rano jestem nieprzytomna.
Z rana napiszę do profesora Czubaka, mam plan aby zoperował mnie jak najszybciej, jak się da to jeszcze teraz, w listopadzie. Mam na myśli wyjęcie śrub. Nie będzie nic z grudniowych nart. Długo by gadać czemu, jest ku temu kilka powodów. Więc trzeba tak pokierować sprawą aby poszusować w marcu- eh! to zdecydowanie najlepszy termin. Ale musiałabym już teraz pozbyć się śrub, aby kości zdążyły się zalać...Główka pracuje. Tymczasem mam termin na luty... Chętnie oddam go komuś w zamian za termin na już :-)
foto: net
środa, 13 maja 2009
13.V.2009 Klamka zapadła - 25 maja pod nóż
/mieszkanie/
Wątpliwości, zmartwienia, niewiadome - dziś wszystko ułożyło się w jedną całość i zabrzmiało jednoznacznie: trzeba operować. Z jednej strony byłam na to przygotowana już od roku, ale ostatnio łudziłam się myślą, że może jednak nie... Gdzieś tliła się mała nadzieja, że skoro lewe biodro nie boli to jeszcze nie pora aby je kroić. Porównywalnie, teraz ból w lewym jest taki, jaki towarzyszył mi w prawej nodze 12 lat temu. Jednak RTG wyraźnie pokazuje, że zwlekanie z decyzją czy odkładanie jej na później nie jest dobrym pomysłem. Profesor na spotkaniu porównał RTG z października 2008 oraz obecny świeżutki rentgen i pokazał mi (początkowo niewidoczne dla mnie) zmiany. Mówię tu o negatywnych zmianach w lewym, nieoperowanym biodrze. To co dla laika niewidoczne dla wprawnego lekarza było oczywiste. Kiedy zapytałam ile jeszcze wytrzyma lewe biodro, zważywszy, że teraz w ogóle nie boli - odpowiedział: może tydzień, może rok, nie wiadomo ile, ale wiadome jest, to, że w każdej chwili może ulec zwichnięciu. Teraz, w czasie kiedy biodro nie boli jest idealny moment na osteotomię. Wynik operacji będzie bardzo dobry. O wiele lepszy i pewniejszy na przyszłość niż w porównaniu do prawego biodra, które było operowane na tzw. ostatni moment, kiedy mocno bolało i były w nim już spore zmiany zwyrodnieniowe. Argumenty profesora były tak jasne i klarowne, że przestałam kombinować jak tu uniknąć operacji czy odsunąć ją w czasie. Zrozumiałam, że "odbębnienie" tego teraz zapewni mi komfort na długi długi czas w przyszłości, a może nawet pozbawi mnie problemu bioder do końca życia.
Profesor zaproponował mi nawet abym wskoczyła na stół już 18 czerwca, bo być może będzie miał "okienko", ale finalnie pozostaliśmy przy pierwotnym planie, czyli przyjęcie do szpitala 21 maja, natomiast termin operacji to 25 maja, po godzinie 15.
A więc wszystko wiadomo. Jutro przed południem jadę oddać drugi worek swojej krwi. Przygotowuję się i nastawiam psychicznie na "powtórkę z rozrywki". Bardzo chciałabym aby ten drugi raz był łatwiejszy, szybszy i mniej stresujący. I mam nadzieję, że tak będzie. Aczkolwiek wiem, że strach towarzyszy w takich momentach chyba każdemu, niezależnie od tego ile razy przechodził przez takie czy podobne doświadczenia.
Jutro wieczorem, po autotransfuzji, wyjeżdżamy do rodziców na Śląsk. Oczywiście zabieramy ze sobą Maciusia :-) Mam nadzieję, że po oddaniu krwi będę się czuła nieźle i dam radę przejechać 400 km za kółkiem... Chyba jeszcze o tym nie pisałam, ale mojemu kochanemu mężczyźnie jakiś czas temu źli policjanci odebrali prawo jady za niedozwoloną jazdę motocyklem na jednym kole w centrum Warszawy ;-) tak więc obecnie tylko ja jestem kierowcą... 20 maja (dzień przed pójściem do szpitala) Tomek zdaje ponownie egzamin. I oby zdał, bo jak nie to będziemy kompletnie uziemieni! ;-)
Ot i tyle na dzisiaj pisania.
Wątpliwości, zmartwienia, niewiadome - dziś wszystko ułożyło się w jedną całość i zabrzmiało jednoznacznie: trzeba operować. Z jednej strony byłam na to przygotowana już od roku, ale ostatnio łudziłam się myślą, że może jednak nie... Gdzieś tliła się mała nadzieja, że skoro lewe biodro nie boli to jeszcze nie pora aby je kroić. Porównywalnie, teraz ból w lewym jest taki, jaki towarzyszył mi w prawej nodze 12 lat temu. Jednak RTG wyraźnie pokazuje, że zwlekanie z decyzją czy odkładanie jej na później nie jest dobrym pomysłem. Profesor na spotkaniu porównał RTG z października 2008 oraz obecny świeżutki rentgen i pokazał mi (początkowo niewidoczne dla mnie) zmiany. Mówię tu o negatywnych zmianach w lewym, nieoperowanym biodrze. To co dla laika niewidoczne dla wprawnego lekarza było oczywiste. Kiedy zapytałam ile jeszcze wytrzyma lewe biodro, zważywszy, że teraz w ogóle nie boli - odpowiedział: może tydzień, może rok, nie wiadomo ile, ale wiadome jest, to, że w każdej chwili może ulec zwichnięciu. Teraz, w czasie kiedy biodro nie boli jest idealny moment na osteotomię. Wynik operacji będzie bardzo dobry. O wiele lepszy i pewniejszy na przyszłość niż w porównaniu do prawego biodra, które było operowane na tzw. ostatni moment, kiedy mocno bolało i były w nim już spore zmiany zwyrodnieniowe. Argumenty profesora były tak jasne i klarowne, że przestałam kombinować jak tu uniknąć operacji czy odsunąć ją w czasie. Zrozumiałam, że "odbębnienie" tego teraz zapewni mi komfort na długi długi czas w przyszłości, a może nawet pozbawi mnie problemu bioder do końca życia.
Profesor zaproponował mi nawet abym wskoczyła na stół już 18 czerwca, bo być może będzie miał "okienko", ale finalnie pozostaliśmy przy pierwotnym planie, czyli przyjęcie do szpitala 21 maja, natomiast termin operacji to 25 maja, po godzinie 15.
A więc wszystko wiadomo. Jutro przed południem jadę oddać drugi worek swojej krwi. Przygotowuję się i nastawiam psychicznie na "powtórkę z rozrywki". Bardzo chciałabym aby ten drugi raz był łatwiejszy, szybszy i mniej stresujący. I mam nadzieję, że tak będzie. Aczkolwiek wiem, że strach towarzyszy w takich momentach chyba każdemu, niezależnie od tego ile razy przechodził przez takie czy podobne doświadczenia.
Jutro wieczorem, po autotransfuzji, wyjeżdżamy do rodziców na Śląsk. Oczywiście zabieramy ze sobą Maciusia :-) Mam nadzieję, że po oddaniu krwi będę się czuła nieźle i dam radę przejechać 400 km za kółkiem... Chyba jeszcze o tym nie pisałam, ale mojemu kochanemu mężczyźnie jakiś czas temu źli policjanci odebrali prawo jady za niedozwoloną jazdę motocyklem na jednym kole w centrum Warszawy ;-) tak więc obecnie tylko ja jestem kierowcą... 20 maja (dzień przed pójściem do szpitala) Tomek zdaje ponownie egzamin. I oby zdał, bo jak nie to będziemy kompletnie uziemieni! ;-)
Ot i tyle na dzisiaj pisania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


