sobota, 21 sierpnia 2010

20.VIII.2010 Powoli i cierpliwie

/dom rodzinny/

Dobrze nam idzie. Współpracujemy. Cały czas robię swoje i maniakalnie ćwiczę 1 podstawowe ćwiczenie. Problemem czasem odzywają się schody i zdecydowanie równia pochyła :-/ Niepracujące mięśnie cały czas mam podklejone plastrami tapingowymi. Działa. Marzę o basenie.....

wtorek, 17 sierpnia 2010

17.VIII.2010 (prawie) wszystko za biodro!

/mieszkanie/

Jest już późno, niby zawsze może być później, ale na mnie dziś zdecydowanie już pora by oddać się w ramiona Morfeusza. Jutro pobudka o 5 z minutami. Tuż po 7 zaczynam zajęcia z moim terapeutą. Szalona? Nie. Zmotywowana. Po kilku dniach udręki i zażyłości z dobrze znanym bólem znowu pojawiło się światełko w tunelu. Dla mnie to nawet nie światełko, tylko gigantyczna raca, która każe wierzyć i ufać mojemu terapeucie bezgranicznie. To co robi, to w jakim kierunku idziemy pokazuje nam, że problem naprawdę nie leży w stawie... a w tkankach i mięśniach! Wiem,wiem, pisałam już o tym... a potem dalej męczyłam się w bólu. Wałkujemy ten temat od zarania dziejów, ale teraz są twarde dowody! I ja - niedowiarek - zaczynam wierzyć. Zaczynam wierzyć, że jest szansa ucieczki spod zaplanowanego skalpela we wrześniu. Od natrętnej kapo.... Jedno jest pewne - przesuwam termin operacji z września na później. Na razie nie wiem ile później, może miesiąc, może dwa.. może na zawsze? Ach! Marzyć można prawda? A wierzyć i mieć nadzieję trzeba zawsze! Na razie próbuję stać twardo na ziemi i nie poddawać się emocjom. Na razie przesuwam termin bo wiem, że potrzebujemy więcej czasu by zmierzyć się z planem i wygrać z tym biodrem. Jeśli jest jakaś szansa na zachowanie własnego stawu - zrobię wiele, naprawdę wiele by go zachować. Celowo mówię wiele - nie wszystko. Nie jestem jeszcze (albo już) na etapie by poświęcić to co kocham najbardziej - narty, nurkowanie.. Jeśli nie dam rady robić rzeczy które mnie pasjonują na TYM biodrze - wtedy bez skrupułów pozbędę się go. Ale póki co - wciąż się siłujemy. Daję mu czas. Jemu i sobie. Nam... Jednak. Na spokojnie, bez szaleństwa. Na razie pełna cierpliwości i wiary idę wykonać kolejną serię ćwiczeń a potem spać by wstać o świcie i wyciskać kolejne krople potu w imię zdrowia i życia bez bólu. Patetycznie prawda? A jakże! Czasem musi być dobitnie!

Po mikro urlopie nad morzem, na którym najpierw wyłam z bólu a potem powoli poskramiałam nieznośną nogę mam dużo energii. Byłam w wielu miejscach. Dojechałam aż pod Kaliningrad. Możliwość pływania z płetwami i zaliczenia kilku nurów w słonej wodzie i w przydrożnych napotkanych  jeziorach ;-) zdaje się  - działać na mnie uskrzydlająco. Ale chyba o to chodzi w życiu! Zwroty i wartkie akcje napędzają motor!
Do dzieła Katja! Masz się o co bić!




























































foto by Katja 2010

czwartek, 12 sierpnia 2010

12.VIII.2010. Razem

/Sopot/

Jesteśmy razem. Na krótkim urlopie. Ale miło! Wiedziałam, spodziewałam się, czekałam. Wspólne mini wakacje! Tylko ja i ON. Bomba!
Ja i mój ból.
Dzięki! Bez Ciebie faktycznie czułabym się nieswojo.... :-/

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

09.VIII.2010 Jesteś!

/basen/

Jesteś! Ooo, wróciłeś! Tęskniłam... czekałam i czułam się nieswojo kiedy na klika dni zostawiłeś mnie z samą sobą.. Wiesz, ciężko radzić sobie z sobą i próbować zrozumieć jak to działa w pojedynkę. Wiedziałam, że wrócisz. Ach! Jak ja czekałam! Z każdym krokiem czekałam, że znowu wpadniesz z buciorami i powiesz: "Cześć! Tęskniłaś? Nie mogłem sobie podarować! Hah! Twoja mina jest bezcenna! A już wierzyłaś, że zmieniłem zdanie? Nie bądź śmieszna!..."
I wróciłeś z radosnym przywitaniem, tyle, że powiedziałeś to bezdźwięcznie, bo przecież w tej chwili byliśmy pod wodą. Tam nie da się mówić, prawda? Nawet szeptać. Ale znamy się na tyle, że nie trzeba słów. Ba! Zbędne nawet gesty! Wystarczy mały kopniak na przywitanie, albo podłożenie nogi, w dobrym tonie jest też łupniak w mało spodziewanym momencie. Ale Ty wymyśliłeś sobie przywitanie w podwodnej ciszy, w miejscu gdzie czuję się szczęśliwa, na dnie basenu, gdzie (cóż za rzadkie szczęście!) potrafię skupić myśli tylko na jednej jedynej rzeczy  - wstrzymaniu oddechu. Z każdym ruchem płetwą machałeś do mnie z wyszczerzonym uśmiechem. Najpierw niby nieśmiało aczkolwiek każdy z nas wiedział, że to głupia gra w kotka i myszkę. O nie! Nie odkryłeś wszystkich kart. To nie w twoim stylu! Czekasz na dogodny moment. Na czas kiedy zaplanuję coś extra albo zwyczajnie będę miała na głowie kilka zadań musząc być w formie.

Czekam. Wiesz, znamy się już tak długo, że obstawiam 8:10, że nie dasz rady mnie zaskoczyć. Stajesz się przewidywalny, brakuje ci fantazji. Wiem, że odstroisz się i wpadniesz z wizytą w przyszły weekend. Mam rację? Może zostaniesz na dłużej. Zaskoczony? Eeee, bez przesady, przecież się przyjaźnimy! :-/

niedziela, 8 sierpnia 2010

07.VIII.2010 Pokonać smutek radością

/schronisko/

W całym smutku, który podwajał się w rozmowie ze zdruzgotaną babcią, która bardzo przyjaźniła się z wujkiem.... postanowiłam zrobić coś na przekór, coś co wniesie radość i smutne łzy zastąpi tymi szczęśliwymi.

Skoro świt pozbierałam wszystko co mogło się przydać z mojego domu, wytarmosiłam od mojej kochanej sąsiadki Madzi koce, poduszki i niepotrzebne już gąbczaste wnętrza sofy; nakupiłam dużych paczek makaronu i z całym majdanem pojechałam do schroniska dla zwierząt z Józefowie pod Legionowem. Nie jechałam tam w ciemno. Byłam zdeterminowana, żeby wrócić z Mają - maleńką kruszynką, która cudem ocalała po tym, jak ktoś postrzelił ją z broni.... Tak, mi też wydawało się to niewiarygodne... jak ludzie... Eh! Wolę o tym nie myśleć! Znałam Maję ze zdjęć na facebooku i ze strony www schroniska. Kiedy ją zobaczyłam - wiedziałam, że nie wyjdę bez niej :) Wokół skakało, biegało i szczekało mnóstwo psiaków. Każdy chciał aby się nim zainteresować, aby okazać mu choć odrobinę serca. Jedna z wolontariuszek wsadziła mi Maję w ramiona. Kruszyna od razu przytuliła pyszczek do mojej szyi. Tak, że nawet nie mogłam spojrzeć w jej oczy :) Potem poszło już szybko. Umowa adopcyjna, przekazanie naszych zgromadzonych darów dla zwierzaków, w międzyczasie głaskanie i poznawanie innych psiaków, wygodne usadowienie się z Majką na kolanach w samochodzie i podróż do jej nowego domu :) W samochodzie była niespokojna, okazało się, że ma chorobę lokomocyjną (jak mój Monti). Na szczęście Tomasz sprawnie i szybko dojechał na miejsce.  Nowy dom Mai to dom moich dziadków :) Maja przywitała babcię bardzo wylewnie od razu liżąc jej nogi zaakceptowała ją jako swoją panią :) Widok obydwu dziewczyn i radość z jaką na siebie patrzyły był wspaniały :) Choć Maja była dla babci niespodzianką (odważnie postanowiłam, że postawię ją przed faktem dokonanym) wiedziałam, że będzie to wspaniała przyjaźń :) Nie myliłam się! Polubiły się! Mimo, że znają się zaledwie 24 godziny zdaje się, że są już do siebie mocno przywiązane. Chodzą razem na spacery, Maja poznaje otoczenie, wygląda na zadowoloną. Babcia zyskała przyjaciółkę :) Ma o kogo się troszczyć. A Majka potrzebuje troski. Wiele przeszła, cudem przeżyła... A teraz ma nowy dom i człowieka, który z każdą chwilą coraz bardziej ją kocha :)

















Tu Maja jeszcze w schronisku 































Tutaj już na swoim trawniku w swoim nowym domu :-) Uśmiecha się, prawda?

piątek, 6 sierpnia 2010

06.VIII.2010 Przestać istnieć?

/mieszkanie/

Właśnie umiera mój wujek....Już nie walczy... mózg przestał pracował godzinę temu.... Na monitorze płaska linia.. Jeszcze wczoraj robił wielkie plany budowy letniego domku na swojej ukochanej działce nad brzegiem Wisły. Jeszcze wczoraj cieszył się wnukami i spokojnym życiem emeryta.. Wczoraj. Dziś leży w szpitalu po nagłym wylewie i pewnie nic już nie czuje, nie słyszy... Fizycznie jest w szpitalu. Gdzie naprawdę? Gdzie podział się jego byt? Jest jeszcze tutaj? Zniknął i przestał istnieć? Przeniósł się do innej istoty by żyć nadal?............
Czy naprawdę żyjemy po życiu?
Gdzie? W jakiej przestrzeni?
.......
Ciężko. Trudno zaakceptować, zrozumieć. Niewyobrażalnie trudno wczuć się w sytuację najbliższych... Przerażająco trudno...

Oby to MIEJSCE gdziekolwiek jest było lepszym, spokojniejszym i piękniejszym od naszego doczesnego...

czwartek, 5 sierpnia 2010

05.VIII.2010 Orzeł czy reszka?

/mieszkanie/

Planowo poranek zdecydowałam zacząć od rzutu monetą. Reszka - zostaję na weekend w domu (a przynajmniej jego okolicach), orzeł - w ciągu godziny pakuję walizkę i samotnie ruszam nad morze z bagażnikiem wypakowanym niepołkniętymi jeszcze książkami. Było jednak inaczej... obudził mnie porażający niewyspaną głowę odwiert.... odwiert sąsiada sugerujący, że zakupił lepszą wiertarkę i naprawia albo demoluje. Jedno z dwojga. Ten start nasunął mi w myślach (a może je wypowiedziałam..? ) kilka brzydkich słów.
Po wczorajszej jodze - na której nota bene czułam się bombowo a biodro a nawet biodra (!!) współpracowały wspaniale - zwleczenie się z łóżka było wyzwaniem. Do teraz mimo, że jest już przed 11 siedzę w piżamie i nie mogę zaplanować porządku dnia.Wiem, że na pewno nie rzucę już monetą. Ach.... żałuję  bo to strasznie kręciło. Choć przyznam, ze generator liczb losowych byłby jeszcze bardziej podniecający! Bez monety czy generatora zerknęłam w długoterminowe prognozy pogody i chłodno zdecydowałam, że pojadę w przyszły czwartek. Miało być spontanicznie - jest praktycznie.

Wracając do biodra. Jak ostatnio pisałam - nic nie rozumiem, bo od bodajże 3 dni nie boli... No, może NIC to trochę przesadzone, ale odczuwam diametralną zmianę. Biorąc pod uwagę to, że kwestia bólu jest dla mnie jak codzienne mycie zębów to co teraz się dzieje jest niepojęte. Ja jestem pełna strachu, że to tylko cwaniacka zagrywka, cisza przed burzą a na pewno przez jakimś wyjazdem... ja zawsze dostanę swój łomot. To tylko kwestia czasu... Jest też inna myśl. A co jeśli to co robimy z moim fizjoterapeutą naprawdę działa... ? (nie obraź się Piotrze za te dywagacje).. i ta bezbólowa tendencja ma się utrzymywać...? Co zrobić, co zrobić...? Pytam sama siebie, bo wrzesień, który zaplanowałam w najdrobniejszym szczególe z każdą godziną zdaje się być bliżej... Wrzesień - co za enigmatyczne pojęcie. W końcu powiem to chyba otwarcie, choć sama przed sobą też do tej pory wyrażałam się półsłówkami. Wrzesień a konkretniej 27 września - to wyznaczona data mojej kolnej operacji. Kapoplastyka. Recz jasna: prawe biodro. Nie, to nie znaczy, że się poddałam albo z góry założyłam porażkę.Gdyby tak było nie przeszłabym 2 razy Ganza i nie walczyła ponad 2 lata o to biodro. Czasem jednak trzeba powiedzieć basta! No i kiedy w końcu to powiedziałam, przełknęłam wizję skalpela, całego bólu i niezdarności jaką niesie za sobą następna operacja... ono znów robi hecę i milczy. Nauczona doświadczeniem - nie wierzę w nic. Nie ufam, podejrzliwie stawiam każdy krok szukając znajomego łomotu. Boję się. Co zrobię we wrześniu.....? To nie jak rzut monetą....Orzeł czy reszka... NIE!

wtorek, 3 sierpnia 2010

03.VIII.2010 Płotki

/mieszkanie/

Znowu w domu. Mieszkaniu - uściślając. O własnym domu na razie mogę tylko marzyć.Chociaż od tradycyjnego domu rzecz jasna dużo bardziej kręci mnie wieża ciśnień, barka na rzece, albo szałas gdzieś na wyspach pacyficznych... Nieważne. Weekend mimo obiecujących wyobrażeń był przykry i męczący. Spędziłam go w Poznaniu z chorą, koszmarnie marudną i rozpłakaną siostrzenicą. Dawno nie stresowałam się tak mocno.. Czułam, że wszystko walimi się na głowę. Wracając do domu łzy zmęczenia psychicznego, bólu biodra, przykrości, świadomości jaka jestem bezradna zmyły mi makijaż. Wstyd się przyznać? Nie, nie sądzę.

Znowu późno, znowu nie śpię. Oglądam skrót z lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w Barcelonie. W tym roku Eurosport zaszalał i nieźle udźwiękowił flash z finałów. Przyjemnie popatrzeć na te imponujące ciała, skupienie na twarzach, rozgrzewki, wiatr we włosach na bieżni, pracę mięśni "katowanych" calusieńki, okrągły rok na kluczowe imprezy sportowe.. takie jak ta. Wysiłek, poświęcenie i niewyobrażalne szczęście zwycięzców na mecie. Zmęczenie, przyjemne zmęczenie, dług tlenowy mięśni. Fenomenalne.
To co nas kręci. To co nas podnieca :-)
Ja też dziś pospinałam mięśnie. Nie tylko na rehabilitacji. Wieczorem był basen i zmiana taktyki w treningu. Teraz pływam z nosem tuż przy dnie basenu eksplorując dokładność i czystość fug ;-) Na nogach obowiązkowo płetwy. Początkowo miałam trudność z opanowaniem naturalnej wyporności ciała, które zgodnie z regułami wyrywało się ku powierzchni. Po niecałej godzinie czułam, że woda jest moja. Pod wodą na jednym oddechu robiłam już dwie długości basenu. Po pierwszym treningu tego rodzaju czas 2 długości na bezdechu bez użycia rąk to 1:05. Będę obserwować jak czas i osiągane długości a także umiejętność spożytkowania sił i tlenu będzie ewoluować. Naturalnie jutro znów idę na basen. Wciąż mi mało. Kiedyś umrę z przedawkowania. Czegoś - czegokolwiek. Emocji, złamania kolejnego postanowienia, bariery, zawyżenia poprzeczki, która nie do końca okaże się realną? Wiem o tym. (Dążenie do "moich" 4 min na bezdechu w bezruchu nie daje mi spać.Co dzień zasypiam i rozrywa mnie od środka to niezrealizowane zamierzenie.) Pływając odciążam prawe biodro. Chyba nawet podświadomie. Zresztą ONO samo dziś podjęło prawdziwie przyjemną współpracę czym zaskoczyło mnie i wprawiło w osłupienie. Czekałam na ból co najmniej kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy w ciągu tego długiego dnia. Doczekałam się zaledwie kilku razy. W słabszym niż oczekiwanym natężeniu. I nie rozumiem tego. Nie mówię, że jestem zasmucona, ale zmartwiona i zagubiona - owszem. Nie wiem czemu tak ze sobą pogrywamy? Ja i ono żyjemy swoim oddzielnym życiem.

Viva Barcelona! Viva champions!












































foto: net

środa, 28 lipca 2010

27.VII.2010 Plany na ten rok...tylko ten...

/mieszkanie/

Wróciłam z basenu. Popływałam trochę na wstrzymanym oddechu pod wodą, ale zdecydowanie ruch nogami "żabką" nie służy... Następnym razem na basen maszeruję z płetwami, żeby nie obciążać tak biodra. Od dawna, a może od zawsze mówię w liczbie pojedynczej. Na pociechę staram się wierzyć, że o prawym biodrze będę jeszcze tylko rozmawiała, ba! nawet myślała wyłącznie do końca tego roku. W przyszłym 2011 r nie pomyślę o nim nawet przez chwilę. Dlaczego? Bo już go nie będzie, a jego metalowy następca da mi wreszcie złapać oddech. Może nawet obędzie się bez botoxu ;-) który na dziś na pewno powinien zająć się pogłębiającymi się zmarszczkami na moim czole. Oglądając swoje zdjęcia nie mogę uwierzyć w to, że na znakomitej większości moja twarz jest zmęczona, i widać na niej oznaki umordowania. Czym? Ciągłym bólem. Ale nie tylko. Gorsze od bólu jest znoszenie swojej nieporadności, ciągła kontrola nad czynnościami, nad tym aby nie przejść za daleko, nie dźwignąć za wiele, nie daj boże ubrać niewygodne buty (nie mówię o obcasach bo to jest w ogóle poza zasięgiem). Każdy wyjazd czy spotkanie wśród znajomych uświadamia mi jaka jestem niepełnosprawna. Pozornie nie różnię się niczym od nich, narciarstwo alpejskie jest mi pisane, na wodnych deskach też czuję się pewnie, każda forma letniego ruchu na wakacjach, czy to piłka plażowa, czy ringo albo zwyczajne bieganie też należało k i e d y ś do chętnie uprawianych aktywności. No właśnie... k i e d y ś, bo teraz każda próba zasmakowania w sportach, które uprawiają moi znajomi kończy się fiaskiem i zbolałą miną. Z reguły nawet nie podejmuję prób wiedząc, że okupię je słono. Ostatnio w Norwegii duchem już wciskałam się w skafander i zakładałam narty wodne nad jednym z fenomenalnych ale zimnych jezior. Tylko duchem, bo zdrowy rozsądek szybko nakazał mi odpuścić. To był początek urlopu.. a nie ostatni dzień - wtedy na upartego mogłabym sobie odchorować tydzień, dwa w domu... Durne myślenie! Ale takie właśnie jest.
Nie ma znaczenia.
Do końca roku, tylko tyle jeszcze planuję się pomęczyć.














foto: net

wtorek, 20 lipca 2010

20.VII.2010 Przepychanki

/mieszkanie/

Przed momentem wróciłam z Lublina. W drodze omawiałam z moim nowym szefem :-) koncepcję naszej strony www i reela. Potem jak zakupoholiczka rzuciłam się w wir zakupów kończąc po 2 godzinach z 2 parami spodni i majtkami w torbie. Każdy krok i czynność pod baczną kontrolą. Pierwszy raz od kilku dni wyszłam z domu zmierzyć się z biodrem. Prawy pośladek zaklejony przez mojego terapeutę specjalnymi plastrami utrzymywał niewydolnego maximusa w ryzach. Jest lepiej. Jest lepiej ale nie cudownie... Ja obawiam się, że już nigdy nie będzie. Nigdy z TYM biodrem. Mój niezłomny w wierze terapeuta prosi mnie o cierpliwość. Mamy czas do września. Dokładnie do 27 września. W tym dniu planowo - co kilka dni temu potwierdziłam i przypieczętowałam - kładę się po raz kolejny na stół operacyjny. Tym razem zejdę z niego z nowym biodrem. Nowym kapoplastycznym biodrem. Podjęłam, przetrawiłam i dojrzałam do tej decyzji - chyba nie trzeba mówić, że była to jedna a najtrudniejszych decyzji jakie przyszło mi rozważać...

Ale do września, czekamy jeszcze do 27 września i wyciskamy wszystkie soki w wierze, że to nie winy staw a tkanki. Że zdejmiemy ból i operacja będzie zbyteczna.. Chciałabym. Naprawdę.


















foto: net

czwartek, 15 lipca 2010

15.VII.2010 Co dalej jest..?

/mieszkanie/

Nie wychylam nosa z mieszkania. Dystans po miniaturowym 40-metrowym mieszkaniu jest wystarczająco duży. Prawe tak daje w kość, że nie chce się żyć...

Wkrótce...?



wtorek, 13 lipca 2010

13.VII.2010 Miłe powroty

/mieszkanie/

Wróciłam do domu! Zabrzmiało całkiem jakbym opłynęła dookoła świat ;-) Nic z tych rzeczy - a szkoda :-) Wróciłam do domu na dobre po wojażach po Norwegii, Poznaniu, Sulejowie, Śląsku oraz Półwyspie Helskim - na dobre, czyli na pewno na jakiś tydzień. W Norwegii pożerałam wzrokiem boskie formacje, które stworzyła natura i stoczyłam prawdziwą niestety przegraną bitwę z biodrem. W Poznaniu jeździłam na hulajnodze, motorze i ratowałam doraźnie biodro u dobrego fachowca fizjoterapii. W Sulejowie....ach w Sulejowie! ;-) Szalałam z innymi Bioderkowiczami na 1 urodzinach Forum Bioderko - było fantastycznie! Na Śląsku.. cóż.. położyłam się pod skalpel a później jak przystało na rekonwalescenta jeździłam samochodem po blacharzach, mechanikach, architektach, urzędach... no byli też znajomi :-) Na Półwyspie z kolei... zjeździłam go rowerem. Potem z obolałymi czterema literami nic nie robiłam na plaży. I to był strzał w 10! Brakowało mi lenistwa. Choć trwało krótko, bo zaledwie 1 dzień z hakiem pozwoliło nieco wytchnąć. Jak co cztery lata w Jastarni obejrzałam finały Mundialu. Brak czasu i wojna podjazdowa z biodrem pokrzyżowały plany nauki kitesurfingu. Jeszcze nie teraz, ale kiedyś tak.
Wracam do pionu. Pierwszy cały dzień w domu od 2,5 tygodnia. W planach - byczenie się.. i sprzątanie oraz upolowanie czegoś do lodówki, która świeci pustką ;-)


















foto: net

wtorek, 6 lipca 2010

6.VII.2010 Dostaliśmy!

/dom rodzinny/

Dostaliśmy dofinansowanie z Unii Europejskiej!!!
Nasze starania, ślęczenie po nocach nad dokumentacją, wnioskiem, uzgodnieniami a potem 8 miesięczne oczekiwania zaowocowały przyznaniem nam dotacji unijnej na planowaną inwestycję :-)
Cieszę się jak dzieciak i jednocześnie modlę, żeby miejscy urzędnicy, którzy od dłuższego czasu rzucają nam kłody pod nogi wrzucili na luz i zamiast przeszkadzać pomogli wreszcie zrealizować dofinansowywaną inwestycję.
Jestem tym bardziej szczęśliwa i dumna, bo wniosek napisaliśmy sami! Bez wsparcia firm pośredniczących.
Prawie niemożliwe stało się możliwe :-)
Czy ktoś się tego spodziewał? Szczerze - czułam to w moich kościach ;-) Ledwo, ledwo, ale jednak, opuszkami palców wyczuwałam, że coś dobrego z tego wyniknie. I udało się!
Teraz będzie czekało nas jeszcze więcej pracy. Kto wie, być może proces zaskutkuje przeprowadzką na Śląsk, przynajmniej czasową.














foto: net

piątek, 2 lipca 2010

02.VII.2010 I po krojeniu

/dom rodzinny/

Wczoraj około 8.30 na oddziale szpitala w którym leżałam dostałam maleńka niebieską tabletkę, którą pod czujnym okiem pielęgniarki zmuszona byłam połknąć. Niewiele później, bo jakieś 15 minut straciłam kontakt z rzeczywistością aby ponownie odzyskać go jakieś 5 godzin później.
Nie pamiętam nic co wydarzyło się pomiędzy. Co robiłam i mówiłam usłyszałam od kochanej mamy, której niewątpliwie zgotowałam sporo nerwówki, pielęgniarek i pacjentek z mojej sali. Po zabiegu, gdy zwieźli mnie  na salę dziwnym trafem pomyliły mi się operacje i byłam przekonana, że właśnie przeszłam zabieg operacyjny bioder. Podniesionym głosem mówiłam, że nie mam czucia w nogach, łapałam się za biodra, ruszałam stopami mówiąc, że dostanę zakrzepicy! Kompletnie nie kojarzyłam, że operowano mi pierś. Ognisty ból, który w niej czułam potraktowałam jak ugryzienie robaka i uskarżając się na drapieżcę prosiłam żeby dmuchali mi w to miejsce. Ponoć sporo opowiadałam też o Kairze i wielkim bazarze Chan al-Chalili. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co.
Sama operacja - z relacji lekarza - przebiegła dobrze i bez powikłań. Usunięto mi spory guzek wielkości 2x1 cm który miała okazję zobaczyć moja mama. Ponoć żadna rewelacja, choć kształt zadziwiający ;-) Przedmiot zainteresowania został od razu wysłany do badania histopatologicznego. Wynik za 2 tygodnie.
Po wczorajszych "przygodach" i odespaniu atrakcji po narkozie, o 17 zostałam wypisana ze szpitala i szczęśliwa wróciłam do domu. Dziś, dobę po zabiegu czuję się już świetnie. Jedyne co to muszę oszczędzać i mimimalizować ruchy prawej ręki, bo im więcej niż robię tym mocniej boli operowana pierś. Szwy mam rozpuszczalne, więc wystarczy, że obetnę końcówki a reszta sama się wchłonie. Na pewno ten tydzień pobędę u rodziców, postaram się odpocząć, dac oddech biodru i operowanej okolicy, a za tydzień ruszam do siebie a potem prosto nad morze - na weekend z mundialem ;-)














Kair Chan al-Chalili
foto: net