środa, 23 grudnia 2009

23.XII.2009 Bez drzwi

/dom rodzinny/

Od 2 dni jestem już w świecie żywych! Tak. I to jest piękne! Głowa nie boli, toleruję światło i dźwięki! Jak każdy normalny człowiek! Jestem człowiekiem :-] A jednak ;-) Na nogi postawiły mnie wcześniej wspomniane leki i dużo, dużo kofeiny. Jedynym minusem był brak snu, ale za to nic nie bolało!
Po krótkim nacieszeniu się wybrankiem życia - było nam dane spędzić z sobą nie więcej niż w sumie ok. 28 godzin - ruszyłam w trasę do rodziców. Jako, że jeszcze 2 dni temu nie ufałam swojej głowie (i miałam ku temu spore podstawy) ustaliliśmy, że tata ofiarnie wyjedzie po mnie w poniedziałek w nocy, tak abym we wtorek wróciła z nim na Śląsk. No i wydawać by się mogło wszystko szło zgodnie z planem. Aż... no właśnie, niestety jest pewno "ale"... Pod Tomaszowem Mazowieckim zakochany a może w świątecznym amoku kierowca TIRa staranował nasz mały samochód.... w dodatku czeski kierowca :-/ Urwał nam drzwi. Po prostu. Jak w filmie. Do tej pory myślałam, ze sceny typu nadjeżdżający z tyłu samochód który uderza w otwarte drzwi samochodu i urywa je to tylko filmowa fikcja. Nie.. takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Hm.. cóż by tu dodać? Może to, że 3/4 trasy przejechaliśmy z na wpół trzymającymi się (w głównej mierze dzięki pasom i hakom) drzwiami dygocząc z zimna. W domu byliśmy po północy. Dojechaliśmy w sam raz na urodziny mamy ;-)

Ach! Bez takich przygód życie było by strasznie nudne. Prawda?
Jesteśmy wszyscy razem i cali. I to jest cudowne.Obiecałam sobie i nam wszystkim, że nic nie popsuje nam Świąt. I tak będzie :-)

sobota, 19 grudnia 2009

19.XII.2009 Prochy

/mieszkanie/

Nafaszerowałam się prochami. Panadol extra (paracetamol+kofeina) + Aleve (NLPZ) + garść cukierków Copico. Działa. Od 4 godzin jestem "na chodzie" i wreszcie myślę. Na tyle jasno, że mogę pisać a nawet coś tam przeczytać. Nie wiele, bo ból głowy dalej się utrzymuje, ale to 1/5 tego co było. Pałam szczęściem. Lepiej też znoszę już światło. Pierwszy raz od kilku dni odważyłam się w świetle zerknąć w lustro - głównie po to aby sprawdzić czy nie rosną mi kły i nie jaśnieje skóra. Takie zmiany logicznie tłumaczyłyby samopoczucie. W sumie bycie wampirem nie byłoby takie złe. Mam na myśli "dobrego" wampira ;-) bo ponoć takie są.
Modlę się, żeby ten stan, ta możliwość działania tak jak robię to teraz utrzymała się już i nie zmieniała mnie w warzywo.
Nie będę przesadzać i rozpisywać się, bo mam jeszcze małą robótkę na forum a to i tak mój rekord przed ekranem w ciągu ostatniego tygodnia.
Jutro wraca moja druga połówka.. opalony i wyhasany narciarz ;-) Cieszę się. W sumie w ciągu ostatniego miesiąca spędziliśmy ze sobą chyba 4 dni. Tęskno człowiekowi :-)



 foto: net

środa, 16 grudnia 2009

16. VII. 2009 Zespół popunkcyjny

/mieszkanie/

Światłowstręt i rozsadzający ból głowy nie kwalifikują się w żadnym słownictwie naszego bogatego języka.
Warzywo.Nie dorodne i świeże jak z ogrodu mojej babci, a skapcaniałe i rozlazłe jak z wczorajszego rosołu. Warzywo .. do niczego. W skrócie. Nie tylko tak się czuję. Sądzę że tak właśnie wyglądam.

W prawej nodze puścił szew. Wyszło co nieco.. i według znaków na niebie powinnam udać się na ponowne szycie. Myśl o igłach i jakichkolwiek narzędziach w pobliżu mojej osoby napawa mnie wstrętem i staje się czymś nie do przejścia. Jestem w większości posiniaczona, na nadgarstku przez wenflon, na ramionach od zastrzyków domięśniowych, na brzuchu od zastrzyków z heparyny. Chyba zostanie jak jest.
To maks jaki udało mi się wstukać w klawisze, który przypłacę teraz lawiną w głowie.



















foto: net

wtorek, 15 grudnia 2009

15.XII.2009 Pokrojona

/mieszkanie/

Home.. wreszcie. U radiu chillout. Własna najwygodniejsze w świecie łóżko. Siostra gotująca rosół. 6 śrub na stole.
Wszystko pod kontrolą.
Pęka czacha, trzeba się położyć.
To wciąż moja pierwsza doba po operacji.


niedziela, 13 grudnia 2009

13.XII.2009 Komu w drogę...temu kopa!

/mieszkanie/

Praktycznie spakowana. Dywaguję czy wypada brać do szpitala szlafrok jaki mam, to znaczy krótki z granatowej satyny, czy nie brać w ogóle. Nie posiadam typowego misiowatego szlafroczka, które na ogół widzi się w szpitalach. Hm.. niby powinnam go mieć, bo na operację będę maszerowała pieszo przez cały szpital :-/ No niestety, tak to jest. W przypadku zabiegu "na górze" jak mawiają w otwockim szpitalu każdy chory musi "własnonożnie" przejść ową ścieżkę pod nóż.
Dalej czuję się nieprzygotowana. Powinnam wpaść jeszcze do sklepu po jakiś jogurt i paczkę mokrych chusteczek dla dzieci. Tym razem moja torba jest maleńka. Spakowałam minimum, planując, że we wtorek wieczorem będę już słuchała chilloutu na własnej domowej kanapie. Trzeba mieć jakieś plany przecież.
Wciąż nie mogę znaleźć swoich kul. Tomek pożyczył je koledze motocykliście, który po zaliczeniu pięknego fiflaka na jednym kole musiał mieć operowaną kostkę a potem przez 2 miesiące korzystał z moich czerwonych szczęśliwych kul. Ponoć obie w dobrym stanie wróciły do domu. Pytanie czyjego? Bo na 40 metrach na których przebywam ani słychu ani widu po nich.
Jest 15.00. Hm.. to idealna godzina na kilka ostatnich ostrych szusów na stoku przed zamknięciem wyciągów.... Tomasz ma to szczęście, że pewnie właśnie z nich korzysta. I pewnie dobrze mu idzie. Pierwszy raz beze mnie... Czasem dziwnie o tym myśleć. Aż nie mogę uwierzyć, że tak łatwo zdecydowałam - skalpel zamiast nart. Włochy.. Madonna... jest pewnie sporo śniegu... Łudzę się nadzieję, że "stara" noga, kiedy pozbędzie się już żelastwa pozwoli mi na bezbolesne (albo mniej bolesne) narty w słonecznym marcu.
Brać te kulasy do szpitala czy nie? Sama nie wiem. Eh, niby lepiej mieć je w samochodzie w razie potrzeby... Jeśli je znajdę - spakuję.
Zaplanowałam, że wyjeżdżam do Otwocka za godzinę.
Książka.. czy będę czytać? Chyba nie będzie nawet kiedy. Wczoraj skończyłam ze łzami na policzkach "Zieloną Milę". Nie mam koncepcji za co teraz się wziąć. Kapuściński czy coś innego Kinga?
Wezmę jednak laptop. Mam trochę pracy, może dziś wieczorem w szpitalu wykorzystam to czekanie i zrobię coś pożytecznego dla świata.

No to na razie. Wróce tu już z czystą biologią w stawach ;-)

piątek, 11 grudnia 2009

10.XII.2009 Czas na śruby

/Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny w Otwocku/

Tym razem, bez żadnego przygotowania, ani fizycznego ani psychicznego z marszu pojawiłam się przed godz. 10 w rejestracji na oddział IB otwockiego szpitala. Jadąc tam z przekonaniem, że nic mnie nie zaskoczy, że "ścieżkę zdrowia" (od rejestracji, przez rentgen, EKG, badanie, pobieranie krwi itd, itd) i każdego kogo dziś na niej spotkam znam na wylot - pomyliłam się! I jakże to odkrycie było odświeżające! Oto Pani Lodowa Góra, słynna moja Lodowa Góra jak nazwałam ją już na pierwszych kartach tego bloga, dziś na dzień dobry posłała mi promienny uśmiech! Ba! Podczas rejestracji żartowała przyjaźnie a na sam koniec pożegnała się życząc powodzenia i dużo zdrowia! Oniemiałam z wrażenia :-) A jednak! Pod skorupą lodu kryje się człowiek! Czy to nie budujące? :-)

Ze szpitala wyszłam późno, po dość długiej aczkolwiek sympatycznej i relaksującej rozmowie z moim operatorem, tuż przed godz. 17. Jak to zawsze bywa o mnie i moich biodrach rozmawialiśmy całe 5 minut ;-) Doszczętnie pochłonęła nas fundacja, plany i nasze wspólne wizje.

Z konkretów: zabieg usunięcia zespolenia po osteotomii wg. Ganza z obydwu stawów biodrowych - poniedziałek 14 grudnia 2009 godzina ok. 11.30. Jeśli wszystko będzie zgodnie z planem i na drugi dzień będę na tyle silna aby prowadzić samochód - wracam do domu. Podczas operacji mistrzowi skalpela będzie asystował mój bezcenny fizjoterapeuta i niezawodna a zaprawiona już w "operowaniu mnie" moja własna siostra.

I to na tyle rewelacji. Od kilku, kilkunastu dni walczę z organizmem i zmęczeniem. Zadaję sobie podstawowe pytanie czy przed operacją znajdę choć kilka godzina na odpoczynek? Na nicnierobienie? Jutro na pewno nie..

Czy na tym zakończy się mój remont...?



















foto: net

poniedziałek, 7 grudnia 2009

06.XII.2009 Maciej

/mieszkanie/

Mmmmmm.. jestem już u siebie. Wszędzie dobrze.. ale jak mówi stare porzekadło - najlepiej w domu :-) W swojej wannie, w swoim łóżku, z pokrewną duszą przy boku.

Mama wreszcie odetchnęła od wciskanych jej przeze mnie ziółek, soków buraczanych i siemienia lnianego :-) Przez ostatni weekend miała na głowie całą zwariowaną rodzinę wraz z moim kochanym urwisem - siostrzenicą Patką (jak sama na siebie mówi). Oh, było wesoło. Wesoło i męcząco. Mała jest za sprytna i za szybka jak dla mnie ;-). Zdecydowanie. Jak błyskawica ;-)

Cieszę się, że mama jest w dobrej kondycji. Wraca do sił, wraca do normalności :-)

A ja? Ja od jutra zasuwam dalej, tyle, że teraz trochę skupię się na samej sobie. Jutro ZUS, później Urząd Pracy, może w między czasie stacja krwiodawstwa i autotransfuzja.. zobaczymy.. W czwartek przyjęcie do szpitala.

Wczoraj w południe moim przyjaciołom urodził się syn :-) Świetny, duży i silny chłopak - Maciej. To wspaniałe :-) Kiedy tylko pomyślę o ich szczęśliwej, ledwo co powiększonej rodzince mam uśmiech dookoła głowy. Rośnij zdrowo Maciek! :-)




wtorek, 1 grudnia 2009

01.XII.2009 Na szybko, wciąż ze Śląska

/dom rodzinny/

Ale tan czas zasuwa! Już grudzień. Mam wrażenie, że jeszcze przedwczoraj latałam w sandałach...

Mama czuje sę coraz lepiej :-) Jest twardzielem - nic dodać nic ująć. Z każdym dniem po zabiegu jest silniejsza. Dobry humor jej dopisuje - jak zawsze! Cieszy mnie to więcej niż bardzo.

Z nowości - w końcu moje "dziecko" - Fundacja Bioderko została zarejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu! Trochę to trwało.. Teraz czuję, że zacznie się ostra robota. A doba ma tylko 24 godziny...
Będąc cały czas na Śląsku sporo zasuwam z naszą inwestycją. Powoli małymi krokami idziemy do przodu. Powoli.
Po "mikołaju" wracam w swoje cztery kąty. Mam nadzieję, że mama będzie już za tydzień w na tyle dobrej kondycji, że będę mogła już ją opuścić. Wracam, bo za 10 dni rozpoczynam kolejną drogę na stół operacyjny otwockiego szpitala. Mam nadzieję, chciałabym.. oby to już ostatni raz. Według planu - pozbywam się 6 śrub tkwiących w moich kościach. Przy okazji usuwania zespolenia chciałam aby nieco "pogrzebać" w prawym biodrze, może coś poprawić, podpiłować etc.. Może brzmi to dość dziwnie.. ale to szansa na pozbycie się bólu, choć częściowo ze "starej" nogi.
Ok, dość rozmyślań, trzeba usiąść nad tekstami na stronę www fundacji, rozpisać najbliższe akcje i zadania. A czas goni.



foto: net

czwartek, 26 listopada 2009

25.XI.2009 pół roku po Ganzu

/rodzinny dom/

Gdyby nie kochana współ-pacjentka z sali szpitalnej nigdy nie zorientowałabym się, że minęło pół roku od czasu przeprowadzonej na mojej drugiej już, tym razem lewej nodze osteotomii okołopanewkowej sposobem Ganza. Nie, nie dlatego, że wydaje mi się jakby to było wczoraj. Ale dlatego, że noga daje mi takie sygnały jakby było to dawno dawno temu. Sygnały? Powinnam powiedzieć raczej - ich zupełny brak. Niczego się nie domaga, nie wiem co to jest ból lewego biodra, nie wiem co oznacza w kontekście tej nogi problem ze spacerem, większym wysiłkiem etc. Nic. Święty spokój. Zawdzięczam to nie tylko fachowemu operatorowi i świetnemu rehabilitantowi, ale co chcę tu podkreślić świetną decyzją o szybkim zabiegu - zabiegu w momencie gdy nie zdążyło dojść w biodrze jeszcze do zwyrodnienia. Zabiegu który został przeprowadzony na biodrze które nie bolało, które z tytułu braku bólu i problemów nie zdarzyło nabyć złych nawyków i kompensacji. Tą decyzję na dzień dzisiejszy traktują jak najlepszą decyzję w życiu i dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do jej zaistnienia.

Nie będę tu komentować stanu i odczuć w kontekście drugiej, prawej nogi, operowanej już ponad rok temu... To inna historia. Historia, która niestety dla mnie się nie kończy. Ale o tym kiedy indziej.

Jeszcze raz dziękuję z całego serca Panie Jarosławie, dziękuję wspaniały Piotrze za świetną i ciężką pracę.

















foto: net

piątek, 20 listopada 2009

19.XI.2009 Jest dobrze

/dom rodzinny/

Jest dobrze :-) Mama jest wspaniałym twardzielem :-) Dziś maszerowała już szpitalnym korytarzem. Na jej buzi gościł uśmiech a moje serce rosło. Widok jej pogodnej twarzy zrzucił mi z ramion kilka dobrych ton smutku. Tak się cieszę :-)
Jedynie smutno było mi, że z powodu zagrożenia grypą nie moge jej normalnie odwiedzać. Jedynie na moment, w zasadzie przez drzwi na oddział. Jednak wierzę, że to nie potrwa długo, że w sobotę, niedzielę będzie już z nami w domu. Monti strasznie za nią tęskni. Piszczy i jest okropnie marudny. Widać jak brakuje mu mamy. Nam też :-)

Czas położyć zmęczone ganty spać. Oj tak... "stara noga" nie daje o sobie zapomnieć nawet na minutę..
Zaczynam powazniej myśleć nad jakimś bardziej zdecydowanym krokiem.. może kolejnej operacji... nie mówię tu o grudniowym wyjmowaniu śrub..
Dobranoc.














foto: net

wtorek, 17 listopada 2009

16.XI.2009 Yyyyyhhh

/gdzieś w biegu/

Rano 7. Myję zęby... Nie mam swojej ulubionej pasty :-/ Noc była jak u zająca na miedzy...Mój pies też kiepsko spał. Ja śniadanie, mama tylko łyk herbaty. W samochód. Szpital. Ponad godzinna kolejka na izbie przyjęć. Humory... średnio na jeża. Ja udaje że jest ok. Mama pewnie też... Potem oddział. Od razu wciskają człowieka w piżamę :-/ Trochę gestapowskie nawyki... Mnie przeganiają z kąta w kąt. Tu siąść nie wolno, tam też nie, stanąć .. ewentualnie na korytarzu.. momentami czuję się jak trędowata... Czekam, mama na badaniach, EKG, krew, temperatura... Czekam. Wokół pacjentki w piżamach, szlafrokach. Mama nie wytrzymała, zmieniła piżamę na dres. Pewnie, w piżamie człowiek od razu czuje się bardziej chory.
No i stało się, usiadłam na jakimś wolnym fotelu na korytarzu (moje prawe biodro krzyczało: "help, help!") i od razu dostałam zjebkę (przepraszam za słownictwo) od samego ordynatora oddziału. O co chodzi? Gdzie ja jestem? To obóz czy szpital?
Czas mija, czuję się coraz bardziej niechciana... nawet korytarz jest już kiepskim miejscem i ściągam wzrok każdej przechodzącej nim pielęgniarki. Ok, mama daje mi kopniaka i wysyła w pogoni za moimi obowiązkami. Uśmiecha się szeroko i mówi że poczyta teraz książkę a potem się zdrzemnie i o nic mam się nie kłopotać. Nie wierzę, ale na ramionach obowiązki coraz bardziej cisną... całuję mamę, obiecuję wpaść z obiadem (o ile bedzie mogła jeszcze jeść) i wychodzę.
Samochód, miasto, poczta, Urząd Miasta, Wydział Architektury, rozmowa, samochód, miasto, kolejna rozmowa, telefon za telefonem, miasto... telefon, rozmowa...negocjacje, nie jest dobrze telefon....
Jem pączka brudnymi od dokumentów i sterty kserokopii łapami. Marzę o kawie. Myślę nawet o tym żeby podjechać na McDrive i wziąć duża latte. Ale tylko myślę. Godzina 16. Siadam na pół godziny w biurze mamy. Rozmowa z sekretarką. Chwila błogiego oderwania się od rzeczywistości. Pędem do domu. Odbieram maile (nie odpisuje, na to nie mam czasu), podgrzewam rosół, pakuje świeżo upieczony chlebek, serek, jabłka.. inne... buty na zmianę do szpitala. Auto. Szpital. Po raz pierwszy od długiego czasu parkując pozwoliłam sobie zaparkować na tzw. miejscu "bmx" (tak, właśnie tak nazywam te miejsca...) Mam kartę parkingową inwalidy... korzystam wtedy kiedy muszę. Musiałam.. Zmiana butów, toboły na ramię, pędem na 4 piętro. Czas odwiedzin jest tylko do 18. Potem wygonią mnie bez skrupułów. Wpadam do pokoju nr 304. Mama wita mnie z promiennym uśmiechem. To wynagradza wszystko. Jej sala w czasie tych kilku godzin z pustych łóżek zmieniła się w tętniący oddechami i chrapaniem pełny pokój pacjentek. Mama zjada gorący rosół. Ja smaruję jej chlebek. Koniec końców sama go zjadam - tyle nawiozłam mamie zupy, że nic innego już nie dała rady schrupać. Rozmowa, śmiechy, żarty. Mówi: "Nie jest źle.To tylko kilka dni". Uśmiecham się i mówię: "Racja". Termin operacji przesunęli mamie na środę. Jeszcze jeden dzień czekania.. Kiedy mnie nie było pochłonęła 1/4 grubaśnego tomu książki. To dobrze. Czyta, zajmuje myśli. Godzina 18. Mama wygania mnie do domu. Prosi żeby odpoczęła. Mówię, że właśnie tak będzie. Wychodzę.
Dom, pędem rozpalić ogień w piecu centralnym... kiedyś nauczył mnie tego mój wspaniały ŚP. dziadek. Pamiętałam...Kaloryfery coraz cieplejsze. Szybko, obiad. Ziemniaki, buraczki, zaraz wróci tata.... po 12 godzinach pracy :-( zmordowany jak pies. Pędem! Zdążyłam. Stawiając gorący obiad przez tatą przypomniałam sobie jaka jestem głodna. Nie jadłam dziś nic ciepłego. Zjadamy kotleta na pół (na szczęście jest duży :-) ) Opiekane ziemniaczki są jak niebo w gębie. Buraczki! Mmm. Oh, jak dobrze.
Chwila oddechu. Nie odmówię sobie obejrzenia z tatą filmu w TV... choć obowiązki i świadomość świecącego się w innym pokoju ekranu laptopa nie daje się zrelaksować. Telefon do mamy. Powoli idzie już spać. Jest w połowie książki. Koniec filmu. Ja do laptopa. Jeszcze kilka maili, plan na jutro...Godzina.. po północy.
Monti? Gdzie jesteś? Śpisz już maluszku? Tak. Pewnie chrapie w moim łóżku, albo walizce z ubraniami ;-) Ja też powinnam. Idę do Ciebie.
Jutro znów kolejny dzień.
:)

sobota, 14 listopada 2009

14.XI.2009 Złożony!

/mieszkanie/

Znów noc, znów koło 1 w nocy. Dziś jednak nie pracuję.Pierwszy dzień od długiego czasu odpoczywam i śpię. Tak, śpię kiedy tylko mam na to ochotę. Odsypiam wszystkie zarwane noce. Spałam dziś niemal do południa, później także od 18 do 21. Teraz jestem tak wyspana, że musiałam wyładować siły na zmianie kół i klocków hamulcowych w samochodzie. A czemu odpoczywam i oddycham spokojniej? Bo wniosek o dotacje unijne złożony! Kosztowało nas to niemało czasu, nerwów i zdrowia. Czwartkowy wieczór był istnym koszmarem. Długo będę go pamiętała...Gdyby nie mój partner, jego stoicki spokój w każdej sytuacji, opanowanie i trzeźwe myślenie zwariowałabym z pewnością... W czwartek poszłam spać o 5.30 rano, o 10 wpychałam już wniosek na stacji PKP w pociągu relacji Warszawa Wschodnia -  Katowice. Resztą, ofiarnym dostarczeniem go do celu w Chorzowie, zajął się mój niezawodny tata.
W tej edycji złożono ponad 1500 wniosków (!) to porażająca ilość. Unia przeznacza na te działania 12 mln złotych.... a wnioskodawcy łącznie wnioskowali o 400 mln.... heh, ktoś mógłby powiedzieć, że mamy takie szanse jak Hitler w '45, ale ja wierzę do końca.
Teraz, od poniedziałku czeka nas kolejna praca związana z inwestycją, gruntem i projektowaniem. Nie siadamy na laurach, to wciąż początek, wciąż punkt zero.

Jutro po południu ruszam na Śląsk. Pobędę tam ok 3 tygodni. Ten czas będzie przede wszystkim skupiony na mamie. Będe staraćsię ze wszytkich sił, aby wspierać i pomagać jej w tym niełatwym momencie. Czy dam radę choć w ułamku tak dobrze zaopiekować się nią jak ona zrobiła to w trakcie i po moich operacjach? W opiece nad drugim człowiekiem, trosce i empatii nie dorastam mojej mamie do pięt. Ale bardzo będę się starać...
W niedzielę, dzień przed przyjęciem do szpitala zabeiram ją na wycieczkę. Mój plan nie jest jeszcze do końca skrystalizowany, zalezy też w głónej mierze od samopoczucia mamy, ale planuję zabrać ją w jej ulubione miejsce, na szczycie pięknej góry... na razie nie zdradzę gdzie ;-) To będzie miły i wesoły dzień. Jeśli się uda zabiorę ją też na masaż, pyszną kolację i nie dam zamartwiać się i myśleć o to co przed nami. Amoże wrecz przeciwnie? Zaplanujemy co będzie potem - a konkretniej gdzie pojedziemy i co będziemy fajnego robiły już po wszystkim. Może na wiosnę wybierzemy się z mamą i siostrą na babski wypad? Może Grecja? Albo Rzym? To byłoby cudowne! :-)













foto: net

poniedziałek, 9 listopada 2009

09.XI.2009 Wnioskowanie

/mieszkanie/

Jest druga w nocy. Jestem ledwo ciepła. Krzyż wyje z bólu i parzy jak meduza! Biodro.. ach, lepiej.. lepiej nie gadać! Czacha pęka. Od kilku godzin siedzę w papierzyskach, we wniosku o dotacje unijne. Napisałam od kilku godzin? Poprawka - od kilku dni. Może kilkunastu jeśli liczyć bieganinę po urzędach w zeszłym tygodniu i wcześniej. Matko. Czy kiedyś żaliłam się na papierkologię w trakcie rejestrowania fundacji w KRS? Tak? Heh, wolne żarty. Tamto było pryszczem! Teraz dostaję dopiero łomot!
Jeszcze do 12 listopada... Muszę mieć siły i nie dać ponieść się nerwom. A nerwy są ogromne. Stres i deadline na karku.A wszystko na wariata. Co dzień kłótnia z Tomaszem :-( ... z przemęczenia, ze strachu, że coś zawalimy, że nie zdążymy, że jeden mały drobiazg rozsypia całą misterną układankę i cały ogrom pracy weźmie w łeb!
12. XI. składam dwa ogromne segregatory z toną papierów w Chorzowie i... czekam.... czekam na werdykt. Oby pomyślny! Do 12.XI. będę nadal wyjęta z życia...

A później.. Hm... później zostanę na Śląsku. Pobędę rodziców. Nie, to nie będą wakacje...
Będę się opiekować mamą. Tak, życia czasem płata figle, o ile można w ogóle tak powiedzieć. Tym razem niestety mama idzie pod nóż.. :-( Już za tydzień będzie operowana... Wiele bym dała za to aby role się odwróciły...
Tak bardzo się o nią boję.. I tak bardzo staram się to przed nią ukryć.














foto: net

czwartek, 5 listopada 2009

05.XI.2009 Już listopad?

/w biegu/

Jestem już u siebie. Wróciłam na tydzień z wojarzy ;-) Właśnie zbieram manatki i zasuwam do sądu dopełnić formalności związanych z fundacją... oby po raz ostatni.
Później salej, na AWF. Przeprowadzam dziś wywiad z dr Alicją Długołęcką na temat seksulaności a może aseksulaności pacjentów borykających się z chorobami stawów biodrowych.
Biegnę, mały make-up, coś na grzbiet - zimno jest, brrrr, i do auta.
Jak zdobędę kilka wolnych minut nastukam więcej. Tyle się dzieje!
Kątem oka jedynie nadążam podziwiać kolorową jesień którą tak kocham.

PS. bioderka współpracują ;-) Ale ciiiiiiiii.. kiedy tylko pochwalę zawsze dostanę łomot, wiec cichoooo.