poniedziałek, 13 kwietnia 2009

13.IV.2009 Leniwie

/dom rodzinny/

Leniwie, a nawet bardzo leniwie ;-) spędzamy Święta. Piękna pogoda i przyjemne słońce zwalnia codzienny rytm i włącza błogie spowolnienie. Ja i Monti cieszymy się wiosną. Z aparatem w ręku badamy każdy rozkwitający się kwiatek. Gołym okiem widać jak z każdym dniem rozwijają się liście na brzozie - brzozie, która ma dokładnie tyle samo lat co ja. W dniu moich narodzin, tata posadził ją tuż koło domu. Dziś jest ogromna a jej rozłożyste gałęzie dają cień i schronienie szpakom, które na niej mieszkają. Lubię słuchać jak szumi na lekkim wietrze. Nie mogę się doczekać, kiedy zupełnie zazieleni się i wybuchnie tysiącem żywozielonych listeczków. Wszędzie dookoła słychać niewyobrażalne trele, serenady i pokrzykiwania przeróżnych ptaków, które zamieszakły okoliczne domki. W sumie na każdym drzewie mieszka jakaś rodzinka. Monti czujnym okiem dogląda wszystkiego z tarasu albo z ulubionego pnia po wierzbie płaczącej. Przegania wróble, pilnuje czy nie zakrada się na jego teren złośliwe kocisko, wypatruje swoich kumpli psiaków. Pewnie niebawem, po obiedzie pójdziemy na dłuższy spacer, zobaczymy "co w trawie piszczy" za rogiem.
Moje wyremontowane biodro po narciarskich przygodach już się wyciszyło i zupełnie nie daje o sobie znać. Pewnie świętuje, jak ja :-) Od jutra wracam do codziennych ćwiczeń, basenu a także rozpoczynam trening lewej nogi - zaczynamy przygotowania do zabiegu. W sumie za miesiąc z małym hakiem znów zawitam w Otwocku... Ale póki co mam jeszcze duuużo do zrobienia oraz mały, przyjemny i bardzo ciepły urlopik przed sobą ;-)














Fotos by Katja

sobota, 11 kwietnia 2009

11.IV.2009 Wiosennych, rodzinnych, wesołych!

Wygląda, że nadchodzące Święta Wielkanocne będą wspaniałymi, wiosennymi i pełnymi energii chwilami spędzonymi z najbliższymi, przyjaciółmi i na łonie przyrody :-) I tego wszystkim życzę. A skoro życzę, to zdecydowanie dorzucam jeszcze: więcej uśmiechu, nieco oddechu od codziennej szarości, chwili refleksji nad tym gdzie biegniemy (i jak biegniemy), więcej radości z drobnych chwil i ulotnych momentów które nas otaczają, oraz umiejętności uwalniania w samym sobie pasji, zachwytu i dobroci małego dziecka :-)

Wspaniałych Świąt :-)


foto: net

piątek, 10 kwietnia 2009

10.IV.2009 Les2Alpes Francja - fotoreportaż

Długo, naprawdę długo zastanawiałam się jak opisać nasz tygodniowy wyjazd na narty w boskie Alpy. Czy ma sens pisanie, że było wspaniale, dzień w dzień witało nas na szczytach słońce, śnieg przyjemnie chrupał nam pod butami narciarskimi a humory i nasza narciarska ekipa nie przestawała się śmiać? Przecież to wszystko jest oczywiste!
Zdecydowałam, że cały nasz pobyt, wspaniały czas jaki tam spędziliśmy, wyśmienite trasy (najpiękniejsze jakie dotąd widziałam, a widziałam wiele ;-) ) i radość jaką dał mi wyjazd oraz zrealizowanie mojego najważniejszego celu po operacji - NART najlepiej opiszą nie słowa ale zdjęcia, które ze sobą przywieźliśmy.


nasz hotel - usytuowany na nartostradzie

taki widok witał nas co dzień rano z okna

nic dodać, nic ująć

rano, przed wyjściem na stok



bywało, że wiało ;-) Lodowiec Les2Alpes. Jesteśmy na 3421 m.npm

3400-3600 m npm szczyt lodowca z gładkimi jak stół trasami - po prostu bajka

czasem w mieście i dolinie nie było słońca, po wzbicie się na wysokość
ok 2600 m npm pogoda zmieniała się diametralnie.
Słońce paliło nam policzki i nosy ;-)


cała ekipa na Gracier 3421m npm

czasem wygłupialiśmy się, walczyliśmy na śnieżne kule i tarzaliśmy
w śniegu jak sześciolatki ;-)
Tu na szczycie lodowca w pięknym słońcu.


czy natura nie jest niesamowita?

zjawisko inwersji - jazda ponad chmurami. Widok niedoopisania!

zdarzały się też wypadki. Tu akurat Tomka. Moje tym razem były
na częście mniej widowiskowe.


instastruktura i pomysłowość na stokach we Francji naprawdę
robi wrażenie. Czasem liny wyciągów krzyżowały
się na niebie potrójnie


mmmm.. bywało też romantycznie ;-)

dzień w dzień przy naszej ulubionej knajpce Panoramic, położonej
na wysokości 2600 m npm od godziny 13 do 17 z hakiem
DJ miksował fenomanalne kawałki, nogi same tańczyły.

Non stop impreza!

niektórym było baaaardzo gorąco!

i znów lodowiec!

w trzecim dniu jazdy po długich błaganiach moich współwyjazdowiczów
(dbali o mnie aż za rygorystycznie) wymusiłam swoje i zaatakowałam
najtrudnijszą i najdłuższą czarną trasę w całej okolicy.
Jak sama nazwa wskazuje Le Diable była ooooostra!
Wiele bym dała, żeby to powtórzyć!


ja, narty i wspaniałe poczucie wolności na Le Diable w natarciu!

z ukochaną siostrą :-)

tras do wyboru, do koloru z przeważającym kolorem czerwonym ;-)
To gdzie lecimy?


;-) tak, sporo jest urwisk, szczególnie na lodowcu

wszędzie plusowa temperatura!

ale wieczorami niebo nabierało nieziemskiego wyglądu

czy jeszcze tu wrócę..?

nasz hotelik - widok z miasta


W dniu wyjazdu, kiedy żegnaliśmy się z Alpami, w miasteczku niżej witała nas już wspaniała wiosna. Kwitły kwiaty i drzewa a my podziwialiśmy ogromną tamę i uroczo położoną na wzgórzu ponad nią wioskę. Żyć, nie umierać :-)





środa, 8 kwietnia 2009

08.IV.2009 Neverending story!

piatek, godzina 20.00

Zapakowani po czubek dachu wyruszamy w ósemkę na dwa samochody zgodnie z kierunkiem nawigacji. Nasz cel podróży: Francja, miasto Les2Aples położone na wysokości 1650 m npm. Czeka na męcząca, długa trasa. Ale zwieńczenie jej i planowy widok Alp popołudniu w sobotę dodaje energii i zapału. Jest wesoło, mamy dobre humory, kawę i herbatę w termosach oraz tony kanapek. Mijają kolejne godziny. Jesteśmy z drodze już już 6,5 godziny, właśnie minęliśmy niemieckie miasto Chemnizt. Niektórzy z nas z nosem na bocznej szybie albo nogą w jakiejś przypadkowo otwartej torbie śnią już o alpejskich szusach. W najmniej spodziewanej chwili, w zupełnej ciszy i spokoju ja jako pilot i mój partner jako kierowca zauważamy, że nasz samochód dziwnie się zachowuje... Z tyłu, z rury wydechowej wydobywają się kłęby dymu, silnik prycha i terkocze jak traktor. Natychmiast zjeżdżamy na pierwszy napotkany parking. Cały samochód, nawet szyby ochlapane są olejem napędowym, który... rozbryzguje się spod maski! O co chodzi? Faceci w czwórkę usiłują pojąć dziwne zjawisko, my dziewczyny w liczbie czterech siedzimy jak myszki pod miotłą i czekamy na werdykt. Czekamy, czekamy, czekamy... mężczyźni rozkręcili już pół silnika.

Minęła godzina. Jest coraz zimniej. Siedzimy i denerwujemy się, czujemy się całkowicie nieprzydatne :-( Początkowo próbujemy proponować zziębniętym chłopakom kanapki i gorącą kawę. Na każdy gest reagują jak wściekłe byki. Przestajemy próbować... Nerwy udzielają się wszystkim. Mija kolejna długa godzina. Bez zmian. Auto nie jest w stanie jechać dalej. Teorii jest kilka: 1) turbina, 2) pompa paliwowa, pompa wtryskowa... Trzeba podjąć męską decyzję. Jedno - sprawne auto jedzie dalej w drogę, nie ma na co czekać. A jedna osoba z naszego niesprawnego samochodu ma przesiąść się do drugiego i z resztą w piątkę, upchani jak śledzie pojadą do celu. Ktoś przecież musi odebrać pokoje, zameldować się itd. Trzy osoby z naszego auta zostają i ... no właśnie i co robią? Kombinują. Wiedziałam, że dla mnie zostanie na zimnie, w niesprawnym aucie, czekanie na pomoc albo próby naprawienia samochodu są głupim pomysłem. Biodro nie będzie mi za to wdzięczne. Już sama podróż jest kiepsko akceptowana przez nogę a co dopiero podróż w nieskończone... Jednak bez chwili namysłu "wcisnęłam" koleżankę, która z nami jechała do drugiego samochodu. Dostali od nas wskazówki i ruszyli w dalszą drogę. Nie mogłam zostawić mojego partnera w kłopocie, druga sprawa - jestem kierowcą, a w takich okolicznościach ilość driverów ma znaczenie. Inna rzecz - wierzyłam, że jestem przydatna, będę mogła się czymś zająć…


Sobota godz. 4.30.

Czekamy na auto zastępcze, które jedzie do nas z Polski. Poza tym, jedzie do nas tata mojego szwagra sporym jeepem z lawetą na haku holowniczym- zholuje nasz samochód do Polski i odstawi mechanikowi. Nie zdecydowaliśmy się na naprawę w Niemczech. Po krótkiej analizie wiedzieliśmy, że to byłoby bolesne finansowo. Próbujemy zasnąć w samochodzie. Chłopaki z przodu, ja z tyłu niemalże na torbach i paczkach (aby piąta osoba mogła zmieścić się w sprawnym samochodzie do nas dorzucono mnóstwo pakunków). Jesteśmy zziębnięci z zimna, przemęczeni. Zmęczenie i ogarniające Zimonie daje zasnąć. Na dworze jest ok. -12 stopni Celsjusza.. W wychłodzonym samochodzie niewiele więcej. Na parkingu, na którym jesteśmy nie ma nic oprócz toalet. Jest już po 5 rano. Kiedy ja wyłączam się już z myślenia i powoli hibernuję w oczekiwaniu na wschód słońca chłopaki decydują aby zholować się na najbliższą stację, na której będzie szansa na ciepły kąt i porządną łazienkę. Pomysł jest ryzykowny - nasz samochód ma automatyczną skrzynię biegów a to znaczy, że nie lubi holowania... Los chce, że sprawę biorą w ręce sympatyczne chłopaki z Poznania, których jak się okazuje zna z widzenia mój Tomek. Jaki ten świat jest niewielki! Dystans niewielki, udało się z ryzykownym holem.
Od tego momentu koczujemy na stacji Aral. Kanapek jest coraz mniej, herbata w termosie już dawno się skończyła. Rozgrzewamy się w barwnej knajpce, rodem z lat 60-tych. Brudni, wciąż bez snu czekamy. Zmęczenie bierze górę i wracamy do samochodu. Narzucając na siebie wszystkie możliwe ubrania, koce i kurtki zasypiamy w wychłodzonym samochodzie (nie możemy go przecież odpalić żeby nagrzać sobie wnętrze). Wokół nas budzie się życie, okoliczni tubylcy - Niemcy przyjeżdżają tankować, wpadają do knajpki na wielkie amerykańskie burgery. My jak cyganie śpimy. Pewnie jesteśmy atrakcją - myślę sobie ziewając. Nasz sen jest iście króliczy. Na pewno nie można nazwać go odżywczym. Mijają kolejne godziny. Wisząc na telefonie sprawdzamy jak daleko jest nasza pomoc z Polski. Niestety wciąż daleko... Wracamy do knajpki na stację po kolejną drogą kawę, herbatę i siedzimy, czekamy. Ludzie wokół nas przelewają się przez kolorowe wnętrze, kelnerki dwoją się i troją aby zaspokoić wymagania klienteli. My - jak ubodzy krewni z trzeciego świata przyglądamy się jak całe rodziny pochłaniają wielkie talerze burgerów, frytek i dań obiadowych. Aż ślinka cieknie. Przy kubku kawy z Newsweekiem, Polityką, CKM oraz TopGear przed nosem odmawiamy sobie najtańszego burgera za bagatela 8 Euro (!). Myśl o kosztach naprawy auta, kosztach pomocy z Polski skutecznie powstrzymuje nas od skinienia na kelnerkę. Heh, kto by pomyślał! Z nudów wyruszamy na spacer po okolicy. Zegar pokazuje 15.00. Wietrzna pogoda nie sprzyja długim spacerom. Moje biodro zgłasza petycję o święty spokój, wannę ciepłej wody i wygodne łóżko. Marzę o tym. Zastanawiam się kiedy zacznę czuć swój smrodek. Ostatni prysznic brałam 24 godziny temu :-(

Sobota, godzina 17.00

Nareszcie! Po 12 godzinach czekania nadjeżdża nasz ratunek! Dzięki Bogu! Nasz zastępczy kombi kolegi oraz tata szwagra z lawetą, na którą zaraz wepchniemy naszego przyprawiającego nas o siwe włosy pochłaniacza mamony "grata". (Mówię "grata" ale na co dzień strasznie lubię to auto.. niestety). Operacja laweta trwała nie dłużej niż pół godziny. Kolega, który przyprowadził nam zastępcze auto oraz właściciel jeepa z lawetą odjechali w kierunku na Zgorzelec. Mają około 200 km do granicy.
Eh.. czuję się wspaniale! Koniuszkami palców wyczuwam, że tuż tuż za rogiem czeka mnie odpoczynek w (miejmy nadzieję) wygodnym hotelowym łóżku. Oczyma wyobraźni widzę jak szczęśliwe dojeżdżamy na miejsce :-) Przed dalszą podróżą czyścimy szyby na "naszym" już Aralu.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wsiąść do samochodu kiedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki - znajomy z jeepa holujący nasz samochód... Prosi abyśmy podjechali do niego.. ponoć stoi 500 metrów od stacji... mówi: mam problem. Hm... jaki problem? Myślę: pewnie samochód na lawecie trzeba lepiej ustawić, może dodatkowo zabezpieczyć pasami, może coś się obluzowało? Wsiadamy do zastępczego samochodu, jedziemy z jego stronę. Pierwsze co zaskoczyło mnie zjeżdżając z pagórka na którym usytuowana była stacja to widok wydłużającego się w oczach korka na autostradzie. Pomyślałam o jakimś zwężeniu, robotach drogowych. To co zobaczyłam dalej zmroziło mi krew w żyłach... Uświadomiłam sobie, że widzę samochód naszego znajomego zawieszony niemalże do połowy na barierkach nad jeziorkiem! Co???? Jak???!! Jak to możliwe?? Dlaczego??!! Nie wierzę!! Wypadki, kolizje drogowe widzi się w mediach na co dzień, słyszymy o nich od znajomych. Ale kiedy dotyczą NAS odczucie jest piorunujące. Kiedy zobaczyłam twarz naszego znajomego, kierowcy jeepa łzy napłynęły mi do oczu. Za mało mieliśmy problemów? Czy ostatnie 15 godzin nie było wystarczającym koszmarem? Naprawdę, cudem chyba się nie rozpłakałam. Tak bardzo żal było mi tego człowieka. Nie wiedział co się stało. Nie mógł pojąć jakim sposobem znalazł się w takim położeniu. Jest kierowcą nie od wczoraj. Jeździł dużo większymi samochodami, ciężarówkami, naczepami. Największym szczęściem w całej sytuacji było to, iż wszyscy byli cali. Nikomu fizycznie nic się nie stało. Kolejnym szczęściem w nieszczęściu było, to że laweta z naszym samochodem siłą rozpędu nie przekoziołkowała i nie wylądowała na dachu (ponoć w takich okolicznościach to standard…), oraz to, iż nie zdołała wepchnąć jeepa do jeziora.
Nasz horror trwał nadal, tyle, że los włączył do niego kolejne osoby. Wezwaliśmy niemieckie służby, drogowe. Przyjechała policja, karetka, służby zabezpieczające autostradę. Każdy z nas miał pełne ręce roboty. Mój Tomek rozmawiał z policją i organizował dźwig aby zdjąć jeepa z barierek, ja i kolega który z nami jechał natarczywie wydzwanialiśmy do Zgorzelca i okolic organizując tym razem już dwie (!) nowe lawety. Jedną po zepsutą w wypadku lawetę wraz z naszym niesprawnym autem a drugą po pokiereszowanego jeepa z praktycznie urwanym kołem. Cieszyłam się, że mogę w jakikolwiek sposób działać, negocjować warunki i ceny przez telefon. Choć tyle. Wcześniejsze czekanie było dobijające. Godziny biegły. Niemieckie służby drogowe zholowały oba auta z lawetą na "naszego" Arala….. Znów w punkcie wyjścia. "Przyjemność" zdejmowania dźwigiem jeepa i holowanie (3 km objeżdżając autostradę) kosztowała nasz portfel 700 Euro. Boleśnie...
Po powrocie na Arala czekało nas kolejne koczowanie. Hm.. zaczęłam się już przyzwyczajać... Całe ciało bolało już okrutnie. Domyślałam się, że chłopaki czują się podobnie, a może nawet i gorzej. Czekając na lawet znów staraliśmy się zdrzemnąć, rozgrzać herbatą na stacji i nie myśleć o tym co dalej. Wcześniej wsadziliśmy zdruzgotanego kierowcę jeepa do TIR-a jadącego do Wrocławia. Grunt, żeby przynajmniej on jak najszybciej dotarł do domu. Martwiłam się o niego strasznie :-(

Niedziela, godz. 0:10

Około północy przyjechały lawety z Polski. Dwie nowe i profesjonalne auta-lawety. Załadowanie obu aut i małej lawety na której nasz samochód stał o dobrych kilku godzin przebiegło sprawnie. Nasza pomoc drogowa okazała się bardzo fachowa. Po dopełnieniu wszelkich formalności i wytargowaniu "dobrej ceny" czyli 3200 zł za zwiezienie pojazdów do Polski z niedowierzaniem ostatni raz skorzystaliśmy z "naszej" toalety na Aralu szorując zęby aby w końcu ruszyć w niekończącą się podróż.

W międzyczasie reszta naszej ekipy dawno już dojechała do Francji. Wykąpani i zadowoleni aczkolwiek zmartwieni o nas smacznie spali oddychając niesamowitym alpejskim powietrzem.

Nasza dalsza droga do Les2Aples nie należała do łatwych. Byliśmy już tak zmęczeni, że musieliśmy coraz częściej stawać aby odpocząć, przewietrzyć się i umyć twarz. Oczy same się zamykały. Byliśmy głodni. Po domowych kanapkach dawno nie zostało śladu. Próbowaliśmy zjeść coś w Szwajcarii na McDonald'sie. Niestety pomimo wysiłku i starań nie dogadaliśmy się z kobietą w okienku, która domagała się od nas franków szwajcarskich zamiast euro. Pierwszy ciepły posiłek zjedliśmy już w Grenoble we Francji... też w McDonald's. Eh.. mówiąc szczerze - to co jedliśmy było już nam obojętne. Ważne, że było ciepłe, przyjemnie pachniało i zapychało żołądki. Jeszcze tylko 60 kilometrów. Okolica stawała się coraz piękniejsza. Góry! Nareszcie :-) Resztami sił dotarliśmy do uroczego miasteczka, na szczycie którego, po przejechaniu mnóstwa zawijasów i serpentyn czekała na nas nasza ekipa narciarzy.

Kiedy człapałam do hotelowej windy zorientowałam się, że jest już niedziela a zegar wskazał godzinę 14.00.
Zjeść, umyć się, spać. Takie mieliśmy priorytety. I nic więcej. Ponoć wyglądaliśmy strasznie. Ponoć. Dobrze, że słabo to pamiętam.









foto by Katja III.2009

08.IV.2008 Aaaaaaaa!!!

/mieszkanie/

Nie wyrabiam się! Z niczym! Od rana ślęczę przez komputerem usiłując zorganizować transport czegoś ogromneeeego do Kaliningradu oraz przetłumaczyć niełatwe wyrażenia na jakże ponoć prosty w tym wypadku język angielski. Eh.. brakuje słów! W polskim jest tyle odpowiedników, słów bliskoznacznych, a tu.... Help! Marzę, żeby rzucić to w diabły i w końcu napisać zaległego posta o mojej narciarskiej wyprawie! To na pewno sprawi mi frajdę:-) Ale jak ktoś mądry kiedyś powiedział - bez pracy nie ma kołaczy. Najpierw nudne i żmudne obowiązki.. niestety.. :-(
Tik tak, tik tak.. czas mi ucieka a o 12.00 znów muszę wyruszać z domu aby zdążyć z kolejnymi czynnościami. Wiem już na pewno, że dziś nie uda mi się wyjechać do rodziców. Najzwyczajniej w świecie nie zdążę :-(

Wczoraj wieczorem pośliznęłam się na mokrej podłodze w łazience. Szczęśliwie uniknęłam upadku, ale walka o równowagę spowodowała silny ból w wyremontowanym biodrze. Dziś też boli. Mniej, ale jest to uciążliwe :-( Hm... dzisiejszy dzień nie należy do najlepszych...


foto: net

wtorek, 7 kwietnia 2009

07.IV.2009 6 miesiecy po osteotomii

/mieszkanie/

Cały dzień spędziłam w moim ukochanym autku :-) Przerzuciłam też z garażu do samochodu i z powrotem łącznie 10 opon (8 moich i 2 taty). Czuję się jak umorusany wulkanizator... Ale mam już w miacie letnie oponki :-)

Rozwiązałam dziś umowę z moim pracodawcą... Eh, w pewnej mierze czuję się wolnym i głębiej oddychającym człowiekiem :-) Wow! Jakie to miłe uczucie!

Poznałam też dziś Magdę :-) Przemiłą dziewczynę, która czeka na ganza i jak się okazało... mieszka 300 metrów ode mnie ;-) Hahhaha, niesamowite!

Będąc u Magdy, wspominając mój zabieg, opowiadając o tym "jak to jest" uświadomiłam sobie, że dziś mija 6 miesięcy od operacji. 6 miesięcy... jak ten czas biegnie... jak szalony. To było 6 miesięcy inwestowania w siebie - tak to postrzegam.

Dziś na ostatnim spotkaniu z moim rehabilitantem - kontrolnym spotkaniu po nartach podsumowaliśmy owe pół roku. To było kilka miesięcy ciężkiej pracy. Pracy, która zaowocowała dużymi efektami. Pracy, która pozwoliła mi cieszyć się przez tydzień szaleństwem w Alpach :-)

Najprawdopodobniej jutro wyruszam w trasę do rodziców. Biodro jeszcze nie odpoczęło od ostatnich podróży... ale mam nadzieję że skoro przejechało 3 dni temu w jednym ciągu 1800 km to niecałe 400 też wytrzyma ;-) 400 km wydaje się być teraz pesteczką ;-)

Funduję sobie w tym momencie godzinkę relaksu a potem wracam do zajęć, laptopa, odpisywania blogowiczom, wieczornych kursów samochodem po znajomych (w końcu trzeba się spotkać choć na momencik między jednym wyjazdem a drugim), pisania dłuuuugiego posta czy też reportażu z wyprawy do Francji i innych jakiś tam spraw.

Pół roku minęło! A co! Jest co świętować :-)


foto: net

niedziela, 5 kwietnia 2009

05.IV.2009 Wróciłam

/mieszkanie/

09.50
Wysiadłam z samochodu jakieś 1,5 godz temu. "Połamana", zmęczona, śpiąca, obolała. Ale zadowolona :-) Hm.. co to powiedzieć w dwóch krótkich słowach? (na cztery już nie mam siły ;-) ) Po pierwsze chyba to, że francuskie Alpy są piękniejsze od dobrze mi znanych włoskich i austriackich (przynajmniej na gorąco tak myślę). Druga rzecz to nasza podróż "tam" była istnym koszmarem, co na pewno opiszę w najbliższym poście. Po trzecie - wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie, wyszaleliśmy się i najeździliśmy w pięknej scenerii bardzo zaśnieżonych i słonecznych gór. Po czwarte - trzeba podsumować biodro. To także szczegółowo zrobię w następnym poście (teraz, po 22 godzinach spędzonych w samochodzie, marzę o prysznicu i odżywczym śnie we własnym łóżku). W każdym razie operowane biodro całkiem zgrabnie zniosło wycisk jaki dostało na stokach. Natomiast dużo gorzej strawiło ciasnotę i tę samą pozycję podczas męczącej i szalenie długiej jazdy samochodem.
Na dziś tyle. Więcej nic nie powiem bo głowa nie pracuje tak jak powinna.
W kolejnych postach na pewno będę zanudzać ogromem zdjęć alpejskich, dlatego w tym poście nie zamieszczam ani jednego :-)
Dobranoc, pchły na noc.