Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2009

28.V.2009 Schody

/szpital im. A. Grucy, Otwock/

3 doba. Po śniadaniu, w towarzystwie rehabilitanta, pełna energii i zapału, wkroczyłam na sławetne schody udowadniając sama sobie, że nic nie jest poza zasięgiem. Przez krótką chwile triumfu wierzyłam, że jeszcze dziś wypuszczą mnie do domu. Ale nie, bez wariacji, kazali przespać dzisiejszą noc (pewnie) żeby mieć pewność, że biodro nie zdecentralizowało się od tych maratonów:-) Dzisiejszy dzień obfitował w nawałnice wspaniałych odwiedzin. Jutrzejszy planuje spędzić w domowych pieleszach z butelką bordeaux:-)

poniedziałek, 20 października 2008

20.X.2008. Sierściuch

/mieszkanie/

13 doba po osteotomii Ganza.
Poniedziałek zaczął się od wielkiego przeciągania w łóżku. Tak się przeciągałam, tak cieszyłam wyspaną nocą, tak wariowałam aż przez przypadek i nieuwagę napięłam wszystkie mięśnie w chorej nodze (!) Ku wielkiemu zdziwieniu- nie poczułam bólu. Nic. Drugi raz zrobiłam to już świadomie i dużo wolniej. Także nic! Nie wiem co sądzić po takim teście.. dobrze? Źle?
Dziś radzę sobie niemal jak "Kevin sam w domu" :-) Pierwszy dzień jestem sama w domu. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Mam przygotowany pełen termos herbaty, wodę w zasięgu ręki, rano dostałam pyszne i pożywne śniadanko- domowy chlebek (tak, tak, pieczony
własnoręcznie w mieszkaniu) z bieluchem + dżem truskawkowy (także domowy). Eh! No po takim śniadaniu to nie może być inaczej niż bosko! :D
Wczoraj na myśl o tym, że zostanę w domu sama bałam się najbardziej o to, co zrobię jeśli (tfu tfu) nie daj boże wypadnie mi z ręki kula. Przecież sama jej nie podniosę... Hm.. kombinowałam co zrobić w takiej sytuacji. Na razie nie opatentowałam, żadnego sposobu. Oby nigdy nie był mi potrzebny!!
Byłam już dzisiaj na swoim spacerniaku - czytaj: balkon z widokiem na inne betonowe bloki. Kurtka, buty i świeże powietrze. Ach! Milutko. Na trawniku z mieszkania na przeciwko coś wyjątkowo mnie zaintrygowało. Widziałam to już 2 dni temu. Byłam pewna że to włochaty biały pies (albo gigantyczny kot pers) leży na trawie u sąsiadów. Ale dziś znowu tam leży! Dokładnie w tej samej pozycji! Matko! Albo moje oczy sprawiają mi psikusa, albo faktycznie widzę sierściucha. Wystaje nawet ogon! Jak mogli tak zostawić biednego zwierzaka...? A może on nie żyje....? :-/
Ugh.... Trzeba to sprawdzić! Lornetka! Po chwili kręcę pokrętłem szukając ostrości. Jest! Robię coraz większe oczy, zastanawiam się... wygląda jak kot... wieeeeeelki kocur, ale.... coś jest nie tak.. te uszy są brązowe i dziwne, nie bardzo wiem czy to na pewno głowa..? Hahhahaha, i wszystko jasne! To wielka pluszowa zabawka! Jakiś biały lew czy mamut z długą sierścią! Hihihi, dochodzenie zakończone. Sprawa zamknięta. No cóż, może nie do końca rozumiem zamiary moich sąsiadów z naprzeciwka, ale kto wie, może "mamutolew" ma jakieś głębsze przesłanie ;-)


foto by net

Dobrze, a teraz krótka relacja w wczorajszego dnia bo był obfity w zajęcia i warto o tym wspomnieć.
Wczoraj, prócz opisanych w poście wyżej wydarzeń uskuteczniłam swoje pierwsze prasowanie :) Oczywiście na siedząco. Później miałam jeszcze przyjemność obrać ziemniaczki do obiadu i jabłka na sok. Pokręciłam się nieco więcej po mieszkaniu niż zwykle. Byłam baaardzo zadowolona, że mogę zrobić coś pożytecznego dla świata ;-) Jednak wszystkie te czynności dały o sobie znać wieczorem. Skończyło się na tym że koło 23 wzięłam procha :-/
Dziś przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, jak to działa, jak to możliwe że udaje mi się przespać całą noc na wznak. Przecież człowiek śpiąc nieświadomie wykonuje ruchy, kręci się, przesuwa z boku na bok. Dlaczego ja zasypiam i budzę w tej samej pozycji? Czy aż tak mocno pilnuję się podczas snu? Zmuszam do tej jakże niewdzięcznej pozycji? To dziwne, że normalnie, zawsze kręcę się podczas snu wielokrotnie zmieniając ułożenie, a ter
az potrafię spać na kłodę.
Na dworze piękne słońce. Właśnie miałam "łączność" z Otwockiem. Moje koleżanki z sali
operowane w poniedziałek i wtorek powoli pakują walizki i wracają do domu :) Świetnie, wszystko pozytywnie. Cieszę się razem z nimi. Oby tak dalej!
Przede mną kolejne wyzwanie - głód powoli kieruje moje myśli ku lodówce ;-) Taaak, czas żeby coś schrupać. Ale najpierw muszę sobie to sama przygotować. Jeszcze nie wiem czy pójdę na łatwiznę czy wysilę się i spróbuję zrobić coś co będzie przypominało ciepły obiad :)

czwartek, 2 października 2008

02.X.2008. Przyjęcie.. do szpitala

/Szpital im. prof. A. Grucy Otwock/

8.50
Melduję się na wjeździe do Szpitala. W teczce cała dokumentacja medyczna i najważniejsze- skierowanie do szpitala. Pan ochroniarz (jak się później okazuje bardzo miły człowiek) na wjeździe dość rygorystycznie ogranicza ilość wjeżdżających na teren szpitala pojazdów, ale dla chcącego nie ma przeszkód, wjeżdżam do środka, parkuję bliziutko drzwi wejściowych, tuż przy rejestracji. Przed 9 na plastikowych przypominających lotniskowe krzesełka siedziskach nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi. Na razie wszystko wydaje się obce, straszne i dziwne. Powoli, gdzieś tam na dnie zaczyna kiełkować stres. Pani w rejestracji nie zmienia tego odczucia- góra lodooooowa ;-) Stopniowo robi się coraz tłumniej, zjeżdżają się ludzie z różnych zakamarków kraju, z rodzinami, osobami towarzyszącymi. Ja też kogoś poznałam! Od razu robi się raźniej i cieplej na sercu. "Jest dobrze, nie jestem tu sama jak palec".

Około 9.30, po wypełnieniu niezbędnych świstków itp. maszeruję zgodnie z niezaprzeczalnym ;-) zaleceniem Pani Góry Lodowej krętym korytarzem w dół, wprost na oddział "I B". Hm.. korytarz jak i sam oddział nie doczekał się jeszcze remontu na wzór innych oddziałów. Może nie jest piękny i nowoczesny, nie powala świeżością ścian czy gustownością toalet, ale za to jakie ma pielęgniarki! Podchodzę do nazwijmy to recepcji i otrzymuję od jednej z Pań szczery, niczym nie wymuszony uśmiech :-) Ufff, dziękuję. W takich chwilach dla skołatanej duszyczki o wystraszonych,wielkich jak pięciozłotówki oczach to jak miód na serce. "Jest dobrze- myślę. Poczciwe kobiety".
Od tego momentu leci już jak z płatka. Pobranie krwi, szybkie siusiu do kubeczka, skierowanie na EKG i RTG. Dwie pierwsze czynności idą gładko i sprawnie, mimo, iż we wspomnianej łazience nie ma ani mydła ani papieru toaletowego ani ręczników papierowych :-( - jak sobie szybko uświadomiłam w szpitalach trzeba zapomnieć o takich luksusach. W takich momentach człowiek szybko "dojrzewa" i w niewiarygodny sposób aktywizuje się do działania w surwiwalowych warunkach.
EKG i RTG jest w innej części szpitala. Drogę trzeba pokonać pieszo, więc dobra kondycja jest wskazana ;-) Po sesji zdjęciowej, stwierdzeniu ze serducho mamy na miejscu oraz całej bieganinie każdy z delikwentów czeka na wywiad lekarski. Opowiedziałam krótką historię moich kulasów, pan doktor zbadał mnie, wspólnie na wielkim telewizorze LCD obejrzeliśmy moje RTG po czym powiedział, że kwalifikuję się na osteotomię wg. Ganza opowiadając na czym zabieg będzie polegał. Wiadomo, że u każdego efekt może być różny, ale celem - jak mówił - jest wyeliminowanie bólu i przedłużenie żywotności własnego stawu biodrowego. Wiedząc już wcześniej jaka jest kwalifikacja przyjęłam to do wiadomości.

13.00
Jak się okazało najdłuższe czekanie było jeszcze przede mną. Oczekiwanie na konsylium lekarskie. Konsylium (jak ładnie się to zwie) miało rozpocząć się o 13, niestety wyniknął godzinny poślizg. Znowu na lotniskowych krzesełkach (tym razem gdzie indziej) po niecałych 2 godzinkach plotkowania z innymi pacjentami doczekałam się. Zostałam zaproszona do zgrabnej sali. Tym razem już w obecności 4 lekarzy, w tym profesora Czubaka jeszcze raz zostałam zbadana i popytana o parę rzeczy, min. o to do kiedy moja leżąca w lodówce na Saskiej w Warszawie krew ma swoją przydatność do ponownego wpompowania w żyły ;-) Własna krew jest mocnym argumentem, który w dużej mierze decyduje o przyznanym terminie zabiegu. Tak więc termin wyznaczono mi na wtorek - za 5 dni. Z ulgą pożegnałam grono lekarzy idąc na oddział po przepustkę na weekend. Inni oczekujący wraz ze mną dostali jeszcze dalsze terminy, za 1,5 tygodnia. Cieszyłam się, bo mój wtorek brzmiał w sam raz.

Eh, jeszcze kilka dni promocji. Weekend na dwóch nogach. Może zdążę posadzić wrzosy na balkonie? Może zobaczę coś nastrojowego w kinie? Na pewno spotkam się z przyjaciółmi! Dobrze wykorzystam ten czas oczekiwania :)